Z życia wzięte. "Wnuki trafiały do mnie w każdy weekend": Spokój odzyskałam, gdy wystawiłam rodzinie rachunek

zycie.news 2 godzin temu

Uśmiechałam się grzecznie. Odpoczynek trwał dwa tygodnie.

Pierwszy telefon zadzwonił w piątek wieczorem.

– Mamo, mogłabyś wziąć dzieci na weekend? Mamy ważne wyjście.

Oczywiście, iż mogłam. Przecież to moje wnuki. Przygotowałam kolację, rozłożyłam dodatkowe koce, wyjęłam stare gry planszowe.

Było głośno, było wesoło, było męcząco – ale w sercu miałam ciepło.

Tydzień później telefon znów zadzwonił.

– Mamo, tylko na jedną noc.

Potem „na chwilę”. Potem „bo musimy wyjechać”. Potem „bo jesteś przecież w domu”.

Z czasem przestali pytać.

Informowali.

– Przywieziemy dzieci w sobotę rano. Odbierzemy w niedzielę wieczorem.

Weekend przestał być mój.

Zakupy drożały. Prąd drożał. Leki drożały. Emerytura nie.

– Mamo, ty przecież i tak siedzisz w domu – powiedziała kiedyś córka, gdy wspomniałam o zmęczeniu.

To zdanie bolało bardziej niż kręgosłup po całym dniu biegania za trzylatkiem.

Nie chciałam być skąpa. Nie chciałam być „tą babcią, która liczy grosze”. Ale rachunki nie płaciły się same.

Pewnego weekendu zostałam z trójką dzieci naraz. Jedno z gorączką. Drugie z alergią. Trzecie z wiecznym buntem.

Nie spałam dwie noce.

W niedzielę wieczorem siedziałam przy stole z herbatą, ręce mi drżały. W lustrze zobaczyłam zmęczoną kobietę, która znów jest potrzebna tylko wtedy, gdy komuś wygodnie.

W poniedziałek usiadłam z kartką i długopisem.

Policzyłam jedzenie. Prąd. Wodę. Bilety do kina. Leki przeciwgorączkowe. choćby nowe prześcieradła, które musiałam kupić po „nocnej katastrofie”.

Wyszła konkretna kwota.

W piątek, gdy córka zadzwoniła z rutynowym:

– Przywieziemy dzieci około dziewiątej –

odpowiedziałam spokojnie:

– Dobrze. Przygotowałam też rachunek za poprzednie weekendy.

Cisza po drugiej stronie była długa.

– Słucham?

– To nie hotel ani darmowe przedszkole. Kocham wnuki, ale nie mogę finansować waszego wolnego czasu.

– Mamo, ty żartujesz?

– Nie.

Wieczorem przyjechali bez dzieci.

Syn był czerwony ze złości.

– Jak możesz wystawiać rachunek własnym dzieciom?

Spojrzałam mu w oczy.

– A jak wy możecie traktować mnie jak darmową opiekunkę?

Córka rozpłakała się.

– Chcieliśmy tylko trochę odpocząć.

– A ja? – zapytałam cicho. – Ja nie mam prawa do odpoczynku?

Zapadła cisza, ciężka i niewygodna.

Nie wiem, co bardziej ich zabolało – kwota na kartce czy to, iż przestałam być bezwarunkowo dostępna.

Od tamtej rozmowy telefon w piątki milczy.

Weekend znów należy do mnie.

Czasem tęsknię za śmiechem wnuków. Za małymi stopami tupiącymi po korytarzu.

Ale kiedy w sobotni poranek piję kawę w ciszy i czytam książkę bez przerywania, wiem jedno:

Nie przestałam być babcią.

Przestałam być wykorzystywana.

Idź do oryginalnego materiału