Pamiętam to, jakby wydarzyło się dawno temu, choć rany w sercu od tamtej historii wciąż są świeże. Ja i mąż, Stanisław, zostawiliśmy mieszkanie naszemu synowi i przenieśliśmy się na wieś. On zamieszkał ze swoją teściową, a nasze mieszkanie oddał w najem obcym ludziom.
Wyszliśmy za mąż i ożeniliśmy się, gdy mieliśmy po 23 lata. Byłam wtedy już w ciąży, dzień ślubu był pełen emocji i oczekiwań. Razem ukończyliśmy pedagogikę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie pochodziliśmy z zamożnych rodzin. Rodzice w Krakowie nie dawali nam wiana, nie mieliśmy bogatych wujów, więc wszystko zdobyliśmy własnymi rękami.
Do pracy poszłam prawie zaraz po urodzeniu syna. Nie miałam mleka, być może przez stres albo przez skromną dietę. Mikołaj był karmiony mlekiem modyfikowanym. Gdy skończył jedenaście miesięcy, trafił do żłobka. Tam nauczył się jeść samodzielnie, korzystać z nocnika, spać bez tulenia. My z mężem musieliśmy pracować.
Najpierw mieszkaliśmy kątem u rodziny Stanisława, potem wynajmowaliśmy kawalerkę, aż w końcu zdołaliśmy uskładać na dwupokojowe mieszkanie. Jako ludzie pochodzący z Podlasia marzyliśmy o skrawku własnej ziemi. Kilka lat temu kupiliśmy działkę i cegła po cegle Stanisław zbudował tam domek dwupokojowy, z kuchnią i piecem kaflowym. Wyrównaliśmy ogród, kupiliśmy meble. Wszystko wydawało się dobre cieszyliśmy się życiem, mieliśmy wtedy po 46 lat. Myśleliśmy, iż wreszcie zaczniemy żyć dla siebie.
Ale krew i geny dały znać o sobie. Syn nasz, mając 23 lata, zapragnął się ożenić. Jego wybranka, Zosia imię, które w Polsce noszą tylko nasze dziewczęta pochodziła z bardzo zamożnej rodziny z Warszawy. Oboje ukończyli prawo na uniwersytecie. Postanowili się pobrać.
I wtedy zaczęły się oczekiwania: restauracja z najwyższej półki, limuzyna, podróż poślubna jak z bajki, własne mieszkanie najlepiej w centrum.
Od urodzenia syna miałam przeświadczenie, iż nie potrafiliśmy mu dać dość miłości. Wcześnie oddaliśmy go do żłobka, potem do szkoły, sami zaś, jak to nauczyciele, byliśmy wciąż zajęci cudzymi dziećmi. Mikołaj miał za dużo wolności. Dziadkowie mieszkali daleko, wychował się sam. Staraliśmy się to zrekompensować materialnie kupowaliśmy najlepsze zabawki, fotele, ładne ubrania, płaciliśmy za korepetycje i studia, dostał samochód, gdy skończył 18 lat.
A teraz, dla niego, oddaliśmy wszystko, co zaoszczędziliśmy złotówki odkładane latami na jego wesele. Po długich rozmowach postanowiliśmy z mężem podarować mu mieszkanie, by nie musiał tak ciężko walczyć o każdy dach, jak my. Rodzice Zosi także się dorzucili, ale wydali więcej na nią: futra, złoto, luksusy. My wymieniliśmy cały sprzęt w mieszkaniu na nowy. Teściowie mieli okazały dom pod Warszawą, trzy piętra pełne antyków, garaż z dwiema nowiutkimi brykami.
Stopniowo syn zaczął się od nas oddalać. Pojawiał się coraz rzadziej, najpierw raz na miesiąc, potem przestał dzwonić w ogóle. Szwagier Zosi, adwokat, załatwił mu pracę w dużej kancelarii.
I wtedy pamiętam dzień, jakby to było wczoraj spotkaliśmy w krakowskiej hali targowej sąsiadkę. Przypadkiem wygadała się, iż Mikołaj i Zosia już od dawna nie mieszkają w naszym mieszkaniu, tylko u jej matki. Nasze mieszkanie wynajęli komu innemu! Stanisław oniemiał. Zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do syna. Odebrał z pretensją: Przecież to wy mi daliście ten lokal! Powiedział, iż i tak nigdy nie mieliśmy pieniędzy, iż zawsze czuł się gorszy niż inni. Podniosłym głosem wyrzucał nam, iż sprawiliśmy, iż on i żona mogą wieść życie lepsze niż nasze skromne nauczycielskie. Stwierdził, iż wstydzi się być pasożytem w domu teściowej, podczas gdy my byliśmy tak zwyczajni.
Postanowiliśmy nie pozwolić na dalszą niesprawiedliwość. Udaliśmy się do miejscowego prawnika. Okazało się, iż dopóki nie sporządziliśmy aktu darowizny i nie przenieśliśmy własności, to my jesteśmy prawowitymi właścicielami i tylko my mamy prawo wynajmować to mieszkanie.
Nie poszliśmy do sądu przeciwko własnemu dziecku. Wynajmującym wyjaśniliśmy sytuację. Byli bardzo wyrozumiali i przeprowadzili się po miesiącu, bez żadnych problemów. Sami znów zamieszkaliśmy w krakowskim mieszkaniu. Ale kontaktu z synem nie mamy do dziś. Stanisław bardzo to przeżył, ja też. Może kiedyś jeszcze się pogodziliśmy tak to bywa w rodzinie. Ale żal i smutek zostają na długie lata.






