Żadna z babć nie może odebrać naszego synka z przedszkola. Muszę wyrzucać fortunę na dodatkową opiekę.
Kasa leci mi po kieszeni, bo wczoraj znowu pokłóciłem się z matką i nie mam ochoty dzwonić do teściowej.
Mamy jednak dwie babcie moją i babcię mojego męża
Szczęście to tu chyba nieodpowiednie słowo, bo nie są to babcie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Mieszkają po prostu kilkaset metrów od przedszkola naszego chłopca i obie stanowczo odmawiają odebrania go po zajęciach. Zrobiłbym to sam, ale mój dyżur kończy się dopiero o 18:00, więc nie zdążę. Mąż też nie zawsze może, bo pracuje na zmiany w fabryce. Dlatego musimy zatrudnić opiekunkę, co mocno obciąża domowy budżet, mimo iż mamy babcie!
Moja mama, Zofia, pracuje do 16:00 i codziennie, wracając do domu, przechodzi obok przedszkola. Teraz jej życie prywatne jest najważniejsze rozwiodła się z ojczymem i chce żyć po swojemu, więc po pracy relaksuje się przy maseczkach, by wyglądać młodziej. Weekendy spędza na wyjściach do kina, na wystawach, spotkaniach ze znajomymi.
Syna zabiera tylko od czasu do czasu i to w weekendy. Twierdzi, iż jej wnuk zakłóca jej rytuały, bo biega po mieszkaniu i przeszkadza w medytacji. Zofia chętnie doradza mi, jak wychowywać dzieci, ale jednocześnie stanowczo odmawia udziału w codziennej opiece.
Babcia mojego męża, Maria, to inna historia. Nigdy nie pracowała zawodowo, całe życie była gospodynią domową. Ma czworo dzieci, które mają mniej niż trzy lata różnicy wieku. Mój mąż, Michał, jest jej najstarszym synem. Wydawało się, iż będzie idealną pomocnicą, ale ona mówi, iż ma już pełne ręce roboty przy własnych dzieciach, musi gotować, sprzątać, prać, wyżywić rodzinę i sprzątać po wszystkich. Nie ma ani czasu, ani ochoty na wnuka, choć jej młodsi synowie osiemnastoletni Paweł i dwudziestoletni Łukasz już sami sobie radzą.
Raz Maria wzięła mojego synka z przedszkola, a potem była wściekła. Twierdziła, iż nie ma chwili, kiedy mogłaby odebrać wnuka, bo jej własni mężczyźni wracali zmęczeni i głodni z pracy. Później powiedziała, iż to ja powinnam się sama zająć dzieckiem, bo nie oddała mi żadnej pomocy. Stwierdziła też, iż nie możemy już liczyć na jej wsparcie.
Koszty opieki nad naszym chłopcem mocno obciążają nasz budżet. Mam dość hipokryzji babć, które co roku przy świętach spotykają się z wnukiem, mówią o miłości i wymieniają się prezentami, a w praktyce nie pomagają. Nie potrzebujemy ich podarków, potrzebujemy rzeczywistej pomocy.
Dziś musiałem zadzwonić do Zofii i błagać ją, by odebrała synka, bo nie stać nas na kolejną pensję dla opiekunki.
Nie możemy już liczyć na rodziców ani pod względem finansowym, ani w postaci prawdziwej pomocy. Teściowa nie chce przekazać pieniędzy, twierdzi, iż cała kasa idzie na jedzenie, gdyż jej mężczyźni jedzą poza domem.
Nie wiem, jak wydostać się z tej sytuacji. Cała nasza wypłata znika na jedzenie, ubrania i codzienne wydatki, a do tego musimy płacić opiekunkę. Co zrobić, by babcie w końcu nam pomogły?







