Z mojej emerytury, oprócz koniecznych opłat za mieszkanie i zakupów robionych zwykle podczas promocji w pobliskim markecie, pozwalałem sobie na małą przyjemność paczuszkę kawy ziarnistej. Ziarna były już palone, a kiedy nacinałem róg woreczka, rozchodził się aromat, od którego aż kręciło się w głowie. Wciągałem go powoli, zawsze z zamkniętymi oczami, odcinając się od wszystkiego, prócz zapachu. I wtedy działo się coś niezwykłego! Razem z tym oszałamiającym aromatem wracała do mnie siła nagle stawały mi przed oczami marzenia z młodości, obrazy dalekich kontynentów, szum bałtyckich fal, dźwięk burzy nad mazurskim jeziorem, zagadkowe szepty wśród lasów i gęstych trzcin
Nigdy nie widziałem tych miejsc, ale pamiętam opowieści taty, który często znikał w ekspedycjach gdzieś w Ameryce Południowej. Kiedy wracał, lubił snuć przy mnie wtedy nazywał mnie Halinką historie o przygodach nad Amazonką, popijając silnie zaparzoną kawę. Dziś ten zapach już zawsze będzie kojarzył mi się z nim, suchym, żylastym i opalonym podróżnikiem.
O tym, iż rodzice nie byli moimi biologicznymi, wiedziałem od zawsze. Pamiętam, jak na początku wojny trzyletniego chłopca, który stracił rodzinę, przygarnęła kobieta i została moją mamą na całe życie. Później wszystko potoczyło się jak u większości: szkoła, nauka, praca, ślub, narodziny syna, a w efekcie samotność. Syn, namówiony przez swoją żonę, już dwadzieścia lat temu wyjechał do Norwegii, gdzie wraz z rodziną mieszkał sobie dostatnio w Oslo. Przez te wszystkie lata odwiedził rodzinny Kraków tylko raz. Dzwoniliśmy do siebie, co miesiąc przesyłał mi złotówki na konto, ale ja tych pieniędzy nie wydawałem skrupulatnie odkładałem je na specjalnie założone konto. Przez dwadzieścia lat zebrała się spora suma, która wróci do niego. Kiedyś…
Ostatnio nie opuszczała mnie myśl, iż przeżyłem życie dobre pełne trosk i miłości ale nie moje. Gdyby nie wojna, miałbym inną rodzinę, innych rodziców, inny dom. A to znaczy, iż i los byłby całkiem inny. Prawdziwych rodziców ledwo pamiętam, ale często wracała w myślach dziewczynka z tamtych, prawie niemowlęcych lat, która zawsze była blisko. Nazywała się Maryśka. Tak do nas wołali: „Marysiu, Halinko!” Kim dla mnie była? Siostrą czy po prostu przyjaciółką?
Moje rozmyślania przerwał krótki dźwięk telefonu. Spojrzałem na ekran emerytura wpłynęła! No i dobrze, w samą porę! Można przejść się po kawę ostatnią wypiłem wczoraj rano. Ostrożnie stukając laską w bruk, obchodząc jesienne kałuże, podszedłem do drzwi sklepu.
Przy wejściu kuliła się szara, pręgowana kotka, spoglądając nieufnie to na przechodniów, to na szklane drzwi. Żal ścisnął mi serce: Marznie, biedaczka, pewnie głodna… Wziąłbym cię do domu, ale… Komu będziesz potrzebna, kiedy mnie zabraknie? Przecież mi już kilka zostało. Z litości kupiłem dla niej tanią saszetkę karmy.
Starannie wyciskałem galaretkę do plastikowego pojemnika, a kotka cierpliwie czekała, patrząc na mnie rozkochanym wzrokiem. Nagle otworzyły się drzwi sklepu i na schodki wyszła postawna kobieta o niezbyt przyjaznej minie. Bez słowa kopnęła pojemnik tak, iż kawałki karmy rozrzuciły się po trotuarze:
Tłumaczę wciąż, bez sensu! ofuknęła mnie. Nie dokarmiać tych zwierząt! i odwróciła się na pięcie, znikając w tłumie.
Kotka, cała w napięciu, zaczęła zbierać jedzenie spod nóg przechodniów, a ja poczułem, jak ściśnięty ze złości żołądek dał początek atakowi migreny. Pospieszyłem do przystanku tylko tam były ławki. Siadłem, gorączkowo przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu tabletek, ale bez skutku.
Ból narastał falami, miałem wrażenie, iż głowę ściskają mi imadła, ciemno mi się robiło przed oczami, a żałosny jęk wyrywał się z piersi. Ktoś dotknął mego ramienia. Z trudem otworzyłem oczy młoda dziewczyna patrzyła na mnie z troską:
Źle się pan czuje? Jak mogę pomóc?
W reklamówce mruknąłem słabo. Tam jest kawa, otwórz, proszę, i podaj.
Zbliżyłem się ustami do paczki, wciągnąłem aromat świeżo palonych ziaren raz, drugi. Ból nie zniknął, ale osłabł.
Dziękuję ci, kochanie… powiedziałem cicho.
Mam na imię Zuzanna, ale dziękować trzeba kotu. Dziewczyna uśmiechnęła się. Siedział tu obok pana i tak głośno miauczał!
I tobie dziękuję, kochana. Pogłaskałem kotkę, która czaiła się obok na ławce. Ta sama, pręgowana.
Co się panu stało? zapytała przejęta dziewczyna.
Atak migreny… zdenerwowałem się, czasem się to zdarza wyjaśniłem, głaszcząc kota.
Odprowadzę pana do domu, samemu będzie ciężko.
Moja babcia też ma takie ataki zaczęła opowiadać Zuzia, gdy siedzieliśmy już w moim mieszkaniu, popijając słabą kawę z mlekiem i zagryzając herbatnikami. adekwatnie to jest moja prababcia, ale zawsze mówię babcia. Mieszka z moją mamą i babcią w małej wsi pod Tarnowem. Ja uczę się tutaj w Krakowie, w szkole medycznej, chcę być ratowniczką. A pan, wie pan, jest do niej tak podobny, iż gdy pana zobaczyłam, pomyślałam, iż to ona! A próbował pan szukać swoich prawdziwych krewnych?
Zuzanku, jak mam szukać, skoro ich prawie nie pamiętam. Ani nazwiska, ani skąd jestem. Pamiętam tylko bombardowanie, gdy jechaliśmy wozem, potem czołgi… a potem biegłem, biegłem, aż dopiero później doszedłem do siebie. To był strach na całe życie! Później przygarnęła mnie kobieta, nazwałem ją mamą i tak już zostało. Po wojnie wrócił jej mąż, został dla mnie najlepszym tatą na świecie! Z mojego, swojego życia została mi tylko jedna rzecz imię. Myślę, iż moja rodzina, cały mój świat, zginął tam osamotniony, pod gradem bomb. Mama, Maryśka
Nie zauważyłem nawet, kiedy po tych słowach Zuzanna zadrżała i spojrzała na mnie ogromnymi, niebieskimi oczami:
Panie Halinie, a czy ma pan pieprzyk na prawym ramieniu, taki jak listek?
Zatkało mnie i dosłownie zakrztusiłem się kawą, podczas gdy kot patrzył mi przenikliwie w oczy.
Skąd to wiesz, dziewczyno?
Moja babcia ma dokładnie taki sam powiedziała cicho. Nazywa się Maria. Do dzisiaj nie potrafi powstrzymać łez, wspominając swoją siostrzyczkę, bliźniaczkę Halinkę. Zginęła podczas ewakuacji, gdy bomba rozdzieliła rodzinę. Musieli wracać do domu, przeżyli okupację, a Halinki nie znaleźli, choć szukali latami
Od rana nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Chodziłem od okna do drzwi, wyglądając gości. Szara, pręgowana kotka nie odstępowała mnie na krok, z niepokojem śledząc każdy mój ruch.
Spokojnie, Krysia, wszystko będzie dobrze uspokajałem kotkę. Choć serce wali mi jak młot…
W końcu zadźwięczał dzwonek do drzwi. Otworzyłem, z sercem w gardle.
Dwie starsze kobiety stały w progu, patrząc na siebie z nadzieją w oczach. W ich spojrzeniu jak w lustrze odbijała się ta sama błękitna głębia, siwe loki i smutne zmarszczki u kącików ust.
Wreszcie jedna z nich westchnęła z ulgą, uśmiechnęła się i rzuciła mi się w ramiona:
Witaj, Halinko!
A na korytarzu, ocierając łzy szczęścia, stali nasi najbliżsi.
Dzięki tej jednej, ciepłej filiżance kawy, przypadkowemu spotkaniu i szczerości młodej dziewczyny, zrozumiałem, jak wiele dobrego może przynieść życzliwość wobec drugiego człowieka. Czasem wystarczy otworzyć się na świat, by dostać od niego w zamian cały utracony dom.














