Wytęsknione szczęście – Opowieść o Victorii, która po dwunastu latach starań o dziecko odnajduje rad…

polregion.pl 1 godzina temu

WYMARZONE SZCZĘŚCIE

Ten dzień był dla Weroniki najpiękniejszy pod słońcem. Promieniała jak słońce nad Krakowem! Po dwunastu długich latach które dla niej były wiecznością wreszcie usłyszała wiadomość, na którą czekała z utęsknieniem: będzie mamą. Czy może być coś bardziej niesamowitego dla kobiety w Polsce? Każda matka, od Bałtyku po Tatry, przytaknęłaby z uśmiechem.

Weronika była w siódmym niebie. Co chwilę dotykała brzucha, uśmiechając się szeroko, i zagadywała maleństwo, które miało dopiero dwa i pół miesiąca.

Poznała Marka jeszcze w czasach liceum potem razem studiowali na Uniwersytecie Jagiellońskim i wspie­rali się nawzajem podczas egzaminów. Ślub był trzy miesiące po odebraniu dyplomów, cała rodzina piła szampana, choćby ciocia Janina z Gdyni. Przez pierwszych kilka miesięcy byli szczęśliwi, jak typowe młode małżeństwo, chodzili na spacer na Planty i zamawiali lody w ulubionej cukierni. Po pół roku Weronika zaczęła się niepokoić, bo jakoś ciąży nie było. Marek jak mógł pocieszał, mówił, iż z pewnością niedługo doczekają się dzieci, bo wszystko w życiu przychodzi wtedy, kiedy trzeba.

Minęły dwa lata i Weronika zaczęła tracić nadzieję. Zgłosiła się do lekarza w klinice na Grzegórzkach, ale żadnych poważnych problemów nie wykryto. Marek wiedział, jak bardzo ją to boli, więc zabierał na spacery nad Wisłę i do kina na romantyczne komedie. Ale żona robiła się coraz bardziej smutna trwało to dwanaście długich lat. Pełni rodzinnego szczęścia Weronika po prostu nie czuła najpierw była szczęśliwa, potem traciła euforia życia.

Pewnego lipcowego dnia, kiedy słońce grzało mocniej niż piecyk na działce w Szczawnicy, Weronika wyszła sama na spacer, bo Marek wybył do pracy. Snuła się powoli ulicą Starego Miasta, nie zwracając uwagi na przejeżdżające tramwaje, gołębie czy choćby miłośników oscypków.

I nagle… tuż obok siebie usłyszała cichy głosik:
Czy to ty jesteś moją mamą?

Zamarła, jakby piorun strzelił w dzwonnicę Mariacką. Podniosła wzrok po drugiej stronie płotu dziecięcego domu stał malec, nie starszy niż trzy lata. Chwycił rytmicznie palcami za pręty, patrząc na nią przenikliwie.

Przez chwilę zawisła w niepewności. W końcu podeszła bliżej, choć w głowie kłębiły jej się myśli jak bańki mydlane. Z oddali widziała bawiące się dzieci nie miała wątpliwości, iż to dom dziecka.

Patrzyła na chłopca, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Przedłużała ciszę, rozważając, czy to przeznaczenie upomniało się o nią właśnie tutaj. Po chwili spytała:
Nie pamiętasz swojej mamy? Jaka była?
Nie, nigdy jej nie widziałem. Dlatego stoję tutaj i czekam. Mama na pewno mnie rozpozna, jeżeli będzie przechodziła.
Pewnie, masz rację odpowiedziała Weronika, jakaś niespodziewana nadzieja pojawiła się w jej sercu.
Jak masz na imię?
Jestem Krzyś.

Weronika zatrzymała się, a potem już zdecydowanie postanowiła działać. Była pewna, iż da z siebie wszystko, żeby zostać jego mamą. Może to właśnie los postawił ją przed tym płotem?

Wiesz, miałam kiedyś synka, ale go straciłam powiedziała cicho. On też miał na imię Krzyś. Do tej pory go szukałam. Może to właśnie ty?

Chłopiec rozpromienił się jak słońce w maju i wykrzyknął radośnie:
Tak, to ty! Jesteś moją mamą! Poznałem cię! To ty!

Wyciągnął rączki przez płot, a Weronika objęła go mocno przez metalowe pręty.

Teraz od razu idziemy do dyrektorki i mówimy, iż się znaleźliśmy! Zabieram cię do domu!
Ale super! krzyknął Krzyś.

Weronika wstąpiła do budynku razem z chłopcem w podskokach.
No nareszcie nasz Krzyś będzie miał mamę! cieszyła się opiekunka, cała w skowronkach.

Zaczęły się kontrole papierów, komisje i nudne oczekiwania dla Weroniki wszystko mijało, jakby w mlecznej mgle. Krzyś wszystko rozumiał i wierzył, iż jego mama już go nie zostawi. Tymczasem Weronika opowiedziała Markowi o nowym planowanym członku rodziny. Razem urządzili pokój dziecięcy wybrali meble w Ikei, wzięli łóżeczko z motywem dinozaurów, bo przecież Krzyś lubił bajki. Marek nie miał wyboru gdy zobaczył, ile euforii wróciło do Weroniki, był przekonany, iż to dobry pomysł.

Przyszedł wyczekany dzień! od dzisiaj Krzyś był ich synem. Szli razem przez rynek, szczęśliwi jak para gołębi. Dom w końcu się zmienił cisza, która trwała dwanaście lat, została przegnana tupotem małych stópek i głośnym Tato, patrz!. Weronika znów rozkwitła. Całą swoją miłość dała temu chłopcu. Marek stał się najlepszym ojcem z możliwych, choćby czytał bajki na dobranoc bez kichania.

Czas płynął, Krzyś rósł jak pączek w maśle i codziennie sprawiał rodzicom mnóstwo radości. Aż pewnego pięknego poranka Weronika poczuła się jakoś nie tak. Marek się zaniepokoił, więc poszli razem do przychodni na osiedlu. Właśnie tam usłyszeli nowinę, która była jak wygrana w totka: Weronika zostanie mamą! euforii nie dało się wyrazić w żadnym języku, choćby gwarą podhalańską.

Wszyscy czekali z niecierpliwością na kolejnego domownika. W końcu nadszedł ten dzień urodziła się zdrowa dziewczynka, Zuzanna. Teraz rodzina była pełna.

Weronika wiedziała jedno: cud narodzin Zuzanny wydarzył się tylko dlatego, iż kiedyś nie przeszła obojętnie obok małego chłopca za płotem. Szlachetne decyzje zawsze zostaną nagrodzone. Szczęście nie przychodzi według wykresu ono pojawia się, gdy człowiek otwiera serce, choćby jeżeli czasem nie wie, co go czeka.

Idź do oryginalnego materiału