31 grudnia, późny wieczór, po raz kolejny siedzę przy kominku i myślę o tamtym dniu, kiedy spełniły się dziecięce życzenia.
Jestem Grażyna, po przejściu na emeryturę całe moje serce oddałam wędkarstwu. Każdy wolny moment spędzam nad brzegiem Wisły, trzymając w ręku wędkę. Mój mąż Mikołaj, trener w miejskiej szkole sportowej w Nowej Hucie, przez cały czas pracuje. Jego uczniowie przynoszą chwałę tej szkole po całej Małopolsce, a on sam marzy, by zasiąść ze mną przy wędkarskim brzegu i patrzyć na spokojną taflę wody. Niestety grafik codzienne treningi, zawody i przygotowania nie pozostawia mu takiej chwili.
W sobotę, w czasie lockdownu, postanowiliśmy wyruszyć razem. Dzieci są w szkole online, a Mikołaj z lekkim sercem spakował sprzęt wędkarski i wsiadł do samochodu z żoną, wnukami Stefanem i Ewą oraz starszym wnukiem Szymonem, który właśnie skończył studia i pracuje w straży pożarnej. Obok nas stał dom sąsiada, małego Krzysztofa, rówieśnika Stefana i Ewy. Patrzył na odjeżdżający samochód z wyrazem rozczarowania, bo miał ochotę do nas dołączyć, ale nie mógł się ruszyć.
Mikołaj zwolnił obok chłopca, lekko otworzył okno i zapytał:
Krzysiu, jedziesz z nami na ryby?
Chłopiec od razu pobiegł do domu, by zapytać babcię Walentynę. Po chwili pojawiła się ona w drzwiach:
Czy panowie naprawdę zabierają go ze sobą? zapytała.
Oczywiście odpowiedział Mikołaj.
Hurra! zakrzyknęły wnuki w samochodzie.
Krzysiu założył czapkę, szalik i rękawiczki, wskoczył na tylną kanapę i wyruszyliśmy w naszą ulubioną łowiskę, znaną od pokoleń Bojkowskich, gdzie pływała wielka, mięsista szczupak. Mikołaj rozłożył ognisko na brzegu, byśmy się ogrzali, a ja usiadłam na składanym krześle z wędką w ręku. On odszedł trochę dalej, by nie przeszkadzać w łowieniu. Łowiliśmy na małe przynęty, a ja nie odrywałam wzroku od lotki, pilnując jednocześnie, by dzieci nie zrobiły nic nieodpowiedniego.
Gdy mali bawili się w chowanego i w berka, poczułam szarpnięcie wędka pociągnęła się w dół. Ostrożnie podniosłam żyłkę, a po kilku chwilach mały szczupak wypadł w powietrze i wpadł do wiaderka z wodą.
Pierwszy złapany mruknęłam z satysfakcją. Założyłam nową przynętę i zarzuciłam ponownie. Dzieci wyciągnęły piłkę, zaczęły rysować bramki w piasku i grały w piłkę nożną przy brzegu.
Znowu wędka ściągnęła się w dół, a ja poczułam ten sam dreszcz myśliwego. To była kolejna, większa i bardziej mięsista rybka. Kiedy wróciłyśmy do wiaderka, w nim już były trzy szczupaki.
Co to? Szczupak? szepnął Krzysiu.
Tak! Ten, który spełnia życzenia zaśmiała się z humorem Grażyna.
Naprawdę? krzyknęły Stefan i Ewa jednocześnie. Co nam życzyć?
Niech wiaderka samo wróci do domu odparła złośliwie babcia Walentyna, zarzucając kolejny przynętę.
Nie, nie chcę wiaderka! westchnął smutno Stefan.
Zarzułam wędkę:
To niech księżniczka cię pokocha, jak w bajce o Jaśku i Małce!
Czy mogę ja coś wymyślić? zapytał nieśmiało Krzysiu.
Oczywiście! skinęłam głową.
Chłopiec przycisnął rybkę do dłoni, szepnął coś do jej skrzela, a gdy odwróciłam się, rybka zniknęła w głębinie. Zaskoczona, ale nie zdziwiona, przyznałam: tak to już bywa w opowieściach. Stefan i Ewa przytulili rybki do ucha i szepnęli im życzenia. Po chwili wszystkie rybki pofrunęły w górę, machając ogonami, zanim zniknęły w wodzie.
Z uśmiechem zakrzyknęłam:
Na rozkaz szczupaka, na mój rozkaz, spełnijcie wszystkie nasze życzenia! spojrzałam na cichego Krzysia. I ty, Krzysiu!
Kiedy Mikołaj podszedł do mnie z pustym wiaderkiem, zapytał współczująco:
Nie wędruje?
Odpowiedziałam spokojnie:
Rzucaj dobro do wody, a ono wróci.
Po drodze do domu dzieci zasypiały w samochodzie. Mikołaj wziął Krzysia na ręce, podniósł go i oddał babci. Gdy wpadł w drzemkę, wnuki już przy drzwiach domu krzyknęły:
Dziadku, zgadnijcie, co sobie życzyliśmy?
Krzysiu poprosił o dziadka.
Cicho! ostrzegła Walentyna. Nie mówcie, bo nie spełni się.
W domu przygotowaliśmy tradycyjną rybną zupę, a wnuki spokojnie zasnęły. Nie mogłam przestać myśleć o tym, jak bardzo Krzysiu potrzebował męskiego wzoru ojca, którego nie miał.
Wieczorem, przytulona do ciepła Mikołaja, powiedziałam:
Szkoda, iż Krzysiu nie ma własnego dziadka. Nie telefon, nie komputer, a po prostu bliskość.
Kocham go, choć nie jest moim własnym odparł zamyślony.
Właśnie, on potrzebuje własnego, a nie naszego.
Mijał miesiąc, zbliżał się Nowy Rok. W mieście postawiono ogromną choinkę, zawiesiono lampki, a śnieg pokrył wszystko białym puchem. W przedszkolu i szkole odbywały się jasełka, a Krzysiu wydawał się przygnębiony. Jego babcia Walentyna przyniosła termometr, bo chłopiec zachorował kaszel, ból gardła, a w święta nie mógł się bawić.
Mikołaj od razu zrozumiał, iż małego Krzysia potrzebny jest dziadek. Zadzwonił więc do starego przyjaciela, Borysa, nauczyciela w szkole sportowej, mieszkającego w pobliskim Bielsku-Białej.
Borys, potrzebujemy… dziadka dla chłopca. Nie ma ojca, matka go samotnie wychowuje, a ja nie mogę być przy nim cały czas wyjaśniłem.
Dziadka? nie zrozumiał rozmówca.
Dosłownie. Nie ma ani jednego dziadka w życiu tego dziecka. Proszę, przyjedź na Święta, ubierz się w strój Świętego Mikołaja i powiedz mu, iż jesteś jego dziadkiem. Tylko raz w roku, ale to może wiele zmienić.
Rozmowa poruszyła Borysa. Podzielił się swoimi przemyśleniami z żoną, Weroniką, i oboje zgodzili się pomóc. Weronika, w świątecznym nastroju, dodała:
Ubiorę się w Śnieżynkę i pomogę.
Kilka dni później przyjechaliśmy do domu Bojkowskich w nocy sylwestrową. Mój syn Michał, były bobser, przywiózł nas w swoim nowym Audi, a po dotarciu pod naszą ulicę Walentyna otworzyła drzwi, zdziwiona, ale uśmiechnięta. Borys wyszedł z workiem na plecach, trzymając laski, a przy nim stała Weronika w białej czapce i czerwonym płaszczu nasza własna Śnieżynka.
Gdzie jest mój wnuk Krzysiu? zapytał Borys grubym głosem.
Krzysiu, ukrywający się za choinką, wyszedł nieśmiało:
Dziadku, przyjechałeś! zawołał, przytulając się do niego.
Płacząc ze szczęścia, zapytał:
Czy zostaniesz z nami choć na chwilę?
Oczywiście odpowiedział Borys, spoglądając na Walentynę, której oczy rozświetliły się łzami.
Do wnętrza wszedł piękny młody mężczyzna w białej czapce nasza Śnieżynka, a za nim Michał z torbą pełną prezentów i nowych łyżew.
Michał przywitał się:
Mamo! Dziadek przyjechał! To na życzenie szczupaka, na moje życzenie!
Katarzyna, moja najstarsza córka, objęła syna, a łzy spłynęły po jej policzkach. Weronika, patrząc na męża, powiedziała:
Teraz wszystko ma sens.
Gdy goście usiedli przy stole, podaliśmy pierogi i wędzoną rybę, a Borys opowiadał, jak w dzieciństwie sam marzył o takiej roli. Śnieżynka podawała herbatę, a wszystkie oczy były pełne wzruszenia.
Krzysiu przyszedł do mnie i szeptem zapytał:
Co życzyłaś sobie szczupakowi?
Żebym mogła mieć takiego wiernego przyjaciela, jak ty odpowiedziałam, patrząc mu w oczy.
Rok później, 31 grudnia, przed domem Walentyny zaparkował znajomy Jeep. Z środka wyszedł Michał z dużą paczką, a Katarzyna niosła wózek dziecięcy z naszą nową, małą córką Galą, nazwaliśmy ją na cześć wędkarki, której w tym dniu złapała trzy szczupaki, spełniając życzenia dzieci. Krzysiu dumnie niósł w ręku małą torbę, w której trzymał swojego nowego „dziadka”. Wszystko to przypomina mi, iż choćby najprostszy rzut wędki potrafi zmienić losy i przynieść odrobinę magii do codziennego życia.
