Żona mojego brata, będąca w ciąży, zażądała, abyśmy oddali im nasze mieszkanie – mimo iż spłacamy kredyt, nie mamy dzieci, a ona z czwartym dzieckiem w drodze domaga się, byśmy się wyprowadzili i wynajęli od nich własne lokum

newskey24.com 14 godzin temu

To było wiele lat temu, gdy byłam już od dekady żoną mojego męża. Razem mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu w Warszawie, na które spłacaliśmy kredyt hipoteczny. Wciąż jeszcze nie byliśmy gotowi na dzieci chcieliśmy najpierw sami się dorobić i mieć pewność, iż damy sobie radę. Mój młodszy brat, Marek, również był już żonaty. On i jego żona Genowefa gnieździli się na jednym pokoju w starej kamienicy. Marek harował na dwa etaty, a w weekendy dorabiał choćby jako kurier. Jego żona nie pracowała, tylko rodziła dzieci jedno po drugim. Mieli już trójkę, a Genowefa była w czwartym miesiącu ciąży z kolejnym i już zapowiadała piąte.

Oprócz dzieci, mieli na głowie kilka pożyczek lodówka, pralka, telewizor, wszystko na raty. Z mężem pomagaliśmy im często: tu zakupy, tam trochę gotówki, czasem jakaś paczka dla dzieci. Zdarzało się jednak, iż Genowefa nie tyle prosiła, co wręcz żądała pomocy, jakby jej się wszystko należało.

Wtedy potrafiłam postawić jej granice. Oczywiście obrażała się wraz z moim bratem, ale po jakimś czasie znów przychodzili z prośbą o coś innego.

Skoro wy nie macie dzieci i pewnie jeszcze długo mieć nie będziecie, powinniście oddać nam swoje mieszkanie oświadczyła mi ostatnio Genowefa, z takim przekonaniem, jakby to było rzecz najprostsza na świecie.

A my dokąd mamy pójść? Do waszego pokoiku w Śródmieściu? zapytałam kompletnie zbita z tropu.

Nieee… my się wprowadzimy do was, a wy sobie wynajmiecie coś innego powiedziała z całą powagą i jeszcze dopytała: Kiedy się wyprowadzacie?

Posłuchaj, może powinnaś się zgłosić na konsultację do lekarza. Wynoś się z mojego mieszkania! odpowiedziałam stanowczo, już na skraju wytrzymałości.

To przez ciebie stracę to dziecko! krzyknęła wychodząc, trzaskając drzwiami.

I niestety, tego samego dnia, potajemnie i po cichu, poroniła w trzecim miesiącu.

Nie minęła choćby doba, a o drugiej w nocy przed drzwiami zjawił się Marek, by zrobić mi awanturę. Mój mąż Janusz ostudził gwałtownie jego zapał; zapytał, o co chodzi. Opowiedziałam wszystko. Janusz ochłodził brata kilkoma zimnymi plamami wody na twarz, potem wyprosił go za próg i zamknął drzwi. Od tamtej pory brata nie mam.

Tak tego do dziś pamiętam, z żalem i niedowierzaniem, iż rodzina potrafi tak daleko się posunąć. Czasem, wracając myślą do tamtych lat, żałuję, iż pomoc bywała tak źle odebrana i tak boleśnie zapamiętana.

Idź do oryginalnego materiału