Zobaczyć na własne oczy Po tragicznej stracie męża i sześcioletniej córeczki w wypadku, Ksenia nie mogła się pozbierać. Przez pół roku przebywała w klinice, odcinała się od świata, a jedyną bliską osobą była jej mama. Pewnego dnia matka przekazała jej niepokojącą wieść: biznes po mężu tonie, a Eryk z trudem daje radę. Ksenia postanowiła wrócić do pracy i uratować rodzinną firmę, ale w sercu ciągle czuła pustkę po córce. Mama poradziła jej, żeby przygarnęła dziewczynkę z domu dziecka, może taką, której jeszcze ciężej się żyje. Po głębokim namyśle Ksenia odwiedziła placówkę. Tam poznała Ariszkę, uroczą, niemal niewidomą dziewczynkę, którą rodzice porzucili tuż po diagnozie. Malutka marzyła o dobrej wróżce i czytała bajki, choć przeczuwała, iż świat wygląda inaczej, niż go widzi. Ksenia poczuła natychmiastową więź i zabrała Ariszkę do domu. Rodzina odzyskała sens. Chociaż operacja przed pójściem do szkoły przyniosła niewielką poprawę wzroku Ariny, obie się nie poddawały. Minęły lata, Arina wyrosła na piękną, skromną i mądrą młodą kobietę, która zaczęła pracować w firmie matki. Ksenia była przewrażliwiona: nie chciała, żeby ktoś zranił jej córkę, zwłaszcza materialista mający chrapkę na spadek. Pewnego dnia Arina zakochała się w Antonim. Wyglądał na wrażliwego mężczyznę, a mama, choć ostrożna, nie miała nic przeciwko. Zbliżał się ślub i ostatnia, decydująca operacja przywracająca wzrok dziewczynie. Nikt się nie spodziewał, jak okrutny plan knuje przyszła teściowa… Przypadkiem Arina podsłuchała rozmowę telefoniczną, która zmroziła krew w żyłach: matka Antka namawiała syna do pozbycia się narzeczonej, jeszcze zanim odzyska wzrok. Zaproponowała podróż w góry i „nieszczęśliwy wypadek” na szlaku. Zszokowana Arina wyznała matce straszną prawdę. Wspólnie postanowiły zerwać kontakty z Antkiem, zanim dojdzie do tragedii. Antoni z matką uciekli z miasta, nie mogąc liczyć na wybaczenie i wiedząc, iż są dowody ich planu. Po udanej operacji Arina po raz pierwszy zobaczyła świat – przepiękny bukiet róż wręczył jej młody, zakochany w niej lekarz, doktor Michał. Chwilę później rozpłakała się ze szczęścia: „Widzę wszystko!”. niedługo została jego żoną, a niedługo potem na świat przyszła ich córeczka o oczach jak stal, po tacie. Arina, która kiedyś marzyła, by zobaczyć świat własnymi oczami, dziś żyje pełnią szczęścia u boku kochającej rodziny i wie, iż dobro nie zawsze przychodzi natychmiast, ale wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

newsempire24.com 17 godzin temu

Zobaczyć na własne oczy

Po strasznej tragedii, w której w wypadku straciłem żonę i sześcioletnią córeczkę, długo nie mogłem dojść do siebie. Spędziłem prawie pół roku w klinice, nie chciałem nikogo widzieć, a jedyną osobą, która przy mnie wytrwała, była moja mama. Cierpliwie prowadziła ze mną rozmowy. Pewnego dnia powiedziała:

Piotrek, firma twojej żony może się niedługo całkiem rozpaść, ledwo się utrzymuje. Marek stara się jak może. Dzwonił do mnie, chciał, żebym ci to przekazała. Dobrze, iż on jest uczciwy, ale

Coś wtedy we mnie się poruszyło.

Tak, mamo, muszę się czymś zająć, może Justyna byłaby szczęśliwa, gdybym kontynuował jej dzieło. Na szczęście nauczyła mnie podstaw, już wtedy zabierała mnie do biura.

Wróciłem do pracy i uratowałem nasz rodzinny biznes, który w tamtym momencie balansował na granicy upadku. Z firmą wszystko było już w porządku, ale nie potrafiłem pogodzić się ze stratą mojej ukochanej córeczki.

Synu, chcę ci doradzić, abyś adoptował dziewczynkę z domu dziecka, szczególnie taką, której w życiu pozostało trudniej niż tobie. Ułatwisz jej los, a sam zrozumiesz, iż to będzie też twoje ocalenie.

Przemyślałem słowa mamy i przyznałem jej rację. Niedługo potem pojawiłem się w domu dziecka, choć czułem, iż nigdy nie zdołam zastąpić mojej krwi nikim innym.

Malutka Zosia przyszła na świat niemal niewidoma. Jej rodzice, pomimo wyższego wykształcenia i dobrej pozycji społecznej, przerazili się i zrzekli się opieki zaraz po usłyszeniu diagnozy. Najwyraźniej nikogo nie omija tchórzostwo i podłość.

Zosia trafiła do domu małego dziecka, gdzie nadano jej imię Zofia. Dorastała, ledwo widząc świat, rozpoznawała tylko cienie. Nauczyła się czytać dotykiem, uwielbiała bajki i wierzyła, iż kiedyś zjawi się jej dobra wróżka.

Gdy Zosia miała niedługo skończyć siedem lat, odwiedził ją ktoś, kogo w tej roli by nie podejrzewała ja. Przyszedłem jako poukładany, majętny facet, ale wewnętrznie rozbity. Dziewczynka nie mogła mnie zobaczyć, ale i tak czuła, iż jestem dobry. Kierowniczka domu dziecka była zdziwiona, dlaczego chcę pomóc choremu dziecku. Nie miałem ochoty tłumaczyć, skwitowałem to słowami, iż mam wystarczające środki i chcę podarować dom właśnie niepełnosprawnemu dziecku.

Wychowawczyni przyprowadziła Zosię. W jednej chwili, gdy ją zobaczyłem, wiedziałem to moje dziecko. Wyglądała jak anioł: złote loczki, wielkie błękitne oczy, czyste i głębokie, ale ślepe.

Kto to? zapytałem, nie odrywając od niej wzroku.

To nasza Zosia niezwykle czuła i dobra odpowiedziała wychowawczyni.

Jest moja, na pewno zdecydowałem w tej chwili.

Ja i Zosia gwałtownie się ze sobą związaliśmy. Potrzebowaliśmy siebie nawzajem. Z pojawieniem się Zosi w moim życiu wszystko nabrało nowego sensu. Od razu skonsultowałem się z lekarzami. Trochę mnie uspokoili: jeżeli wykonamy operację, być może dziewczynka odzyska wzrok, choć całe życie będzie musiała nosić okulary.

Pojawiła się nadzieja. Tuż przed pójściem do szkoły poddaliśmy Zosię operacji, ale widziała jeszcze bardzo słabo. Była jeszcze szansa, ale trzeba było poczekać, aż trochę podrośnie. Czas płynął. Uwielbiałem moją przybraną córkę, poświęcałem jej całą uwagę. Firma rosła w siłę; byłem zamożnym, zadbanym mężczyzną, ale nie spojrzałem więcej na żadną kobietę. Liczyła się tylko Zosia.

Wyrosła na śliczną, niemal eteryczną dziewczynę. Skończyła studia, nie była rozpieszczona, czuła wdzięczność. Zaczęła pracować ze mną w firmie. Czułem niepokój o jej otoczenie, bałem się, iż jakiś drobny cwaniaczek skusi się na jej posag. A było się o co bić. Pilnowałem, by żaden nie mógł się wzbogacić jej kosztem.

I zakochała się. Poznałem jej wybranka Łukasza i choć coś mnie czasem niepokoiło, nie miałem argumentów przeciw temu związkowi. Oświadczył się Zosi, a do ślubu pozostało już tylko załatwienie formalności. Po pół roku od ślubu miała się odbyć ostatnia operacja na oczy.

Łukasz był czuły, troskliwy, ale czasem wyczuwałem w nim jakieś udawanie, choć zaraz to odrzucałem. Pojechali razem za miasto, obejrzeć restaurację, w której miało się odbyć przyjęcie. W dzień było tam bardzo spokojnie.

Usiedli przy stoliku. Łukasz położył swój telefon na blacie, po czym poszedł sprawdzić samochód, bo włączył mu się alarm. Zosia została sama. Telefon Łukasza zawibrował, a gdy po chwili zadzwonił bardzo natarczywie, w końcu odebrała. Zaraz rozległ się podniesiony głos jego matki, pani Ireny.

Słuchaj, synu, mam plan, jak gwałtownie pozbyć się tej twojej ślepej Zosi. Moja koleżanka z biura podróży zatrzymała dwie wycieczki. Po ślubie pojedziecie w góry. Powiedz jej, iż bardzo chcesz popatrzeć na panoramę. Idźcie razem, a potem tak nakieruj, żeby twoja żoneczka się poślizgnęła A ty wracaj. Zgłoś zaginięcie, płacz, jęcz, żądaj, by ją szukali. Kiedy ją znajdą, uznają to za wypadek. Kto się tam za granicą będzie przejmował jakimś wypadkiem Wiem, iż zagrasz zrozpaczonego męża. choćby matka Zosi ci uwierzy. jeżeli pozwolisz na operację, wszystko się posypie i trudno się jej będzie pozbyć. Takie pieniądze nie mogą przepaść, synku. Myśl o tym. Kończę.

Kiedy odłożyła słuchawkę, Zosia natychmiast poczuła się, jakby ją ktoś ugodził w serce.

A więc oni naprawdę chcą mnie zabić. I Łukasz w tym uczestniczy? myślała przerażona.

Jeszcze przed sekundą była szczęśliwą narzeczoną. A tu takie rzeczy. Zadrżała na całym ciele i próbowała się opanować. W tym momencie Łukasz wrócił.

Nic na aucie nie znalazłem, może jakiś kot przeskoczył. Ale chyba wszystko ok. podniósł z blatu telefon, którego bateria już prawie padała, i odebrał nową rozmowę:
Tak, Rysiek, zaraz będę rzucił i wyjaśnił Zosi: Muszę jechać do firmy, nagły problem.

Jedź, ja poczekam tu z tatą, porozmawiamy jeszcze o sali.

Dobrze, to do zobaczenia wybiegł.

Zosia została sama i nie opanowała łez. Podeszła do niej znana jej już Janina, która była menedżerką tej restauracji.

Co się dzieje, Zosiu? Gdzie podział się Łukasz, przecież mieliście ustalać salę

Pani Janka, wszystko w porządku, mama zaraz przyjedzie. To tylko nieporozumienie, poczekam tutaj. Łukasza wezwano pilnie do pracy.

Przyniosę ci herbatę, bardzo blado wyglądasz pokiwała głową i odeszła.

Zadzwoniłem do mamy.

Mamusiu, przyjedź tu jak najszybciej próbowałem mówić spokojnie, ale głos mi się łamał.

Synu, co się stało? Już jadę.

Mama pojawiła się w dwadzieścia minut i siadła obok mnie.

Synku, martwiłam się do jazdy, co się stało?

Mamo łzy popłynęły mi po policzkach oni chcą mnie zabić.

Kto? popatrzyła wystraszona.

Łukasz i Irena. Słyszałem, co ona do niego mówiła, gdy wyszedł na zewnątrz sprawdzić samochód. Chce, żeby pojechał ze mną w góry i żebym spadł.

Jesteś na sto procent pewien?

Tak, mamo! Ona nie wiedziała, iż to ja odebrałem telefon.

Mama była wstrząśnięta. Zastanawialiśmy się, co robić, gdy zadzwonił Łukasz.

Zosiu, tata już jest, ustalacie szczegóły?

Mama chwyciła za mój telefon.

Dzień dobry, Łukaszu. Na szczęście wiemy o waszych planach! jeżeli choćby piśniesz coś o wyjeździe w góry Policja łatwo odzyska nagrania. Wiesz, co mam na myśli.

Łukasz potrzebował chwili, by się pozbierać.

To nie ja! To matka

Jasne, jesteś zwykłym tchórzem, choćby nie potrafisz wziąć winy na siebie. Żegnam.

Następnego dnia Łukasz wyjechał z Warszawy, przez jakiś czas ukrywał się, potem wyjechał z Polski. Matka wyjechała do rodziny pod Krakowem.

Szok, wszystko musiałem zobaczyć na własne oczy

W klinice okulistycznej odbyła się operacja Zosi. To były ciężkie dni. Czekałem z nią na korytarzu, gdy nareszcie zdjęli jej bandaż i mogła spojrzeć na świat. Doktor Michał Wierzbicki, młody, ale niezwykle utalentowany okulista, od początku był bardzo zaangażowany. Również widać było, iż Zosia bardzo mu się podoba. Cały czas ją wspierał, przyniósł jej choćby wielki bukiet czerwonych róż. Kiedy Zosia pierwszy raz naprawdę zobaczyła świat, i mnie, i jego, i cały ten piękny bukiet zalała się łzami szczęścia.

Jak dobrze widzieć! płakała, a doktor Michał ją uspokajał.

Odtąd Zosia musiała nosić okulary, ale to i tak była drobnostka w porównaniu z tym, co przeszła.

Minęło trochę czasu. Ślub Zosi i Michała był piękny, rodzinny i pełen łez wzruszeń. Rok później urodziła im się śliczna córeczka, Zosia była szczęśliwa, kochana, bezpieczna. Miała przy sobie odpowiedzialnego męża, który nigdy nie pozwoliłby, żeby stało jej się coś złego.

Patrząc dziś na wszystko, co przeżyliśmy, nauczyłem się, iż choćby po największym dramacie można znaleźć sens i prawdziwe szczęście, jeżeli tylko nie zamkniemy się na dobro drugiego człowieka. Pomoc komuś w potrzebie potrafi uzdrowić niejedno serce choćby to najbardziej zranione.

Idź do oryginalnego materiału