— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka z irytacją patrzyła na Tadka, który bezmyślnie pod…

newsempire24.com 1 miesiąc temu

Znowu się liże! Michał, zabierz go stąd!
Zofia patrzyła z irytacją na Bazylego, który podskakiwał bez ładu przy jej nogach. Jakim cudem trafili akurat na takiego gapę? Tyle czasu rozważali wybór rasy, konsultowali się z behawiorystami, ważyli wszystkie za i przeciw. Rozumieli, jakie to zobowiązanie. W końcu padło na owczarka niemieckiego miał być przyjacielem, stróżem i obrońcą. Taki szampon trzy w jednym. Tylko ich obrońcę trzeba było ratować przed każdym kotem z sąsiedztwa
On pozostało szczeniakiem. Daj mu trochę czasu, jak podrośnie, to zobaczysz.
Ach, tylko czekam, kiedy ten wałkoń wreszcie podrośnie. Zauważyłeś już, iż je więcej od nas obojga razem? Jak my go wykarmimy I nie tłucz się tak, idioto, dziecko nam obudzisz! marudziła Zofia, zbierając pantofle rozciągnięte przez Bazylego.

Mieszkali na warszawskim Żoliborzu, na parterze starej kamienicy, której okna od lat wyglądają wprost na asfalt. Miejsce super gdyby nie jedno ale. Ich okna wychodziły na cichy, ślepy zaułek. Wieczorami pojawiały się tam cienie, sąsiedzi zbierali się na integracje pod trzepakiem, a czasami zdarzały się i porachunki.

Prawie cały dzień Zofia była w domu sama z nowonarodzoną Jolantą. Michał pracował od rana w Muzeum Narodowym, a wolne chwile spędzał na pchlich targach i książkowych wyprzedażach. Oko znawcy sztuki sokole, jak żartowała Zofia potrafiło wyłowić z tłumów interesujące obrazy, rzadkie książki i stare bibeloty. Michał był namiętnym kolekcjonerem. Nim się obejrzeli, uzbierała im się całkiem niezła galeria olejnych pejzaży, na kredensie pyszniły się porcelana ćmielowska i PRL-owskie figurki, a gdzieś na dnie szuflady srebrne sztućce po prababci… Zofię niepokoiło zostawać samej z tym wszystkim i malutką córką, zwłaszcza iż w kamienicy kradzieże nie zdarzały się rzadko.
Zosiu, jak myślisz, z Bazyłym lepiej teraz na spacer, czy po obiedzie?
Nie wiem. I w ogóle, od psa to mam prawo mieć wolne!
Bazyli, słysząc magiczne spacer, w sekundę pofrunął do przedpokoju, wpadł w poślizg na zakręcie, chwycił smycz i wrócił pod sufit z radości. No, koń, nie pies! Wszystkich by wycałował, wszystkim przyniesie swoją piłkę, gościom na próg nie da przejść ot, dusza na wierzchu. Otwartość w czystej postaci, ale przecież wzięliśmy go do obrony! A ten choćby za kotami z podwórka nie biega, tylko do każdego goni z piłką, myśli, iż się pobawią No i kilka razy oberwał po wąsach. Koty u nas w bramie to dopiero obrońcy Jutro znowu cały dzień sama, mąż wyjeżdża do Kazimierza Dolnego na jakiś festiwal Artysty z widłami, a ona co, porcelanę pilnować i z tym ofermą po parku łazić? Jeszcze tego brakowało!

O świcie Michał wykradł się z łóżka tak cicho, jak tylko mógł. A gdzie tam, Zofia wszystko słyszała: gwizd czajnika, szczęk smyczy, szeleszczenie Bazyla, jak mu syczał, żeby nie piszczał i nie tupał. Przy tych kojących dźwiękach prawie ucięła komara, a gdy obudziła ją córka, Michała już nie było. Dzień zaczął się zwyczajnie. Ot, zwyczajny spokojny dzień czy to nie jest szczęście? Przyjaciółki wzdychały: Zosia, za wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między facetem a dzieckiem, siedzisz całymi dniami przy garach, dom cię pożera… A czy w takim życiu nie ma uroku? No, nie wszystko jak z bajki zmęczenie, ciasnota, brak kasy, no i ta pasja męża, w którą topnieją całe piątki i dziesiątki złotych I jeszcze tego psiapsiła przyprowadził, a zajmij się nim sama. Ale Zofia wiedziała już: kocha się kogoś ze wszystkimi zaletami i wadami. Nikt mi nigdy doskonałości nie obiecywał! I kiedy człowiek to pojmie, zaraz łatwiej się cieszyć tym, co jest, niż płakać nad tym, czego brak.

Siedziała w pokoiku dziecięcym, karmiła Jolantę, która w trakcie jedzenia usypiała, przez co trzeba było czekać, aż znów się obudzi i zacznie ssać. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale Zofia choćby nie drgnęła nikogo się nie spodziewała, a bez zapowiedzi, przez całe miasto nikt z gości nie przyjedzie. Uwielbiała te poranne, bezcenne chwile! W domu cicho, tylko tykają stare zegary w przedpokoju, a przez uchylone okno słychać znajome z dzieciństwa miejskie odgłosy: szum tramwajów, syki autobusów, stukot ulicznej miotły, dziecięce piski A gdzie ten łobuz? Coś go długo nie ma, podejrzane. Bazyl wcale nie był łobuzem przez uszy miał normalne, sterczące, tylko taki charakter Gapowaty, ot co! No to masz. Masz się teraz z kim użerać, karmić, wyprowadzać, a pożytku zero. Pewnie trzeba było brać jamniczka…

Zofia przyglądała się rozczulona córce, która po napełnieniu brzucha jak pijawka choćby łaskawie odpiła się od piersi. Ale się ta dziewczynka udała! Moje złotko, szeptała, układając ją do snu. Rośnij zdrowo, nasza duma! Cóż więcej potrzeba?

W tej chwili z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Coś jak trzask, a może pisk. Zofia zmrożała uszy. Dźwięk się powtórzył. Cichutko ściągnęła kapcie i posunęła w stronę salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło grzbiet Bazyla. Zaszył się za zasłoną oddzielającą przedpokój od salonu, w pozycji napiętej jak struna i, z językiem na wierzchu, coś bacznie studiował. Zofia ruszyła spojrzeniem tam, gdzie on patrzył, i aż zamarła: w oknie, a dokładniej w lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowo bandycka łysa pała, ręce, ramiona już byli w domu, a bandzior jęczał, próbując wepchnąć się resztą swojego chudego ciała. Zofia nie wierzyła, iż to działo się naprawdę. Co robić?! Krzyknąć? Facet już prawie cały w środku! Jeszcze chwila i…

Drgnęła, gdy rozległ się dziki wrzask. Czarna błyskawica dopadła okna zanim się zorientowała, to Bazyl! Wskoczył na parapet, capnął złodzieja za kark! Aaaaa! wrzasnął ten bucem, o mało nie wypadły mu gały z orbit. Zofia wybiegła na klatkę, wzywała sąsiadów i potem już było z górki. Ludzie się zlecieli, zadzwonili na policję. Wszyscy pomagali, choć adekwatnie tylko tym, iż byli, ale akurat to było najważniejsze. Co by zrobiła sama? Pokonując strach, Zofia zajrzała do bandziora żeby Bazyl czasem mu gardła nie przegryzł, bo tego by brakowało! Ale Bazyl, mądra bestia, złapał za kołnierz z boku i trzymał mocno, ale delikatnie. Ani kropli krwi! Tylko jak bandyta próbował się wyrwać pies zaciskał szczęki bardziej. Gdy przestawał się szarpać pies luzował uścisk. Skąd to potrafił? Ten gamoń z piłką działał jak rasowy spec. Zgubę wywęszył, nie szczekał, tylko zakamuflował się za firanką, poczekał, aż gość ugrzęźnie na dobre, i dopiero wtedy zaatakował bez niepotrzebnej przemocy, idealnie profesjonalnym chwytem. Jak mawiają, my tylko zatrzymujemy, reszta to sprawa wymiaru sprawiedliwości.

Nawet najstarsi policjanci nie pamiętali, żeby złodziej tak się cieszył na widok radiowozu. Kowal przestraszył się solidnie i marzył tylko, by go już zabrano. Za to Bazyl aż się wczuł, dumny był z łupu, więc musieli go przekonywać, żeby puścił, póki nie przyjechał przewodnik psów z komendy. Skomenderował, Bazyl rozwarł szczęki! Złodziej padł na podłogę, a Bazyl usiadł przy oknie, patrząc oddanemu oficerowi prosto w oczy Rozkazywać, szefie! Słucham!. Brakowało tylko, żeby salutował.

Szczęście macie z tym psem westchnął policjant, głaszcząc Bazyla z podziwem. Nam by się taki w dochodzeniówce przydał

Michał wrócił późno wieczorem. Otworzył drzwi i zamarł zdumiony. Było na co patrzeć. Po pierwsze: Bazyli zalegał na kanapie co było kategorycznie zabronione i NIGDY nie pozwalali mu tam leżeć. Po drugie: rozciągnięty na maksymalnego lenia i w pozycji więcej niż swobodnej, a Zofia drapała go po brzuchu, tuliła, miziała i prawie całowała w nos, powtarzając: Ty moje szczęście, łobuzie jeden, kopytku mały! Rośnij zdrowo, dla dumy mamy i taty! I jaka ja niesprawiedliwa byłam dla ciebie, już cię nie opuszczę…

Tę historię opowiedział mi sam uczestnik wydarzeń, czyli Michał nasz znawca sztuki. Bazyli, gdyby umiał, to by to pewnie opisał jescze lepiej jak wytropił, jak capnął, jak przekazał policji. Było to już dawno. Ale historia żyje do tej pory, a ja ciągle mam wrażenie, iż Bazyl trąca mnie łapą, by ją wreszcie spisać. Więc to zrobiłam.

Idź do oryginalnego materiału