Sanki były doskonałym środkiem nie tylko do jazdy po śniegu, ale i do zjeżdżania z górki – szamotulanie korzystali przede wszystkim z uroków parku zamkowego. W sąsiedztwie baszty Halszki znajduje się fosa oraz staw.
Mieszkaniec Szamotuł Erazm Tarczewski wspominał, że:
„zimą przed zjazdem z górki na dno fosy siadało się na drewnianych kanciakach i nabierało odwagi. Zjazd na butach to było ogromne wyzwanie, a ewentualna wywrotka była widowiskowa, ale niekoniecznie przyjemna. Zjazd na sankach czy „kosztorku” i lawirowanie między drzewami to była nie lada sztuka”.
Pewnie pojęcie „kosztorka” kilka mówi dzisiejszemu czytelnikowi. Tymczasem był to prostokąt z desek, zwykle o wymiarach 40×60 cm, który pod spodem miał przymocowane stare łyżwy. Mniej doskonały model posiadał płozy drewniane, podbite taśmą metalową bądź grubym drutem.
Jak opowiadał Erazm Tarczewski taśma metalowa leżała zwykle przed niemal każdym sklepem po przyjęciu towaru, tym samym była ogólnie dostępna. Na tak przygotowanym kosztorku siadało się i sterując nogami zjeżdżało z górki. Przy zjeździe na staw zdarzało się wiele kolizji i nieporozumień, zwłaszcza kiedy starsza młodzież grała tam w hokeja, Podobne zabawy trwały na Jeziórku, w pobliżu kościoła kolegiackiego i cmentarza oraz przy ulicy Bocznej czy Dworcowej (naprzeciwko Poczty). Zima to również kuligi. Jak donosiła Gazeta Szamotulska w lutym 1933 roku – liczne organizacje organizowały przejażdżki „szczególnie Wielonek cieszył się znaczną frekwencją […] kulig urządziła Czytelnia T.C.L, sanie i konie dostarczyła p.hr. Mycielska. Za saniami ciągnął się długi sznur małych saneczek, na których rozbawiona młodzież wędrowała z Szamotuł do Wielonka i drogą powrotną z Wielonka przez Ostroróg, Szczepankowo i Śmiłowo do Szamotuł”.
W styczniu 1929 roku Gazeta Szamotulska odnotowała; „prawie codziennie prószy śnieg, który okrył pola białym całunem i lśni cudownie w obecne piękne księżycowe noce. Coraz więcej ukazuje się na drogach sanek z dźwięczącymi dzwonkami”. Przestrzegano jednak przed zagrożeniami związanymi z oblodzeniem, co mogło grozić upadkiem i połamaniem się. Stąd też apelowano, aby posypywać chodniki piaskiem lub popiołem. Przypominano wielokrotnie, iż bywały już znacznie sroższe zimy (chociażby w 1917 czy 1924 roku). Zaś w połowie XIX wieku w Wielkopolsce odnotowano choćby temperaturę 36 stopni poniżej zera.
Przedwojenna prasa zachęcała do uprawiania sportów zimowych pisząc: „narty można sobie zrobić samemu minimalnym kosztem, a wskazówki co do sposobu wyrabiania można otrzymać w Powiatowej Komendzie P.W. i W.F. […] łyżwiarstwo przy uprawianiu jazdy figurowej wyrabia piękne i estetyczne ruchy, a zwinność, zręczność, orientację i bojowość w grach na lodzie”. Szamotulskie Jeziórko polecano jako pierwszorzędny teren do uprawiania łyżwiarstwa i hokeja.
Mrozy sprzyjały powstawaniu miejsc, które służyły dzieciom za ślizgawkę. W okresie powojennym bardzo często tworzono lodowiska poprzez wylewanie wody na asfaltowych boiskach szkolnych. Często korzystano z uprzejmości miejscowej Straży Pożarnej, która swoim sprzętem lała wodę. Tak było w sąsiedztwie szkoły podstawowej nr 3 czy liceum ogólnokształcącego. W latach 70. i 80. szamotulanie zaopatrzeni w łyżwy (kupione w sklepie sportowym na Rynku) spędzali czas na lodowiskach (również tych utworzonych przez naturę – wylewy przy ulicy Chrobrego na terenie obecnej margarynowni, czy w pobliżu mostku na ulicy Łąkowej oraz w Gałowie były doskonałymi miejscówkami). Express Poznański w 1963 roku informował, iż w Szamotułach w lutym zorganizowano zawody łyżwiarskie oraz pokazy jazdy figurowej na lodzie. Wśród młodzików w wieloboju zwyciężył Henryk Sroka z LZS Szamotuły przed Jerzym Duką i Ryszardem Walczakiem, zaś spośród dziewcząt Barbara Ogarzyńska z LO Szamotuły przed Krystyną Serbą. W jeździe figurowej natomiast pierwsze miejsce zajął Bogdan Drabicz ze szkoły podstawowej nr 1, a wśród mężczyzn Ryszard Ogarzyński przed Henrykiem Nowakiem i Januszem Sokołowskim. W czasach PRL-u Komitety Kultury Fizycznej i Turystyki były zobowiązane do organizacji lodowisk – miało to nie tylko zapewnić miejsce do zabawy, ale i zapobiec utonięciom na niezabezpieczonych zbiornikach wodnych. Zdarzało się, iż KKFiT dbał o oświetlenie lodowiska, zapewnienie punktu z ciepłą herbatą, a niekiedy choćby uruchomienie radia w pobliżu.
Zagrożeniem dla bezpieczeństwa ślizgających się była krucha pokrywa lodowa. Już w przedwojennej prasie znajdujemy wzmianki o tego typu wypadkach. W marcu 1935 roku pod dziesięcioletnim Franciszkiem Jasińskim z Obrzycka załamał się lód na Samie i chłopiec utonął. Równie tragiczny finał miało zdarzenie z udziałem dziewięcioletniego Tadeusza Durki, który ślizgając się w Parku Sobieskiego w Szamotułach „wpadł w przerębel i w mgnieniu oka znalazł się pod lodem” (1927 rok). Niestety zanim powiadomiono posterunek policji i nadbiegli posterunkowi Górski i Młynarczyk było już za późno. Chłopca wyciągnięto z wody, ale nie odzyskał przytomności. Nieco więcej szczęścia miały dzieci Witalis i Halinka Mizgalscy w styczniu 1936 roku. Cienka warstwa lodu załamała się pod chłopcem, który wpadł do wody – na pomoc pospieszyła mu siostra, która również znalazła się pod wodą. Dzięki szybkiej pomocy udzielonej dzieciom przez Fr. Paszke i Wł. Pawlaka udało się je uratować.
Po wojnie również zdarzały się tego typu wypadki. Prasa z lat 60. Informowała, iż co roku co najmniej kilkanaścioro dzieci traci życie w ten sposób. Mieszkańcami powiatu szamotulskiego wstrząsnęła tragedia, która zdarzyła się w lutym 1967 roku w Wilkowie (powiat szamotulski, gmina Duszniki). Dziesięciolatek Stefan Ostrowski wjechał rowerem na taflę pobliskiego torfowiska, kiedy załamał się pod nim lód i zaczął tonąć na ratunek ruszył mu starszy brat Tadeusz, a później siostra 17-letnia Czesława. Niestety wszyscy troje utonęli.
Zimowe zabawy na świeżym powietrzu trwały zwykle do późnego wieczora. Dzieci młodsze pozostawały pod opieką starszego rodzeństwa. Rzadko kiedy towarzyszyli im rodzice. Zarówno przed jak i po wojnie kilka trzeba było żeby zorganizować zabawę. Do odpychania służył kij zakończony gwoździem, najprostsze sanki i nieskomplikowane łyżwy (często donaszane po rodzeństwie). Ciepłe ubranie i buty do których nie sypał się śnieg były warunkiem udanej zabawy. A tych było tyle, ile dziecięcej wyobraźni. Na tak zwanych „górkach” i ślizgawkach bawiono się, zawierano znajomości i pielęgnowano przyjaźnie.









