Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć epicką historię naszego ostatniego urlopu. Plany mieliśmy klasyczne: ja, Dorota, nasz niezawodny SUV, trasa na Mazury, ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę i ta ekscytująca wolność, kiedy jedziesz jak chcesz, na własnych zasadach. Wiesz, za to kocham auta nie gnieciesz się w PKP, nie słuchasz płaczu dzieci za ścianą w wagonie, nie stresujesz się, iż LOT znowu przełoży ci lot.
No, ale tym razem coś przekombinowaliśmy i walnęliśmy poważną gafę wygadaliśmy się o planach na spotkaniu ze znajomymi.
Siedzimy przy stole w gronie różnych ludzi, parę piw, jakieś sałatki klasyka. No i mi się wyrwało, iż 15 lipca ruszamy na Mazury, autem oczywiście.
Naprawdę? A kiedy dokładnie? zapytała nagle Jola, siedząca naprzeciwko ze swoim chłopakiem Radkiem. To nie jacyś bliscy przyjaciele, raczej znajomi od znajomych, wiesz jak to jest.
No właśnie piętnastego ruszamy, palnąłem, nie wyczuwając podstępu.
To super! My też chcieliśmy wtedy lecieć, ale już nie ma normalnych biletów, tylko jakieś miejsca na końcu wagonu obok WC Może podrzucicie nas? Dorzucimy się do paliwa, zawsze raźniej jechać razem, a my spokojni, nie będziemy robić problemów wtrącił się Radek.
Zerknąłem na Dorotę, a jej mina mówiła jasno: nie ma mowy. Zacząłem się tłumaczyć, iż samochód zapakowany, iż wolno jeździmy, iż często się zatrzymujemy.
No weź, mamy jeden wspólny plecak i tyle! nie odpuszczał Radek. A dla portfela to świetne wyjście, benzyna jest w cenie złota. Ratujcie, przecież razem raźniej.
I wiesz co? Ugięliśmy się. Argument oszczędności był mocny, a tak na nie powiedzieć w twarz trochę głupio. Typowe nie umiem odmówić, co potem kosztowało nas dwutygodniową nauczkę.
Zrób dobrze, a pożałujesz zawsze się sprawdza
Umówiliśmy się pod domem o piątej rano. Z Dorotą byliśmy gotowi na czas, bagażnik rozplanowany do milimetra: nasze rzeczy, woda, koce, apteczka. Radek z Jolą oczywiście spóźnili się prawie 40 minut.
Taksówka długo jechała rzuciła Jola, ciągnąc za sobą waliza większa od małej zmywarki i kilka reklamówek z drobnostkami.
Umówiliśmy się na minimum rzeczy, nie wytrzymałem.
No ale to dziewczyna, musi się przebierać zarechotał Radek.
No i zaczęła się gra w tetrisa, żeby ich graty upchnąć.
Godzinę później koszmar nabierał tempa. Joli było duszno, więc klima na maxa, po 10 minutach Radek marudzi, iż mu zimno. Moja muzyka oczywiście do bani, lecą prośby o przystanki: do łazienki, po kawę, odpalić papierosa, bo nogi drętwieją. Mój starannie wymyślony plan trasy poszedł się bujać, bo z tyloma przerwami jechałem jak jakiś Flixbus.
A największy cyrk był na stacji benzynowej.
Lanie paliwa wyszło 350 złotych. Wracam, a Radek pałaszuje hot-doga.
To co, rozliczamy się za paliwo? pytam.
Spokojnie, policzmy wszystko na koniec, żeby nie bawić się w drobne machnął ręką.
Coś mi się nie zgadzało, ale Dorota szepnęła: Nie psuj wyjazdu. Rozliczą się na spokojnie potem. Machnąłem ręką. Odcinki płatne pokryłem sam, choćby nikt nie pytał za ile.
Oni pałaszowali kanapki, rozsypując okruchy po fotelach, na moje prośby o trochę porządku tylko się uśmiechali:
Oj tam, przecież wystarczy wysprzątać.
Do miejsca docelowego dojechaliśmy w nocy, wykończeni nie trasą, a towarzystwem.
Przecież tylko jechaliśmy z wami
Następnego dnia, już po solidnym śnie, spotykamy się z nimi w kuchni w pensjonacie. Wyciągam notes, gdzie spisywałem wydatki.
Słuchajcie, sprawa prosta: benzyna 1200 zł, płatne drogi 250 zł. Razem 1450. Na pół, więc 725 od was.
Radek prawie się zakrztusił herbatą, Joli się oczy rozjechały.
Siedem stów? Serio? wycedziła.
Tak, byliśmy zgodni, dzielimy koszty na pół.
Radek w końcu zaczyna swoje:
Ale ty tak czy siak byś tam jechał! Wydałbyś tyle samo, bez względu na to, czy my byliśmy czy nie. Tylko miejsca w aucie zajmujemy.
Ale ustalaliśmy warunki, ja kompromisowałem trasę, ładowałem wasz ekwipunek, stawałem co chwila staram się zachować spokój.
Przesadzasz! Przecież było wesoło, rozmowy były. Po przyjacielsku myśleliśmy. A jakbyś napisał, to pojechalibyśmy bla bla carem taniej dołożyła Jola.
I wtedy Dorota nie wytrzymała:
Inny kierowca już dawno by was wysadził na poboczu za bałagan i narzekanie.
Dobra, dajmy z pięć stów, czysto symbolicznie, ale połowy nie damy. To bez sensu, bo sam i tak musiałbyś wydać. Nie mamy takich pieniędzy w budżecie.
Wstałem.
Nie trzeba żadnych pieniędzy. Uznam, iż was zaprosiłem na koszt firmy. Ale z powrotem radźcie sobie sami.
Co? Przecież mieliśmy wracać razem! Radek zgubił fason.
Mieliśmy wracać pod warunkiem dzielenia kosztów. Warunki złamane, więc powodzenia.
Dalszy urlop i powrót
Przez resztę urlopu mijaliśmy się w tym samym ośrodku, ale udawali, iż nas nie widzą. Spotkaliśmy się raz czy dwa na plaży, choćby dzień dobry nie było.
Dzień przed wyjazdem sms od Radka: No dobra, nie uparzaj się. Damy po 300 zł za całą trasę tam i z powrotem. Podwieź nas, bo bilety niedostępne, autobusem Joli niedobrze.
Nie odpisałem.
Spakowaliśmy się spokojnie, sprawdziliśmy olej, o świcie ruszyliśmy. Powrót to był balsam dla mózgu: nasze piosenki, nasze postoje i ta błoga cisza.
Później od znajomych usłyszałem, iż wyszedłem strasznym typem, co zostawił ludzi w potrzebie przez parę stówek. Radek z Jolą tłukli się autobusami z przesiadkami, wydali majątek i teraz chętnie mnie obgadują.
A ja mam piękną lekcję: gdy ktoś pyta: o, jedziecie na działkę? Zabierzecie nas?, już tylko kulturalnie odpowiadam: Wiesz, wolimy jeździć sami.











