Zobaczyć na własne oczy
Po przerażającej tragedii stracie męża i sześcioletniej córeczki w wypadku samochodowym Kinga długo nie mogła dojść do siebie. Spędziła prawie pół roku w klinice, nie chciała nikogo widzieć, jedynie jej matka nieustannie czuwała przy łóżku córki i szeptała do niej spokojne słowa. Pewnego dnia przemówiła:
Kinia, interes twojego Jarka lada moment się rozpadnie, jeszcze się jakoś trzyma, ale Paweł ledwo sobie radzi. Dzwonił do mnie, prosił, bym ci przekazała. Dobrze, iż Paweł to przyzwoity chłopak, ale…
Po tych słowach Kinga jakby się przebudziła z letargu.
Tak, mamo, muszę czymś się zająć. Myślę, iż mój Jarek ucieszyłby się, gdybym kontynuowała jego dzieło. Dobrze, iż zdążył mnie trochę wdrożyć do pracy, jakby przeczuwał, iż tak się stanie.
Kinga wróciła do pracy i zdołała uratować podupadającą firmę rodzinną. Finansowo wszystko się ułożyło, ale Kinga bardzo tęskniła za ukochaną córeczką.
Dlaczego byś nie pomyślała, córciu, żeby wziąć jakąś dziewczynkę z domu dziecka? Taką, która ma jeszcze trudniej niż ty. Oddasz komuś trochę ciepła, ulżysz jej w życiu, a sama odnajdziesz sens.
Kinga długo wpatrywała się w okno, rozważając słowa matki, i w końcu przyznała jej rację. niedługo znalazła się już w domu dziecka, choć przeczuwała, iż nigdy nie zastąpi własnej córeczki kimkolwiek innym.
Malutka Basia od urodzenia prawie nic nie widziała. Jej rodzice, choć oboje z wyższym wykształceniem, pochodzący z inteligenckich domów, przerazili się odpowiedzialności; po usłyszeniu diagnozy bez mrugnięcia okiem zrzekli się dziecka. Strach i podłość, które dotykają choćby najbardziej kulturalnych.
Tak oto dziewczynka trafiła do oddziału niemowląt, tam dostała imię Barbara. Rosła świat widziała jedynie jako rozmazane cienie. W domu dziecka nauczyła się czytać, kochała bajki i wierzyła, iż kiedyś odwiedzi ją prawdziwa wróżka.
Gdy Basia miała prawie siedem lat, pojawiła się wróżka. Piękna, barwna, bogata i nieskończenie smutna. Basia nie mogła jej zobaczyć, ale natychmiast poczuła dobro. Kiedy Kinga pojawiła się w domu dziecka, dyrektorka nie kryła zaskoczenia, iż kobieta chce przygarnąć właśnie dziecko z poważnym problemem zdrowotnym. Kinga nie zamierzała się tłumaczyć rzuciła tylko uprzejmie, iż ma możliwości i chęć opiekować się niepełnosprawną dziewczynką.
Wychowawczyni przyprowadziła Basię za rękę. Kinga spojrzała i nagle była pewna: ta dziewczynka jest jej. Wyglądała jak mały aniołek złote loczki, wielkie niebieskie oczy, czyste, głębokie, ale niewidzące.
Kim jesteś? zapytała Kinga, nie odrywając wzroku od dziewczynki.
To nasza Basia, cudowna, łagodna i kochana odpowiedziała wychowawczyni.
Basia jest moja zdecydowała Kinga bez wahania.
Od pierwszych dni Kinga i Basia były dla siebie niezbędne jak powietrze. Pojawienie się Basi odwróciło losy Kingi, jej dni na nowo nabrały koloru. Kinga zaniosła Basię do lekarzy; jeden z nich powiedział, iż istnieje szansa na poprawę wzroku dziecka po operacji, choć być może na zawsze będzie musiała nosić okulary.
Kinga nie zawahała się ani chwili tuż przed pójściem Basi do szkoły zorganizowała operację, niestety poprawa była minimalna. Lekarze orzekli, iż należy jeszcze poczekać, aż Basia dorośnie. Czas płynął. Kinga oddała córce całe serce i czas. Biznes kwitł, Kinga była atrakcyjną, zamożną kobietą, którą jednak nie interesowali mężczyźni. Całe swoje uczucia oddała córce.
Basia wyrosła na piękną, niemal nierealnie śliczną dziewczynę. Skończyła studia, nie była rozkapryszona, ceniła wszystko, co otrzymała, pomagała w firmie matki. Kinga podejrzliwie przyglądała się każdemu adoratorowi, bo bała się, iż ktoś wykorzysta łatwowierność córki i skusi się na jej majątek, który był naprawdę spory. jeżeli zauważyła coś niepokojącego, natychmiast dawała znać, iż nikt nie wzbogaci się jej kosztem.
Aż Basia się zakochała. Kinga poznała Bartka i nic nie wzbudziło w niej niepokoju choćby sprzyjała spotkaniom zakochanych. niedługo Bartek oświadczył się dziewczynie, przygotowania do ślubu szły pełną parą, a pół roku po ślubie miała odbyć się ostatnia operacja wzroku Basi.
Bartek był czuły i troskliwy, chociaż czasem Kingę uderzała jakaś wyuczona maniera w jego zachowaniu. gwałtownie odsuwając te myśli, cieszyła się szczęściem córki. Któregoś popołudnia zakochani pojechali do jednej z uroczych karczm pod Warszawą, by załatwić sprawy związane z organizacją wesela. W ciągu dnia sala była niemal pusta.
Usiedli przy stoliku, Bartek położył telefon na blacie, a w tym momencie w jego aucie włączył się alarm. Poszedł sprawdzić. Została sama. Nagle zadzwonił telefon Bartka. Gdy dzwonił i dzwonił, Basia podniosła słuchawkę i zanim zdążyła coś powiedzieć, usłyszała donośny głos przyszłej teściowej, Ireny.
Synuś, mam plan, jak gwałtownie pozbyć się tej swojej ślepej Basi. Moja znajoma z biura podróży ma dwa miejsca w góry, już je zarezerwowałam. Po ślubie zabierz ją, powiedz, iż koniecznie musisz zobaczyć Tatry. Idźcie sami na szlak spraw, żeby twoja żona przypadkiem poślizgnęła się i niefortunnie spadła. A ty wracaj. Zgłoś na policję, iż żona zaginęła, można powiedzieć, iż pokłóciliście się, a ona sobie poszła. Zapłacz, postaraj się, żeby wszyscy ci współczuli i domagali się poszukiwań. Jak ją znajdą, pomyślą, iż to był wypadek. Za granicą nikt się nie będzie przejmował dochodzeniem… Wiem dobrze, iż umiesz zagrać pogrążonego w rozpaczy wdowca. Twoja teściowa i tak uwierzy. Jak jej zrobią operację, za późno będzie. Takiej kasy nie wolno przepuścić, synku. Pamiętaj o tym, rozłączam się.
Irena się rozłączyła, a Basia cisnęła telefon na stół, jakby ją poparzył.
Więc to jego matka chce mnie zabić, a Bartek też w to zamieszany myśli Basi galopowały w przerażeniu.
Jeszcze chwilę temu była szczęśliwą narzeczoną, cieszyła się przygotowaniami do ślubu. Teraz świat wokół runął. Basia była roztrzęsiona, cała się trzęsła, gdy Bartek wrócił do restauracji.
Dziwne, alarm się włączył bez powodu, może kot coś narozrabiał, ale śladów na aucie nie widzę… zaczął, ale w tej chwili zadzwonił telefon. gwałtownie go odebrał:
Tak, słucham, Roman? Jasne, już jadę.
Odłożył aparat i zwrócił się do Basi:
Muszę pilnie pojechać do biura, a ty poczekaj tutaj z mamą, dogadacie wszystko.
Jasne, jedź, wyszeptała cicho Basia. Poczekam na mamę i wszystko ustalimy.
Została sama i długo płakała. Basia patrzyła za odchodzącym Bartkiem i wybrała numer do Kingi.
Mamo, przyjedź, proszę, jak najszybciej do tej karczmy, jej głos drżał.
Córeczko, co się stało? Tak dziwnie mówisz… Zaraz będę, czekaj.
Basia czekała, zasmarkana od łez, aż podeszła do niej znajoma kelnerka, pani Kasia.
Basia, co się stało? A gdzie Bartek, przecież mieliście…
To tylko zamieszanie, zaraz mama przyjedzie, porozmawiamy, Bartek musiał nagle jechać do pracy.
Przyniosę ci herbatę, wyglądasz jakbyś się miała przewrócić westchnęła Kasia, a Basia tylko skinęła głową.
Kinga po drodze rozważała, co też się mogło stać wiedziała przecież, iż córka przyjechała z Bartkiem omówić szczegóły wesela, a teraz ten rozpaczliwy telefon…
Przyjechała po dwudziestu minutach i podeszła do siedzącej w rogu córki.
Basia, tak się martwiłam…
Mamo, mamusiu… oni chcą mnie zabić.
Kto? zapytała zdziwiona.
Bartek i pani Irena. Słyszałam na własne uszy. Dzwoniła i dała mu instrukcje, jak mnie się pozbyć na wyjeździe w góry. Powiedziała, żeby nie zwlekał, zanim zdążysz mi załatwić operację.
Dziecko, mówisz poważnie? Nic ci nie pomieszało się w głowie?
Mamo, przysięgam, to było dokładnie tak, powiedziała wszystko, a nie wiedziała, iż to ja wszystko słucham, nie Bartek. Rozłączyłam się zaraz.
Kinga oniemiała. Czyżby tak się pomylili w ocenie tego chłopaka? Zastanawiały się, co robić dalej, gdy zadzwonił telefon Basi Bartek.
No i co, Basia, mama dotarła? Dogadałyście się w sprawie sali?
Kinga przejęła telefon.
Dzień dobry, Bartku. Dobrze się stało, iż w porę dowiedziałyśmy się o waszych planach z mamą. Wiesz, o tych planach i wyjeździe w góry…
Jakich planach, jakim wyjeździe? Bartek grał zaskoczonego, ale Kinga czuła fałsz.
Tym zwyczajnym tam, gdzie Basia miała przypadkiem spaść i umrzeć. Dobrze wiemy, czemu. Ale wasz plan się nie uda. jeżeli telefon trafi na policję, nagranie rozmowy się odnajdzie, choćby jeżeli zostało skasowane. Wiesz, o czym mówię.
Bartka zatkało na chwilę.
To nie ja… to mama wszystko…
Żałosny tchórz, choćby nie masz odwagi się przyznać zakończyła Kinga i rozłączyła się.
Następnego dnia Bartek wyjechał z Warszawy, winę zwalił na matkę, zabrał jej z konta sporo złotych i zniknął bez śladu. Bał się, iż Kinga i Basia zgłoszą wszystko na policję. Irena również błyskawicznie uciekła do znajomej do Krakowa.
Zobaczyć wszystko na własne oczy
W klinice okulistycznej przeprowadzono operację Basi. Kinga była z nią przez cały czas, a opatrunek z oczu jeszcze nie został ściągnięty. Siedziały czasem w pobliskim parku na ławce. Nad zdrowiem Basi czuwał pan doktor Michał Lewandowski młody chirurg, który, mimo powagi zawodu, był wyraźnie zauroczony Basią. Kinga śledziła go uważnym wzrokiem, ale Michał wydawał się szczery i wzruszająco romantyczny. Gdy lekarz zdjął wreszcie opatrunek po operacji, przyniósł wielki bukiet czerwonych róż. Basia aż zaniemówiła pierwszy raz zobaczyła kolor, urodę kwiatów i pięknego, wysokiego blondyna o srebrzystych oczach.
Boże, jak się cieszę, widzę wszystko! rozpłakała się Basia, a Michał rzucił się ją uspokajać.
Basia miała od tej pory nosić okulary, ale cóż to była za cena za światło i kolory. Po pewnym czasie Kinga wyprawiła Basi i Michałowi przepiękne wesele. Rok później na świat przyszła śliczna córeczka o oczach takich, jak tata. Basia była szczęśliwa miała kochającego, troskliwego męża, który nigdy nie pozwoliłby nikomu jej skrzywdzić.
Dziękuję za przeczytanie tego dziwnego i snującego się niczym mgła snu o odzyskanym szczęściu i drugiej szansie. Niech ten sen ożywi każdy Dzień.
















