Żeby wrócił cały. Żeby tam, gdzie jedzie, znalazł lepsze życie, a nie kłopoty. Stałam na dworcu, machałam mu ręką i udawałam przed samą sobą, iż jestem silna. Że matka musi być dumna, nie przerażona.
Nie wiedziałam, iż jego wyjazd nie zostawi po sobie ciszy. Zostawi po sobie wojnę.
Najpierw zadzwoniła synowa. Płakała tak, jak płacze człowiek, który traci grunt pod nogami.
Powiedziała, iż nie rozumie, co się dzieje. Że syn jest dziwny. Że rzadko dzwoni. Że rozmawia z nią krótko, jakby odhaczał obowiązek. Że w domu pojawiły się plotki, a ona czuje, iż wszyscy coś wiedzą, tylko nie ona.
Ja też jeszcze wtedy nie wiedziałam. Przynajmniej tak sobie wmawiałam.
Bo prawda przyszła szybko. I przyszła w postaci drugiego telefonu, którego nie powinnam nigdy odebrać.
Obcy numer. Młody głos. Kobiecy, pewny siebie.
Powiedziała, iż jest z moim synem. Że się kochają. Że on jej obiecał, iż wszystko ułoży. Że wyjechał nie po to, żeby zarabiać, tylko żeby być z nią, daleko od żony, daleko od wstydu.
Pamiętam, jak usiadłam na podłodze w kuchni, bo nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. W mojej głowie przez chwilę nie było nic. Ani słów, ani złości. Tylko pustka.
Miałam dwie kobiety i jednego syna, który zniknął za granicą jak cień, zostawiając mnie z jego brudem w rękach.
Synowa przyszła do mnie następnego dnia. Stała w progu jak ktoś, kto nie ma już gdzie wrócić. W oczach miała pytanie, na które nie chciałam odpowiadać.
Czy to prawda.
Nie potrafiłam kłamać. Skinęłam tylko głową. A ona osunęła się na krzesło i zaczęła płakać tak cicho, jakby wstydziła się własnej krzywdy.
W tym samym tygodniu pojawiła się druga. Kochanka. Przyszła z butą i wyuczonym spokojem, jakby to ona była ofiarą, nie sprawczynią.
Chciała, żebym pomogła. Żebym wpłynęła na syna. Żebym przekonała synową, iż tak będzie lepiej. Żebym była po jej stronie, bo ona jest młoda, bo ona kocha, bo ona nie ma nikogo.
Słuchałam jej i czułam, iż coś we mnie zaczyna pękać.
Bo nagle to ja stałam się centrum cudzego chaosu. Ja, matka, która miała odprowadzić syna na lepsze życie, a dostała w zamian brudną tajemnicę i dwie kobiety na progu.
Próbowałam rozmawiać z synem. Dzwoniłam, pisałam, błagałam, groziłam. Raz mówiłam spokojnie, raz trzęsłam się ze złości. On odpowiadał wymijająco. Że się pogubił. Że nie chciał nikogo skrzywdzić. Że to skomplikowane.
Skomplikowane. Tak nazywał zdradę i tchórzostwo.
Synowa chciała rozwodu. Miała do tego prawo. Kochanka chciała, żeby wrócił do niej na stałe i żeby nikt jej nie oceniał. A ja chciałam tylko, żeby ktoś wreszcie wziął odpowiedzialność.
I wtedy przyszło najgorsze. Bo moja rola przestała być rolą matki. Zostałam kimś w rodzaju mediatora, sprzątaczki, tarczy. To do mnie przychodziły pretensje. To ja odbierałam nocne telefony. To ja słuchałam oskarżeń. To ja próbowałam naprawiać coś, czego nie zepsułam.
Mijały miesiące. Synowa spakowała swoje rzeczy. Kochanka przez cały czas dzwoniła, raz płacząc, raz żądając. Syn milczał coraz częściej. Jakby uważał, iż jeżeli nie mówi, to problem znika.
Nie znikał. Rósł.
Aż minęło sześć miesięcy od jego wyjazdu.
Był wieczór. Zimny, lepki od deszczu. Słyszałam wiatr, który tłukł o parapet. Wstałam, żeby zamknąć okno, i wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Nie dzwonek. Pukanie. Ciche, jakby ktoś się bał.
Otworzyłam.
Na progu stał wózek. A w nim dziecko. Maleńkie. Z czerwonymi policzkami od zimna, z czapką nasuniętą na oczy. Obok leżała torba z kilkoma pieluchami i kartka.
Na kartce było jedno zdanie.
To jest jego. Nie mogę już.
Poczułam, jak świat mi odpływa. Jakby ktoś nagle odłączył prąd w mojej głowie. Stałam w drzwiach i patrzyłam na to dziecko, które oddychało spokojnie, nic nie rozumiejąc. Dziecko, które zostało porzucone jak paczka. Na moim progu. W moim życiu.
Pierwsza myśl była brutalna.
Czyje to dziecko.
Druga była jeszcze gorsza.
Czy mój syn naprawdę do tego doprowadził.
Wzięłam je na ręce. Było ciepłe, lekkie, pachniało mlekiem i strachem. Nie płakało. Jakby już zrozumiało, iż płacz nie zawsze przyciąga ludzi.
I wtedy dopiero przyszły emocje. Tak gwałtowne, iż aż bolała skóra.
Złość na syna, iż uciekł. Złość na kobietę, która zostawiła dziecko i zniknęła. Złość na świat, iż to wszystko spadło na mnie.
Ale pod tą złością była jeszcze jedna rzecz. Miłość, której nie umiałam zatrzymać.
Bo kiedy spojrzałam w twarz tego malucha, zobaczyłam niewinność. Zobaczyłam życie, które nie prosiło o taki początek.
Zadzwoniłam do syna. Raz. Drugi. Piąty. W końcu odebrał.
Powiedziałam tylko jedno.
Twoje dziecko jest u mnie.
Zapadła cisza, taka, która mówi więcej niż krzyk. A potem usłyszałam jego oddech. Urwany. Jakby ktoś uderzył go w brzuch.
Nie zapytałam, jak mogłeś. Nie musiałam.
– Mamo… ja… ja nie wiedziałem, iż ona to zrobi – wyszeptał.
Nie wiedział. Zawsze nie wiedział. Zawsze było mu się przytrafiło.
A ja trzymałam jego dziecko i zrozumiałam, iż oto kończy się czas rozmów. Zaczyna się czas decyzji.
Tej nocy nie spałam. Siedziałam w fotelu z niemowlęciem na rękach, wpatrzona w ciemność. W głowie miałam jedno pytanie, które rozrywało mnie od środka.
Ile jeszcze cudzych błędów mam udźwignąć, bo jestem matką.
Rano podjęłam pierwszą rozsądną decyzję od miesięcy. Zadzwoniłam po pomoc. Do urzędów, do prawnika, gdzie trzeba. Nie po to, żeby się mścić. Po to, żeby chronić dziecko. I siebie.
Bo dramat tej historii nie polegał na zdradzie. Dramat polegał na tym, iż mój syn uciekł z kraju, a ja zostałam z jego ruiną. A kiedy po sześciu miesiącach znalazłam dziecko na progu domu, zrozumiałam, iż już nie sprzątam po nim kłopotów.
Teraz sprzątam po nim ludzkie życie.





