Z życia wzięte. "Mój mąż zawsze wybiera mamę, a nie mnie": Dłużej tak nie wytrzymam

zycie.news 3 godzin temu

Że syn kocha matkę. Że ma prawo. Że rodzina jest ważna. Że kiedy dzwoni, trzeba odebrać. Że kiedy prosi, trzeba pomóc. Że kiedy płacze, trzeba jechać.

Tylko iż u nas to nie była miłość.

To była hierarchia.

I ja byłam w niej na samym końcu.

Pierwszy raz poczułam to wyraźnie w rocznicę ślubu. Nie jakąś okrągłą, ale naszą — istotną dla mnie, bo dawno nie byliśmy nigdzie sami. Umówiłam stolik, załatwiłam opiekę dla dziecka, ubrałam sukienkę, którą kupiłam „na lepszy dzień”. W domu pachniało moimi perfumami, a ja czekałam, kiedy mąż wyjdzie z łazienki.

Wyszedł z telefonem w ręku.

— Mama dzwoniła — powiedział.

— Zadzwonisz później — uśmiechnęłam się, jeszcze naiwna. — Spóźnimy się.

On choćby na mnie nie spojrzał.

— Muszę do niej podjechać. Mówi, iż się źle czuje.

Zamarłam.

— Teraz? Przecież dziś… — zaczęłam.

— Przestań, to moja matka — uciął. — Ty nie rozumiesz.

Nie rozumiem.

Słyszałam to tak często, iż mogłabym sobie wytatuować na czole.

— Ile to zajmie? — zapytałam, próbując jeszcze ratować ten wieczór.

— Godzinę — rzucił, już zakładając kurtkę.

Wrócił po trzech.

Zimna kolacja. Zgaszone świece. Dziecko już spało. Ja siedziałam na kanapie w tej sukience, która nagle wyglądała jak kostium do roli, której nikt nie ogląda.

— No i o co ci chodzi? — zapytał zirytowany. — Mama potrzebowała pomocy.

— A ja? — wyrwało mi się. — Ja też potrzebuję.

Spojrzał na mnie tak, jakby to było dziecinne.

— Ty zawsze coś chcesz. Z mamą jest inaczej.

Z mamą jest inaczej.

To zdanie było jak wyrok.

Potem już widziałam to wszędzie.

Jeśli mama dzwoniła — odkładał wszystko.
Jeśli ja mówiłam — słuchał jednym uchem.

Jeśli mama płakała — jechał natychmiast.
Jeśli ja płakałam — pytał, czy „znowu dramatyzuję”.

Jeśli mama krytykowała mnie przy stole — milczał.
Jeśli ja odpowiadałam — mówił, iż „robię awanturę”.

Teściowa miała własny klucz. Wchodziła, kiedy chciała. Przestawiała rzeczy, komentowała mój obiad, zaglądała do szafek, jakby mieszkała tu od zawsze.

— Ja tylko sprawdzam, czy mój syn ma co jeść — mówiła, jakbym była obcą kobietą, która przypadkiem zajmuje jej miejsce.

Mąż się śmiał.

— Daj spokój, ona tak ma.

A ja… ja zaczęłam znikać.

Pewnego dnia teściowa weszła, usiadła w salonie i powiedziała:

— Synku, pojedziesz ze mną jutro do lekarza. Sama nie dam rady.

— Jasne, mamo — odpowiedział odruchowo.

— Ale jutro mam ważne spotkanie w pracy — wtrąciłam. — Umawialiśmy się, iż ty odbierzesz dziecko z przedszkola.

Teściowa spojrzała na mnie jak na intruza.

— Praca? A co, dziecko nie może chwilę posiedzieć? — prychnęła. — Moje dzieci jakoś przeżyły.

Mąż spojrzał na mnie i powiedział coś, co do dziś dźwięczy mi w głowie:

— Jakoś sobie poradzisz. Mama ma pierwszeństwo.

Pierwszeństwo.

Jak w kolejce. Jak w urzędzie. Jak w życiu, w którym ja byłam zawsze „później”.

Tego dnia stałam pod przedszkolem spóźniona, z sercem w gardle, bo dziecko było ostatnie na sali, a pani patrzyła na mnie z litością.

— Wszystko w porządku? — zapytała.

Skinęłam głową, choć w środku mnie nie było „w porządku” już od dawna.

Najgorzej było wtedy, kiedy zachorowałam.

Gorączka czterdzieści, dreszcze, głowa jak rozpalona blacha. Leżałam w łóżku, a dziecko przychodziło do mnie co chwilę: „mamo, pić”, „mamo, gdzie jest miś”, „mamo, ja głodny”.

Mąż wrócił z pracy, spojrzał na mnie i westchnął.

— No świetnie. I co ja teraz zrobię?

— Może… ugotujesz coś? — wyszeptałam.

W tym momencie zadzwonił jego telefon. Mama.

Mąż odebrał natychmiast.

— Co się stało, mamo?

Słyszałam jej głos, płaczliwy, głośny.

— Synku, ja jestem sama… ja nie mogę oddychać… ja chyba umieram…

Mąż już zakładał buty.

— Jadę.

Podniosłam się na łokciu, osłabiona.

— A ja? — zapytałam cicho. — Ja mam czterdzieści stopni. Dziecko…

Mąż spojrzał na mnie z irytacją.

— Ona jest sama. Ty tu masz dom.

I wyszedł.

W tamtej chwili poczułam coś, czego nie chciałam czuć: nienawiść. Nie do teściowej. Do tej sytuacji, do tego układu, w którym moja choroba była „problemem logistycznym”, a jej każda łza była alarmem.

Siedziałam potem na podłodze w kuchni, w piżamie, z gorączką, robiąc dziecku kanapki, bo bałam się, iż będzie głodne. Ręce mi się trzęsły. Łzy kapały na blat.

I wtedy przyszła wiadomość od męża:
„U mamy zostanę na noc. Trzeba ją przypilnować.”

Przypilnować.

A mnie nikt nie pilnował.

Rano dowiedziałam się, iż teściowa „nie mogła oddychać”, bo… pokłóciła się z sąsiadką. Że „serce ją bolało”, ale jak mąż przyjechał, od razu zrobiła mu herbatę i opowiadała o plotkach z klatki.

Mąż wrócił do domu z miną bohatera.

— Widzisz? Mama naprawdę się źle czuła.

Popatrzyłam na niego. Na mój mąż, który miał być moim partnerem. I nagle zobaczyłam, iż on nie jest moim partnerem.

On jest jej synem. Tylko jej.

— A ja? — zapytałam bardzo spokojnie. — Ty w ogóle widzisz, co się ze mną dzieje?

Westchnął.

— Znowu zaczynasz?

— Nie zaczynam — odpowiedziałam. — Ja kończę.

Zamilkł. Patrzył, jakby nie rozumiał słów.

— Co kończysz?

— To życie — powiedziałam cicho. — To życie, w którym jestem zawsze na drugim miejscu. Nie potrafię tak żyć.

Mąż zaśmiał się nerwowo.

— Przesadzasz.

I wtedy wydarzyło się coś, co mnie przeraziło, ale też… dało mi jasność.

Nie poczułam już nic. Żadnego bólu. Żadnej paniki. Tylko spokój.

Bo zrozumiałam, iż jeżeli on przez cały czas uważa, iż ja „przesadzam”, to znaczy, iż on nigdy nie widział mnie naprawdę.

— Nie przesadzam — powiedziałam. — Ja się duszę.

Cisza.

Dziecko bawiło się w pokoju, śmiało się do bajki. Życie toczyło się dalej, jakby nie obchodziło go, iż ja właśnie stoję na krawędzi.

— Masz wybór — dodałam. — Terapia, granice, brak klucza u twojej mamy, brak jej kontroli nad naszym domem. Albo… ja odchodzę.

Mąż patrzył na mnie długo. W jego oczach pojawiło się coś, co wyglądało jak przerażenie, ale nie wiedziałam, czy to przerażenie stratą mnie, czy przerażenie, iż będzie musiał stanąć przeciwko matce.

I to było najbardziej dramatyczne.

Że choćby w tej chwili nie byłam pewna, czy on wybierze mnie.

Bo przez lata wybierał ją. Każdego dnia. Małymi decyzjami, które mnie zabijały po kawałku.

Nie krzyczałam już. Nie błagałam. Nie tłumaczyłam.

Po prostu stałam i czekałam.

Bo w końcu zrozumiałam, iż nie da się kochać za dwoje, jeżeli w małżeństwie jest zawsze trzecia osoba — matka, która siedzi na tronie, a żona ma tylko „nie robić scen”.

A ja… ja nie potrafię tak żyć.

I już nie chcę.

Idź do oryginalnego materiału