Była sobota, zwykła, domowa: zupa pyrkała na kuchence, w telewizji leciał jakiś program, a ja siedziałam przy stole z herbatą i próbowałam zebrać się do nauki. Mama weszła do kuchni w długim swetrze, bez makijażu, jakby wróciła z pracy i nagle przypomniała sobie o czymś ważnym.
— Muszę wam coś powiedzieć — zaczęła, i już po tonie wiedziałam, iż to nie będzie „zmienili mi grafik” ani „zepsuł się piekarnik”.
Mój tata od lat nie mieszkał z nami, więc kiedy powiedziała „wam”, miała na myśli mnie i dziadków, bo to oni w praktyce byli naszą rodziną. Wtedy właśnie byli u nas, jak co tydzień — babcia krzątała się przy blacie, dziadek czytał gazetę.
Mama wzięła głęboki oddech.
— Jestem w ciąży.
Powiedziała to szybko, jakby bała się, iż jak rozłoży słowa na sylaby, to się rozpadnie.
Przez sekundę było cicho. A potem babcia upuściła łyżkę tak głośno, iż aż podskoczyłam.
— Co?! — wyrwało się jej, ale to nie było „ojej”, tylko „co ty narobiłaś”.
Dziadek odłożył gazetę, spojrzał na mamę i… nie powiedział nic. Tylko jego twarz stała się dziwnie twarda, jakby nagle w środku coś mu pękło.
Ja siedziałam jak wmurowana. Mama miała czterdzieści pięć lat. W mojej głowie to była już kategoria „dorosła, poukładana, wszystko ma pod kontrolą”. I nagle ten świat, w którym mama jest tą, która ratuje, ogarnia, pracuje, planuje, rozsypał się w jednym zdaniu.
— To… to chyba dobrze? — wydusiłam, bo nie umiałam inaczej. Bo przecież ciąża to „dziecko”, a dziecko to w teorii radość. Prawda?
Mama uśmiechnęła się słabo. Taki uśmiech człowieka, który liczy na choć jedną osobę po swojej stronie.
I wtedy babcia wybuchła.
— Dobrze?! Ty wiesz, ile ona ma lat?! — wrzasnęła, wskazując na mamę jak na oskarżoną. — Ty wiesz, co to znaczy?! Co ludzie powiedzą?! Co ona sobie myśli?!
— Mamo, uspokój się — próbowała mama.
— Nie mów mi „uspokój się”! — babcia była już na granicy płaczu, ale to nie były ciepłe łzy. To był wściekły strach. — Ty masz dorosłe dziecko! Ty masz kredyt! Ty masz pracę! Ty… ty…
Nie dokończyła, bo głos jej się załamał.
Dziadek wstał. Powoli. Tak, jakby ważył każdy ruch.
— Kto jest ojcem? — zapytał chłodno.
Mama zamarła. Przez moment patrzyła w stół, jakby tam była odpowiedź, której nie chce wypowiedzieć na głos.
— To nie jest teraz ważne — powiedziała w końcu.
Dziadek parsknął tak, iż aż mi zrobiło się zimno.
— Nie jest ważne? — powtórzył. — To w ogóle co jest ważne? Twoje „chcę, bo chcę”? W tym wieku?
Babcia sięgnęła po ścierkę, zaczęła wycierać blat tak nerwowo, jakby próbowała zetrzeć tę informację ze świata.
— Ja się na to nie piszę — powiedziała nagle. — Nie będę drugi raz niańką. Słyszysz? Nie będę.
Mama pobladła.
— Drugi raz? — zapytałam cicho, bo to słowo uderzyło mnie w brzuch jak kamień.
Babcia spojrzała na mnie, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, iż ja też tu jestem. I w jej oczach nie było triumfu. Była tylko ta złość podszyta czymś, czego jeszcze wtedy nie umiałam nazwać.
— Ty nic nie rozumiesz — syknęła.
Mama podniosła głowę.
— Mamo, przestań.
— Nie przestanę! — babcia prawie krzyczała. — Przypomnij sobie, jak było! Przypomnij sobie szpital, krew, twoje omdlenia! Przypomnij sobie, co lekarz mówił!
I wtedy ja po raz pierwszy zobaczyłam, iż ten wybuch dziadków nie jest „bo wstyd” i „bo ludzie”. On jest jak panika. Jak ktoś, kto widzi przed sobą przepaść i próbuje złapać drugą osobę za rękę, choćby jeżeli robi to brutalnie.
Mama wstała gwałtownie.
— To moja decyzja — powiedziała, a jej głos drżał. — Nie będę się wam tłumaczyć. Ja… ja jestem szczęśliwa.
Szczęśliwa. To słowo zabrzmiało w tej kuchni jak prowokacja.
Dziadek zrobił krok do przodu.
— jeżeli to zrobisz, to licz na siebie — powiedział. — Nie będziemy wam ratować życia drugi raz.
Wyszli, trzaskając drzwiami tak, iż aż zatrzęsły się szklanki w szafce.
Zostałam z mamą sam na sam i poczułam, iż mam w sobie jednocześnie dwa uczucia, które się nie łączą: euforia i wstyd. Radość, bo „będzie dziecko”, a wstyd, bo nagle dotarło do mnie, iż w tej historii coś jest nie tak, skoro dorośli, którzy zawsze wszystko zamiatali pod dywan, reagują jak na katastrofę.
— Czemu oni tak…? — zaczęłam.
Mama odwróciła twarz.
— Bo są starzy — ucięła. — Bo się boją wszystkiego. I bo zawsze chcieli mieć kontrolę.
Chciałam jej uwierzyć. Bardzo.
Tylko iż następnego dnia babcia do mnie zadzwoniła. Sama. Bez mamy.
— Przyjdź — powiedziała krótko.
Poszłam. Babcia siedziała w kuchni z herbatą, ale nie piła. Dziadek stał przy oknie i palił papierosa, choć od lat prawie nie palił. To był zły znak.
— Wczoraj byłaś świadkiem awantury — zaczęła babcia, a jej głos był już spokojniejszy. — I pewnie myślisz, iż my jesteśmy potworami.
Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć.
Dziadek zgasił papierosa i w końcu się odezwał:
— Twoja mama prawie umarła przy twoim porodzie.
Zamarłam.
— Co?
Babcia zacisnęła usta.
— Miała krwotok. Zatrzymali ją na dłużej. Była chwila, iż lekarz wyszedł do nas i… — urwała, a w jej oczach pojawiły się łzy, które tym razem były prawdziwe, ciche. — I powiedział, iż mamy się przygotować na najgorsze.
Świat mi się przesunął. Ja znałam tę historię w wersji „poród był ciężki, ale wszystko dobrze”. Nikt nigdy nie powiedział mi: mogła nie wrócić.
Dziadek mówił dalej, twardo, jakby musiał to wyrzucić z siebie, bo inaczej nie wytrzyma:
— A potem lekarz jej powiedział wprost: ciąża po czterdziestce to ryzyko. Przy jej zdrowiu… jeszcze większe. Ona wtedy obiecała, iż nie będzie. Obiecała nam.
— I co, wy się boicie, że…? — głos mi się załamał.
Babcia przytaknęła.
— My się nie boimy plotek. My się boimy trumny — powiedziała cicho. — Tylko iż jak się jest starym, to człowiek krzyczy, bo nie umie mówić inaczej.
Wróciłam do domu i patrzyłam na mamę inaczej. Nagle jej „szczęście” miało cień. Zauważyłam, iż śpi w dzień. Że miewa zawroty głowy. Że trzyma rękę na brzuchu tak, jakby ten brzuch był jednocześnie cudem i bombą.
A potem wydarzyło się coś, co do dziś pamiętam jak klatkę z filmu.
Był zwykły wieczór. Mama robiła kanapki, ja sprzątałam. Nagle usłyszałam, jak coś spada. Odwróciłam się i zobaczyłam mamę opartą o blat, białą jak ściana.
— Mamo?
Zrobiła krok i… osunęła się na krzesło.
— Niedobrze mi — wyszeptała.
W sekundę miałam przed oczami słowa dziadka: „prawie umarła”.
— Dzwonię po pogotowie — powiedziałam.
— Nie! — złapała mnie za rękę z siłą, której bym się po niej nie spodziewała. — Nie rób scen. To minie.
Ale nie mijało. Jej oddech był płytki, dłonie zimne, a w oczach pojawił się strach — nie ten dumny, który pokazuje rodzinie, tylko prywatny, bezbronny.
I wtedy zrozumiałam, dlaczego dziadkowie wściekli się jak ogień.
Bo oni nie widzą tylko dziecka.
Oni widzą powtórkę koszmaru.
W szpitalu siedziałam na korytarzu i słuchałam kroków pielęgniarek. Mama była za drzwiami. Lekarz wyszedł po jakimś czasie i powiedział, iż to „na szczęście” tylko silne osłabienie i odwodnienie, ale iż ciąża jest wysokiego ryzyka i trzeba bardzo uważać. Bardzo.
Mama wyszła potem na korytarz, już spokojniejsza, ale wciąż blada.
— Widzisz? Nic się nie stało — powiedziała, próbując się uśmiechnąć.
A ja już nie dałam rady udawać.
— Mamo… czemu ty mi nie powiedziałaś, iż mogłaś umrzeć, jak mnie rodziłaś?
Zatrzymała się. W jej oczach błysnęło coś jak wstyd.
— Bo nie chciałam, żebyś nosiła to na sobie — wyszeptała. — Nie chciałam, żebyś się bała.
— A teraz? — zapytałam. — Teraz mam się nie bać?
Mama odwróciła wzrok.
— Ja… ja po prostu… — zaczęła i urwała.
I dopiero wtedy powiedziała prawdę, która była gorsza od wszystkiego, co sobie wyobrażałam:
— Ja pierwszy raz od lat czuję, iż ktoś mnie kocha tak… naprawdę. Nie jak „mama ma ogarnąć”. Tylko jak kobietę.
Zrobiło mi się zimno. Bo to znaczyło, iż za tą ciążą jest nie tylko „wpadka” albo „zaskoczenie”. Jest potrzeba, głód życia, desperacja, żeby jeszcze coś przeżyć, zanim będzie za późno.
— Dziadkowie myślą, iż ja jestem głupia — dodała. — A ja się po prostu boję samotności bardziej niż ryzyka.
Po tych słowach nie potrafiłam już jej oceniać.
Ale też nie potrafiłam jej tylko kibicować.
Bo widziałam, jak łatwo w tej rodzinie emocje zamieniają się w szantaż, jak gwałtownie wszyscy stają po stronach, jak kilka trzeba, żeby „ciąża” stała się wojną.
Dziadek nie odezwał się do mamy przez tydzień. Babcia dzwoniła do mnie i pytała, czy mama „w końcu zmądrzała”. Mama udawała, iż ją to nie obchodzi, ale widziałam, jak nocami siedzi w kuchni z zaciśniętą szczęką i patrzy w ciemne okno.
A ja byłam między nimi jak lina naciągnięta do granic.
W końcu, po kolejnej kłótni, mama powiedziała coś, co mnie zabiło:
— jeżeli oni mnie nie zaakceptują, to trudno. Ja wybieram swoje życie.
A babcia, kiedy usłyszała o jej osłabnięciu w szpitalu, powiedziała tylko:
— Widzisz? Już zaczyna się to samo.
I wtedy dotarło do mnie, iż to nie jest historia o „późnej ciąży”.
To jest historia o ludziach, którzy kochają się tak bardzo, iż robią sobie krzywdę.
O matce, która chce jeszcze raz poczuć, iż żyje.
O dziadkach, którzy boją się, iż znowu będą stać pod drzwiami sali porodowej i czekać na werdykt.
I o mnie — dziecku tej rodziny, które nagle musi być dorosłe dla wszystkich.
Nie rozumiem wielu rzeczy do dziś.
Nie rozumiem, czemu mama wolała najpierw zaskoczyć wszystkich, zamiast z nimi porozmawiać.
Nie rozumiem, czemu dziadkowie krzyczą, zamiast przyznać: „boimy się, iż cię stracimy”.
Ale jedno rozumiem już aż za dobrze:
czasem największa wściekłość w rodzinie nie bierze się z nienawiści.
Tylko z panicznego strachu.
I kiedy to do mnie dotarło, przestałam pytać: „dlaczego oni są wściekli”.
Zaczęłam pytać: czy my zdążymy się nie zniszczyć, zanim urodzi się to dziecko.






