Wera, to ty? zatrzymała się młoda kobieta i odwróciła głowę w prawo, skąd dobiegł znajomy głos.
Elu? Ileż to już minęło od ostatniego spotkania? Siedem, może osiem lat? odpowiedziała z euforią Eliza Kowalska.
Dziewięć, kochana, dziewięć. Czas leci tak szybko, iż nie zdążysz mrugnąć, a już znowu jesteś starą i zrzędliwą ciocią z pełną szufladą awokado w kieszeni przymrużyła lewy oczu Wera Zielińska. Pamiętasz, jak razem szalejałyśmy? W szkole zawsze siedziałyśmy przy jednym biurku. Nie bez powodu zdobyłyśmy przydomek syjamskie bliźniaczki. Prosiłyśmy rodziców o takie same sukienki, tornistry i zeszyty.
Oczywiście, iż pamiętam! Jak mogłabym zapomnieć naszą sztukę na ścianie toalety na pierwszym piętrze w podstawówce? Musiałyśmy potem zmywać tę farbę. A ty nigdy nie zostaniesz staromodną babcią, która narzeka na młode pokolenie, twierdząc, iż za moich czasów było lepiej. Patrz, jaka piękność się stała! zachwyciła się Eliza, podglądając strój szkolnej koleżanki.
Właśnie tak, Elu. Przyjechałam do rodziców na kilka dni, mąż jest w delegacji. Wieczorem czekam na ciebie w gościnie. Nie odmawiaj, dobrze? Mam nadzieję, iż nie wymazałaś adresu ich domu z pamięci przytuliła się do Elizy i poprawiła włosy.
Nie, Wero, adres pamiętam. Jak mógłabym zapomnieć dom, w którym zawsze gościnnie mnie witano? Apartament, w którym prawie spaliśmy kuchnię, robiąc eksperymenty? I te pierożki z wiśniami, które zawsze się przypalały? Nie znałyśmy więc wszystkich tajników kulinariów. Sok z dojrzałych wiśni wylewał się, a pierożki były czarne jak węgiel.
Szkolne koleżanki na chwilę zamilkły, wspominając zabawne sytuacje z dzieciństwa.
Oczywiście, iż przyjdę przerwała ciszę Eliza. A twój ulubiony tort Napoleon? Smaki się nie zmieniły? A wino? Mam nadzieję, iż już nie będziemy degustować taniego, jak w jedenastym klasie pamiętam, iż potem trzymała nas mdłość trzy dni i wpadłyśmy na ówczesne lekcje.
Teraz preferuję wino Klevener 1870. Nie kupuj, bo właśnie przywiozłam butelkę idealną na okazję spojrzała na zegarek.
Zapisane, Wero.
Do tego rodzice będą się cieszyć, iż cię zobaczą, wczoraj o tobie rozmawiali. Porozmawiamy na przemian, jakbyśmy recytowały łamańce dodała i wykrzyknęła, iż musi już iść. Nie zapomnij! O siódmej! Nie mogę się doczekać wieczoru.
Ja też. Do zobaczenia!
Wera zniknęła w tłumie, a Eliza ruszyła do marketu po tort. Musiała jeszcze odebrać wolne od domowych obowiązków. Michał zostanie z dziećmi, z nim się dogada, a pamięć? Co z nią zrobić? Niektóre wspomnienia już zniknęły może to i lepsze. Kto wie, jak potoczy się spotkanie przyjaciółki?
Liziunia, wejdź, nie wstydź się zawołała w korytarzu Ludmiła Kowalska, wpuszczając Elizę do salonu.
Stół wciąż przyozdobiony białą batisteczną serwetą, chrupiącymi obrusowymi serwetkami i mosiężnymi sztućcami, przypominał jej dziecięcą beztroskę. Na miejscu stał niemiecki zestaw herbaciany Madonna. Wszystko to przywołało wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa. Eliza poczuła ochotę znów stać się beztroskim żartownisiem, który przy rozkładanym kanapie godzinami plotkuje o kawalerach. Ten sam stół pamiętał też wspólne przygotowania do egzaminów, układanie wzorów, rysowanie hiperbol i równoległościanów, pisanie wypracowań, podglądając się nawzajem w zeszytach.
Uśmiechnięta gościa podniosła rękę, by przywitać Piotra Szymczaka, który, jako dżentelmen, nazwał ją pięknością i, ku niechęci Elizy, pocałował w dłoń. Po krótkiej rozmowie o dzieciach, kieliszku wina i kawałku tortu, Piotr i Ludmiła pożegnali się, zostawiając dziewczyny same.
Delikatność i taktowność pomyślała Eliza o rodzicach Wery.
Wreszcie możemy znów plotkować tak swobodnie, jak dawniej powiedziała Wera, stawiając na stół kieliszek z niewypitym winem.
Przeprowadziliśmy się do stolicy trzy lata temu. Kupiłam mieszkanie w Warszawie. Mąż prawnik w prywatnej firmie, ja uczę matematyki w szkole podstawowej. Syn, Jaś, już w drugiej klasie, a teraz go odwiedza wujek Rusłan. Mały ciekawczy chłopiec! A ty? zapytała Wera, rozluźniając się.
Pracuję jako gospodyni domowa, choć trzy razy w tygodniu sprzątam w rezydencjach bogatych ludzi. Michał jest maszynistą elektrycznego pociągu. Nasze starsze dzieci, Saszek i Karolina, chodzą do przedszkola i na zajęcia taneczne w Domu Kultury.
Pamiętasz, jak marzyłyśmy o pilotach? Chciałyśmy studiować w mieście z lotniskiem, żeby latać na samoloty? śmiała się Wera.
A chłopcy po trzydziestce uważaliśmy za starych i omijaliśmy ich szerokim łukiem odparła Eliza.
Były to złote czasy! Plany wielkie, wierzono we wszystko. Potem musiałyśmy zdjąć różowe okulary. choćby mając siedem łokci na czole, nie zawsze będziesz na fali dodała Wera.
Wera, nie opowiadaj mi o Andrzeju. Czy spotkałaś go ostatnio? zapytała Eliza, patrząc w niebieskie oczy przyjaciółki.
Nie, nie chcę o tym rozmawiać. Nie pamiętam wielu szczegółów. Spotkania z Andrzejem są przypadkowe, jak dwa nieznajome po ulicy, które choćby nie się pozdrawiają. Naprawdę, zapomniałam go całkowicie.
Och, przyjaciółko! Z wiekiem trochę się pogubiło, co? Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. A ty? Nie wróciłaś na studia po tej chorobie? zmieniła temat Wera.
Nie odpowiedziała Eliza cicho.
Rozmowa straciła impet, a Eliza zaczęła się pakować do domu. W taksówce, niespodziewanie, przyszły jej na myśl dawno zapomniane obrazy. Serce waliło jak szalone, policzki pociął rumieniec, palce zmarzły.
Czy wszystko w porządku? zapytał taksówkarz.
Pośpieszmy się, muszę wrócić natychmiast poprosiła.
W ciągu dwudziestu minut w aucie udało jej się odtworzyć rozsypane fragmenty pamięci, tworząc prawie pełny układankę, z wyjątkiem kilku brakujących kawałków.
Zobaczyła się w pokoju dziecięcym: na ścianach zdjęcia aktorów przyklejone z gazet, na fortepianie kolekcja porcelanowych lalek w baletkach, na biurku otwartą książkę z nieczytelnym tytułem. Na łóżku przycinała białą, ślubną suknię drobnymi nożyczkami, rozrywając cekiny, obcinając tiul na paski, wyrzucając buty i rozbijając flakon perfum. W powietrzu unosił się zapach cynamonu, rozmarynu i ledwie dostrzegalnej jaśminowej nuty.
Nagle jej wzrok padł na małą, aksamitną szkatułkę. Bez wahania chwyciła ją oburącz i odkryła dwa złote obrączki z grawerem na zawsze. Pobiegła do spiżarni, wzięła topór i po kilku uderzeniach zamieniła symbole wiecznej miłości w okruchy żółtego metalu. Potem, z nożyczkami w dłoniach, zaczęła równo przycinać rude kosmyki włosów, kiedy weszła do pokoju mama.
Ślubu nie będzie. Naszym najlepszym rozwiązaniem będzie rozstanie usłyszała w telefonie trzy dni przed ceremonią słowa Andrzeja.
Co stało się potem? Eliza nie mogła odpowiedzieć. Wysiadając z samochodu przy swoim bloku, zobaczyła ciemny męski cień.
Kto to może być? pomyślała Andrzej? Dwie nieoczekiwane spotkania w jeden dzień. Przypadek?
Dobry wieczór, Elizo! Nie odpychaj mnie. Proszę, posłuchaj! powiedział duch przeszłości.
Nie mogę powiedzieć, iż cieszę się, iż cię słyszę, Andrzeju. Masz pięć minut. Liczę, iż nie będziesz mnie gnębił, bo i tak robię to z litości. choćby skazani na śmierć mają ostatnie słowo odparła stanowczo.
Andrzej, nerwowo drżąc, wyznał: przeprosił, żałował, iż był tchórzem, iż bał się jak dziecko, iż wówczas miał dwadzieścia osiem lat, nieudane małżeństwo, zdradę żony, nie chciał, by została pośmiewiskiem. Przyznał, iż przez cały czas ją kocha, iż jest nikim bez niej. Wziął jej dłonie w swoje.
Nie rób tego zerwała Eliza ręce, tracąc jedną trzecią przydzielonego czasu. Co jeszcze chcesz powiedzieć?
Wczoraj rozmawiałem z twoją przyjaciółką Werą. Wyjawiłem wszystko i poprosiłem ją, by z tobą porozmawiała, jeżeli wciąż mnie kochasz. odpowiedział.
Minus jeden westchnęła Eliza.
Co? zapytał zdenerwowany, nie wierząc własnym uszom.
Minus ona, przyjaciółka. Nie spodziewałam się takiej zdrady od Wery. Andrzeju, nie masz szans. Odpędź mnie, tracę czas odrzuciła go.
Poczekaj, jeszcze nie skończyłem. Przepraszam, nie wiedziałem. Po rozmowie z tobą odjechałem w góry i wyłączyłem telefon.
Andrzej położył rękę na lewym przedramieniu Elizy, dotykając blizn.
Nie śmiej się! zakrzyknęła.
W głowie Elizy zaczęły wirować obrazy niczym kalejdoskop. Kawałki układanki wróciły na miejsce, pamięć odżyła.
Twoi rodzice i brat grozili mi, iż mnie zniszczą, jeżeli choćby się zbliżę. Obiecałem, iż zniknę z twojego życia szepnął.
Stałem przy twoim łóżku, kiedy leżałaś pod kroplówkami. Powiedzono mi, iż dwa tygodnie byłaś w intensywnej terapii. Dlaczego to zrobiłeś? Nie mam prawa cię potępiać. To moja wina, nie wiedziałem, iż możesz tak wytrzymać. Myślałem, iż po kilku łzach wrócisz na studia. jeżeli w twoim sercu jest choć kropla miłości, porzuć męża. Zadbam o ciebie i dzieci, mam pieniądze i wpływy. Nie pożałujesz dodał i zamilkł.
Na zewnątrz słychać było jedynie szum komarów i cykanie świerszczy.
Złamał drzwi do łazienki, a Eliza znalazła się w wannie pełnej gorącej krwi. Ostre cięcia w lewym ręku krwiły, a woda przybrała rubinowy odcień. Znużona, zamknęła oczy i zasnęła.
Głośny krzyk obudził ją. Na twarzy ojca pojawił się blady wyraz przerażenia, a w jego włosach widać było pierwsze siwe pasma.
Córeczko! Co wyciąłaś!
Wspominała sufit szpitalnego pokoju, biały pomalowany, szukała czegoś, ale nie mogła znaleźć. Ból ręki był nie do zniesienia, ale największy był ból duszy bo czy nasze połamane dusze mogą czuć ból? rozważała.
Po trzech i pół miesiącu w szpitalu powróciła do domu pod pierwszym śniegiem, trzymając się za ręce z rodzicami. Ręka już nie bolała, ale część siebie przeminęła na zawsze. Kto kiedyś odczuwał ból serca, ten zrozumie.
Wiedza i wspomnienia wymazane, leki uciszyły ból ciała, na chwilę zamieniły Elizę w zombiaka. Nie udało się przywrócić jej dawnego, wesołego ja, ale przynajmniej nie była już zupełnieW końcu Eliza, z uśmiechem pełnym nowej nadziei, ruszyła w stronę miodowego zachodu, wiedząc, iż przeszłość już nie trzyma jej za rękę.
