Zdradziecką nawyków nie akceptuję!

polregion.pl 1 godzina temu

Kwiecień 2025 wpis w dzienniku

Nie mogę już dłużej udawać, iż nic się nie zmieniło. Wczoraj w kolejce przed szpitalem w Łodzi stało mnóstwo krewnych, szepcząc w podszewce: A gdzie jest Jacek? Nie widać go nigdzie! Gdzie się podział? Ten niepokojący szept wciągnął mnie w wir wspomnień, których nie chciałabym przywoływać, a jednak muszę.

Gdyby Jacek, ojciec noworodka, naprawdę był tutaj, nie było by tak wiele pytań i niepewności. W rzeczywistości Jacek to tylko przydomek w tym wypadku pochodzi od imienia mojej siostry, Wacławy, które w rodzinie przyjmujemy jako Jacek. Sam fakt, iż Wacława nagle zniknęła, a nie trzyma w ramionach kopertę z naszą małą córeczką, był po prostu nie do przyjęcia.

Zniknęła! Zniknęła, przeklęta! krzyknęła matka Wacławy, gdy jej zięć, Igor, z dzieckiem otrzymał od niej dokumenty i ostatni list uciekinierki. Zawartość listu była szablonowa, jak te, które zostawiają ojcowie w podobnych sytuacjach: Nie jestem gotowa, nie szukajcie mnie, nie odmawiam ojcostwa, będę płacić alimenty, ale to już koniec mojej roli. Nie było w nim ani adresu zwrotnego, ani wyjaśnienia, dlaczego szanowana kobieta, jeszcze pół roku temu marząca o macierzyństwie, nagle postanowiła tak postąpić.

Ignoruj to, Igorze. Kiedyś odzyska się zdrowy rozum, przyzna błąd i wróci starała się pocieszyć matka Wacławy. Moja najstarsza siostra, Łucja, nie powtarzała tych słów. W jej wnętrzu szeptał głos: nie wróci. Łucja zawsze wieła, iż kiedy ktoś coś robi, robi to świadomie; jeżeli postanowił odejść, odejdzie całkowicie.

Masz już dosyć, Łucjo? mruknęła matka, kiedy Łucja delikatnie zasugerowała, iż Wacława może już nigdy nie wrócić. Wróci. Minie miesiąc, dwa, a matka w końcu przypomni sobie o dziecku.

Trzy miesiące później nadeszły papiery rozwodowe. Wacława nie stawiła się na rozprawy, odmówiła opieki nad córką, więc mała Warenka została pod opieką ojca. Łucja coraz częściej odwiedzała byłego męża siostry, by pomagać przy dziecku i rozmawiać z Igorem. I ona sama znała ten ból rok po narodzinach jej syna, Maksym, również została porzucona przez narzeczonego.

Mieli się wyprawić w podróż po małżeństwo, kiedy ich syn miał skończyć trzy lata, a Łucja zakończyła urlop macierzyński. Zamiast tego Maksym uciekł, zostawiając Łucję w kłopotach. Dzięki sądowi udało się udowodnić ojcostwo i uzyskać choćby skromne alimenty, ale strach przed tym, iż mąż zostawi ją samą z dzieckiem, nie dawał spokoju.

Patrzyłam na Igora, który proponował pięć lat oszczędzania na nowy dom, a ja wciąż kazałem mu przyspieszyć. Efekt? Wyrzucił Warenkę, naszą małą, bezbronną córeczkę, której jedyną potrzebą była matka. Czyżby to, iż Łucja sama stała się matką, lub fakt, iż Warenka była jej własną krwią, sprawił, iż zaczęła postrzegać dziewczynkę jako własną córkę?

Igor kilka razy oddał Warenkę Łucji, mówiąc: Idź po mamę. Zaproponował, by Łucja przeprowadziła się z synem do ich mieszkania, twierdząc, iż jest miejsce i iż może wynająć pokój, by spłacać kredyt, zamiast liczyć na pomoc matki. Matka, dowiedziawszy się o tej przeprowadzce, zaczęła wtrącać się w nasze sprawy, krytykując związek z bratem Łucji jako coś grzesznego i wstydliwego. Igor jednak wyrzucił ją z domu, mówiąc, iż to go nie obchodzi.

Pod wpływem alkoholu przyznał, iż chce wziąć Łucję za żonę i przyjąć jej syna jako własnego. Będzie fair, Łucjo. Wychowujesz moją córkę jak własną, a ja przyjmuję twojego syna jako mój. Nie wiedziałem, jak się odnaleźć w roli żywiciela nie umiałem wymyślić od czego zacząć: od pieluch, lekarzy, zup? Łucja radziła sobie lepiej, ale sama nie zarabiała dużo, bo przed urlopem macierzyńskim pracowała w przedszkolu prywatnym.

Po dłuższym namyśle uznałam, iż romantyczna miłość, którą kiedyś miałam, nie przyniosła mi szczęścia. Może to moment, by podejść do życia pragmatycznie? Igor jest dobrym człowiekiem, nie pije, nie pali, wspiera finansowo nas i dzieci. Warenka przyzwyczaiła się do nas, już nazywa nas mamą. Może wszystko, co się dzieje, ma swój cel?

Matka nie przyjechała na ślub, a my po ceremonii wypiliśmy po jednej kieliszku z przyjaciółmi i wróciliśmy do mieszkania Igora, gdzie mieszkaliśmy już czwórka. Życie kilka się zmieniło dzieci teraz śpią w jednym pokoju, dorośli w drugim. Łucja i Igor też zasługują na własne szczęście i trochę prywatności.

Wcześniej, kiedy Wacława wróciła, Igor stał przy drzwiach, oczekując kuriera. Nagła, zdezorientowana, rzuciła się na jego szyję: Kochany, wróciłam!. On odrzucił ją brutalnie, pytając, czy nie ma się czego wstydzić. Kiedy w końcu odszedł, Wacława krzyczała, iż chce rozmawiać z córką i naprawić relację. Ja już wiedziałam, iż nie ma już dla niej miejsca w naszym życiu.

Wtedy Łucja właśnie wychodziła z prysznica i zobaczyła uchylone drzwi pokoju dziecięcego. Wacława, widząc nas, ruszyła w stronę naszej małej Warenki. Kiedy podniosła dziewczynkę, nasz syn Andrzej, w obronie siostry, ugryzł Wacławę w nogę. Okrzykła, iż boli ją tylko w kolano, ale jej krzyk był taki, jakby wciągnęła całą noc.

Łucja gwałtownie chwyciła rękę syna, a dzieci schowały się za moim krzesłem. Wacława spojrzała na nas z wrogością: Ty wężu, co wciągnąłeś moją córkę przeciwko mnie! Nie zostawię tego tak!. Nie udało się nic zmienić Wacława dawno zrezygnowała z opieki, a Warenka nigdy nie widziała matki od urodzenia, więc nie chciała z nią rozmawiać. choćby interwencja matki, próbującej wymusić odwrócenie losu, nie przyniosła rezultatu.

W końcu Igor i Łucja zerwali wszelkie kontakty z matką Wacławy i przeprowadzili się do innego miasta, nie zostawiając adresu. Teraz mieszkają szczęśliwie w Gdańsku, wychowując już troje dzieci. Tylko najbliżsi przyjaciele wiedzą, iż Warenka uważa się za córkę prawdziwej czarownicy, a jej opiekunką jest Łucja dobra wróżka, która ją uratowała przed powrotem do matki.

Andrzej potwierdza tę historię, mówiąc, iż jego tata jakby był złym czarodziejem zostawił dobrą wróżkę i uciekł. Na szczęście znaleźliśmy dobrego tatę, który ma już szczęśliwą rodzinę: mamę, tatę i dwójkę dzieci. Bo bajki zawsze powinny mieć dobre zakończenie.

Idź do oryginalnego materiału