Jestem mężatką od dziesięciu lat. Razem z mężem mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu w Warszawie. Wciąż spłacamy kredyt hipoteczny. Na razie nie mamy odwagi na dziecko chcielibyśmy najpierw stanąć na własnych nogach. Mam brata, on także jest żonaty. Mieszkają z żoną w kawalerce na Pradze. Mój brat haruje na dwa etaty i dorabia jeszcze na boku. Jego żona nie pracuje. Rodzi dzieci z prędkością karabinu maszynowego. Mają już trójkę, jest w ciąży z czwartym, a o piątym już mówi.
Oprócz dzieci mają na głowie jeszcze kilka kredytów, bo co rusz kupują nowe sprzęty do domu. Z mężem często im pomagamy tu pożyczka w złotówkach, tam zakupy spożywcze. Nieraz zdarza się, iż żona brata, Zuzanna, zamiast poprosić, po prostu żąda.
Wtedy musimy ją sprowadzać na ziemię i odmawiamy. zwykle wtedy ona i brat się obrażają, ale po kilku tygodniach przychodzą z kolejną prośbą.
Skoro wy z mężem nie macie dzieci, a my zaraz będziemy mieli czwórkę, powinniście nam oddać swoje mieszkanie wypaliła ostatnio.
A my gdzie mamy niby pójść, do was do tej klitki? zapytałam zdezorientowana absurdem tej sytuacji.
Nie, my wpuścimy tam lokatorów. A wy wynajmiecie nasze mieszkanie odpowiedziała z powagą, i dodała: Kiedy się wyprowadzacie?
Wiesz co, powinnaś się leczyć na głowę. Wynoś się z mojego domu odpowiedziałam zdecydowanie.
To poronię i będzie to twoja wina syknęła i wybiegła.
I tak się właśnie stało. Jeszcze tego samego dnia, po kryjomu. Była wtedy w trzecim miesiącu.
A o drugiej w nocy pojawił się mój brat i zaczął na mnie krzyczeć. Mój mąż od razu go uciszył i spytał, co się stało. Opowiedziałam mu całą sytuację. Mąż po chwili ochlapał brata zimną wodą, żeby się opanował, i wyrzucił go za drzwi. Od tamtego dnia mój brat dla mnie nie istnieje.






