Z wypoczynku Igor nie wrócił — — Czemu twój nie pisze, nie dzwoni? — Nie, Wera, ani przez dziewięć dni, ani na czterdziesty żadnego znaku życia — żartowała Luda, poprawiając roboczy fartuch na szerokiej talii. — Poszedł w tango albo co innego — współczująco kiwała głową sąsiadka. — No czekaj, czekaj. Policja też milczy? — Wszyscy milczą, Weroniko, jak ryby w Bałtyku. — Ot, los… Ta rozmowa ciążyła Ludmile. Wzięła miotłę w drugą rękę i zaczęła zamiatać spadające liście przed swoim domem. Długa, ponura jesień 1988 roku. Trzy lata odkąd Gulkowa Ludmiła przeszła na emeryturę i cieszyła się zasłużonym odpoczynkiem, ale ostatnio musiała podjąć pracę w spółdzielni mieszkaniowej jako dozorczyni — pieniędzy coraz mniej, a nowej pracy nie znalazła. Mieszkali jak zwyczajna polska rodzina — ani dobrze, ani źle. Pracowali, wychowywali syna. Mąż Ludmiły nie przepijał, tylko od święta. W pracy szanowany, solidny. Nie oglądał się za innymi babami. Ona całe życie jako pielęgniarka w szpitalu, dyplomy, nagrody. Mąż wyjechał nad morze na wczasy i nie wrócił. Ludmiła długo nie podejrzewała nic złego. Nie dzwoni? To pewnie dobrze się bawi, odpoczywa. Ale gdy w wyznaczonym dniu nie wrócił, zaczęła go szukać, obdzwoniła szpitale, policję, choćby do kostnicy zadzwoniła. Synowi, który służył w wojsku, najpierw wysłała telegram o zaginięciu ojca, potem dodzwoniła się. Ustalili — z hotelu wyjechał, na pociąg nie wsiadł. Przepadł. Znów telefony po szpitalach, kostnicach. W pracy męża rozkładali ręce — przyznali wczasy, reszta to sprawa rodzinna, nie wtrącają się. Nie zgłosi się do pracy — zwolnią za nieobecność. Matka rwała się, żeby jechać szukać go nad morzem, syn przekonywał: — Gdzie ty go tam znajdziesz? Ja mam niedługo wolny tydzień, jeżeli dadzą przepustkę, pojadę. W mundurze łatwiej się dogadam. Ludmiła trochę się uspokoiła, próbując zająć się czymś, by nie myśleć o najgorszym. Do komisariatu chodziła już jak do pracy — ale bez nerwów, wiadomości żadnych. Pracę też przez to podjęła. Jak zamiatasz i jesteś między ludźmi, trzymasz się. W domu wieczorami płakała. Winiła siebie i los, iż postawił przed nią takie trudne wyzwanie w tym wieku. Najgorsza była niepewność. Igor pojawił się przed Ludmiłą tak nagle, jak zniknął. Stał w tym samym ciemnogranatowym garniturze, w którym wyjeżdżał. Bez torby, bez walizki. Po prostu stał, podniesionym kołnierzem, ręce w kieszeniach, i patrzył, jak Ludmiła zamiata podwórko. Nie zauważyła go od razu, nie wiedziała, ile już tak stoi, dopóki nie zawołał ją syn. — Igor, Piotrek… — Ludmiła rzuciła miotłę i pobiegła. Kobieta rozłożyła ramiona jak ptak wracający do domu, rzuciła się mężowi na szyję i przytuliła. Igor chwile zwlekał, ale i on przytulił żonę. — Chodźcie do domu, aż się obejmują — mruczał syn niezadowolony. Ludmiła wyczuła to w jego głosie, w stąpaniu po ścieżce. — Piotrusiu, przytul się, nie widziałam cię od wiosny — matka dogoniła syna. — Cześć, cześć. Chodźmy, zimno. — Czemu nie zadzwoniłeś? Mogłabym się przygotować, posprzątać, ugotować… — Mamo, nie po pierogi przyjechałem. Obiecałem. No i jestem. Żona spojrzała na męża, potem na syna. Przeżyła tyle przez te miesiące, iż czuła się jak we mgle. Żywy, zdrowy. Nie chciała wypytywać, tylko go nakarmić, napoić i pozwolić odpocząć. Igor siedział i milczał. — Mamo, usiądź wreszcie. Ale Luda krzątała się po kuchni, stukała talerzami, filiżankami. — Mamo, tatę znalazłem u innej kobiety. Ludmiła spojrzała na syna, potem na męża. Ten siedział z rękami splecionymi na kolanach, głowę spuszczoną, jak nastolatek przyłapany na psocie, chudy i ponury, nie chcący przyznać się do winy. — U jakiej innej? Co się dzieje, Igor? Wszystko, co sobie wyobrażała Luda, to iż mężowi stało się coś złego: okradli go, nie ma pieniędzy na bilet, pobili go i biednie tuła się po obcych miastach. — Nie wrócił do domu, zamieszkał u Zubowej Oli, w domku nad morzem. Nie chciał wracać. Ludmiła patrzyła na męża, mrugała powiekami. — Jak to, nie chciał? — Tak, nie chciałem. Zrozumiałem, iż żyję nie tak. Praca – dom, dom – praca. Weekend na działce. A wolności nie ma. — Aha, wolności! — Luda aż się zaczerwieniła ze złości. — Synku, po co taką porcję wolności tu przytargałeś? Chciałeś mnie upokorzyć? Lepiej jakby powiedział, iż nie żyje, byłoby sprawiedliwiej. Wypłakałam za nim oczy, a on w domku nad morzem… — Wiesz, Luda… może chciałem zacząć nowe życie. — Nie, Igor, ciebie nie nowe życie zaczęcie wzięło, tylko gorące słońce walnęło w łeb, rzuciłeś wszystko i jak ostatni drań ukryłeś się przy innej. Prawdziwy facet wróciłby, rozwiódł się, a potem ruszyłby na wszystkie cztery wiatry. Najpierw byłby szczery z innymi, potem ze sobą. Nie chcę cię widzieć, wyjdź… Igor wstał i przeszedł korytarzem do pokoju. — Nie-e, idź stąd. Jakbyś nigdy nie wrócił! Nie chcę, nie mogę! — krzyknęła Ludmiła, bliska histerii. — Tato, idź, — Piotrek już był w korytarzu. Luda zobaczyła Igora ponownie dopiero po dwóch tygodniach. Znów zamiatała ścieżkę, zgarniała wodę po deszczu z jezdni. Stał na początku domu, w starym płaszczu i śmiesznej czapce. — Luda — zawołał, potem głośniej powtórzył jej imię. Podniosła głowę, spojrzała na niego pustym wzrokiem. On jakby połamał jej ręce i nogi — mogłaby mu wybaczyć, ale podejść i przytulić już nie umie. Igor sam podszedł bliżej. — Zostałem, wróciłem do pracy w zakładzie. Brygadzistą nie chcieli, tylko zwykłym robotnikiem. Przyjmiesz mnie? Podparła się rękami na miotle, spojrzała: — Przyjmę! Ale najpierw papiery rozwodowe, i to pilnie. — Nie wybaczysz? Rozumiem. — No, skoro rozumiesz, po co przyszedłeś? — Kiedy wyjeżdżałem, Ola powiedziała: jak wrócisz, nie wpuszczę cię już. No to wróciłem, Luda, do domu. — Ha, ha, ha! I tam, i tu nigdzie nie jesteś potrzebny, Igor. Bo takich facetów nikt nie chce. I gdyby nie syn, nie wsiadłbyś choćby w pociąg z powrotem. Idź, żyj swoim życiem, jak chciałeś — nie przeszkadzaj mi pracować. Tłuczesz się tu… — i kilka razy przejechała mu po butach miotłą. Odwróciła się i z wściekłością zamieształa dalej. Po pięciu minutach obejrzała się — Igora już nie było. Westchnęła z ulgą, jakby ciężar zrzuciła z ramion. Bała się, iż zostanie, a ona jednak mu wybaczy… Bo tych, co w plecy biją, zwykle broni się własną piersią.

naszkraj.online 1 dzień temu
Z urlopu Janusz nie wrócił Czemu twój nie dzwoni, nie pisze? Nie, Weroniko, ani na dziewięć dni, ani po czterdziestu dniach żadnego znaku życia, żartowała się Leokadia, poprawiając roboczy fartuch na szerokich biodrach. Zabalował, wychodzi na to, albo co gorsza… pokiwała głową sąsiadka pełna współczucia. No, czekaj, czekaj. Milicja na zgłoszenie też milczy? Wszyscy milczą, […]
Idź do oryginalnego materiału