Zrobię z niego prawdziwego człowieka! – Mój wnuk nie będzie leworęczny! – oburzyła się pani Tamara. Darek spojrzał na teściową, zirytowany. – Co w tym złego? Staś taki się urodził, to jego cecha. – Cecha! – prychnęła Tamara. – To nie żadna cecha, tylko niedorozwój. Od zawsze prawa ręka była tą adekwatną, a lewa od diabła. Darek ledwo powstrzymał śmiech. XXI wiek, a teściowa myśli jak babcia ze wsi. – Pani Tamaro, medycyna już dawno… – Nie interesuje mnie twoja medycyna – przerwała mu. – Swojego syna oduczyłam, i wyrósł na normalnego człowieka. Oduczcie Stasia, póki czas. Potem mi podziękujecie. Odwróciła się i wyszła z kuchni, zostawiając Darka z niedopitą kawą i dziwnym posmakiem po rozmowie. Na początku Darek nie przywiązywał do tego wagi – teściowa i jej staromodne poglądy, po prostu każda generacja ma swój bagaż uprzedzeń. Obserwował, jak Tamara delikatnie poprawia wnuka przy stole, przekłada mu łyżkę z lewej do prawej i myślał: nic się nie stanie, dziecięca psychika jest plastyczna, babcine fanaberie nie zrobią mu krzywdy. Staś był leworęczny od urodzenia. Darek pamiętał, jak już mając półtora roku wyciągał do zabawek lewą rączkę, później rysował – nieporadnie, po dziecięcemu, ale zawsze lewą. To wydawało się zupełnie naturalne, adekwatne – taka część Stasia jak kolor oczu czy pieprzyk na policzku. Dla Tamary wszystko wyglądało inaczej. Leworęczność była dla niej błędem natury, który trzeba natychmiast naprawić. Zawsze, gdy Staś sięgał po kredkę lewą dłonią, jej usta zaciskały się tak, jakby robił coś nieprzyzwoitego. – Prawą, Stasiu. Prawą bierz. – Znowu swoje? W naszej rodzinie nie było i nie będzie leworęcznych. – Sławka odukałam, ciebie też oduczę. Darek raz usłyszał, jak opowiadała córce o tym swoim „osiągnięciu” – małym Sławku, który był „również niewłaściwy”, ale matka gwałtownie się zorientowała. Przywiązywała rękę, pilnowała każdej czynności, karała za nieposłuszeństwo. I proszę, dorosły, normalny mężczyzna. Była z tego taka dumna, tak pewna swojej słuszności, iż Darek poczuł dreszcz niepokoju. Zmiany w zachowaniu syna zauważył dopiero po czasie. Najpierw były to drobiazgi – Staś zwlekał, sięgając po coś ze stołu, ręka zawisała w powietrzu, jakby rozwiązywał arcytrudny rebus. Zaczął oglądać się za babcią, sprawdzając kątem oka: patrzy czy nie? – Tato, którą ręką mam brać? Staś zapytał przy kolacji, niepewnie patrząc na widelec. – Którą ci wygodniej, synku. – Ale babcia mówi… – Babci nie słuchaj, rób po swojemu. Ale Staś już nie czuł się pewnie. Mieszał się, upuszczał przedmioty, zawieszał w połowie ruchu. Jego pewne, dziecięce gesty zmieniły się w ostrożne, niezdarne ruchy. Jakby przestał ufać własnemu ciału. Ola wszystko widziała. Darek zauważał, jak przygryza wargę, gdy matka znów przekłada Stasiowi łyżkę. Jak odwraca wzrok, gdy Tamara zaczyna swoje wykłady o „prawidłowym wychowaniu”. Wychowała się pod tym walcem matczynej woli. Nauczyła się jednego – nie dyskutować i po prostu przetrwać burzę. Darek próbował rozmawiać. – Ola, to przecież chore. Spójrz na niego. – Mama chce dobrze. – Jaka różnica co chce? Widzisz co się z nim dzieje? Ola tylko wzruszała ramionami i uciekała od tematu. Lata uległości okazały się silniejsze od instynktu matki. Z każdym dniem było gorzej. Tamara wyraźnie nabrała ochoty. Już nie tylko poprawiała wnuka – komentowała każdy jego ruch. Chwaliła, gdy Staś przez przypadek używał prawej dłoni. Wzdychała z dezaprobatą, gdy lewą. – No widzisz, Stasiu, da się! Trzeba tylko się postarać. Ze Sławka zrobiłam człowieka, z ciebie też zrobię. Darek postanowił rozmówić się z teściową. Wybrał moment, gdy Staś bawił się w swoim pokoju. – Pani Tamaro, zostawmy dziecko w spokoju. On jest leworęczny i to normalne. Proszę go nie oduczać. Reakcja przerosła wszystko – Tamara tak się nadęła jakby ją obraził. – Ty będziesz mnie uczyć? Troje dzieci wychowałam, a ty mnie będziesz pouczał? – Nie pouczam. Proszę, niech pani nie męczy mojego syna. – Twojego? A córki geny tam nie są? To i mój wnuk! I nie pozwolę, żeby rósł… taki. Słowo „taki” wypowiedziała z obrzydzeniem, jakby mówiła o czymś wstydliwym. Darek zrozumiał: polubownie się nie da. Następne dni zamieniły się w wojnę pozycyjną. Tamara ostentacyjnie ignorowała zięcia, zwracając się wyłącznie przez córkę. Darek rewanżował się tym samym. Między nimi wisiała ciężka, lepka cisza, czasem przerywana krótkimi spięciami. – Ola, powiedz mężowi, iż zupa na kuchence. – Ola, powiedz mamie, iż sam się obsłużę. Ola biegała między nimi blada i wykończona. A Staś coraz częściej chował się w kąt z tabletem, starając się być niewidzialny. Pomysł przyszedł Darkowi w sobotni poranek, gdy Tamara celebrowała gotowanie barszczu. Kroiła kapustę szybkim, pewnym ruchem, tak jak robiła to od lat. Darek stanął za jej plecami. – Źle pani kroi. Ani nie spojrzała. – Słucham? – Kapustę trzeba cieniej, wzdłuż włókien, nie w poprzek. Westchnęła i kontynuowała. – Poważnie – nie odpuszczał. – Tak się nie robi. To źle. Chce pani, pokażę? Sięgnął po nóż. Tamara odsunęła dłoń. – Oszalałeś? – Nie. Chcę tylko, żeby pani robiła dobrze. Tu, za dużo wody, tu ogień za duży, buraczki nie tak wrzucane. – Całe życie tak robiłam! – To nie argument. Trzeba się oduczyć. Zacznijmy od nowa. Tamara zamarła z nożem w powietrzu. Na twarzy miała autentyczne zdumienie. – Co ty pleciesz? – To samo, co pani mówi Stasiowi każdego dnia. Oduczać. Tak się nie robi. Inna ręka, inna metoda. – To co innego! – Niby czym? Tamara odłożyła nóż, jej policzki pociemniały z oburzenia. – Porównujesz moje gotowanie z… Ja zawsze tak robiłam! Mnie tak wygodnie! – A Stasiowi wygodnie lewą. Ale jego chce pani zmieniać. – On dziecko, on się jeszcze zmieni! – A pani dorosła z nawykami nie do zmiany, prawda? To czemu pani chce go złamać? Tamara zacisnęła usta, jej oczy zabłysły złością. – Jak śmiesz? Ja wychowałam troje dzieci! Sławka oduczyłam i nic mu nie jest! – A jest szczęśliwy? Pewny siebie? Cisza. Darek wiedział, iż trafił w czuły punkt. Sławek mieszkał w innym mieście i odwiedzał matkę rzadko. – Chciałam dobrze – głos Tamary zadrżał – zawsze chciałam dobrze. – Wierzę. Ale pani „dobrze” to „jak ja sobie wymyśliłam”. A Staś to osobny człowiek. Mały, ale osobny. I jego cech nie dam sobie wykręcać na siłę. – Będziesz mnie uczyć?! – Będę, jeżeli nie przestanie pani. Będę komentował każde pani działanie. Każdy gest, nawyk. Zobaczymy jak pani wytrzyma. Stali naprzeciw siebie – zięć i teściowa, obydwoje na granicy wytrzymałości. – To podłe i dziecinne – wycedziła Tamara. – Tylko tak można pani coś uświadomić. Coś w niej się złamało. Wyglądała nagle starzej i słabiej. – Przecież z miłości… – nie dokończyła. – Wiem. Ale pora zmienić sposób okazywania tej miłości. Inaczej nie zobaczy już pani wnuczka. Barszcz na kuchence wykipiał. Nikt choćby nie drgnął. Wieczorem, gdy Tamara zamknęła się w pokoju, Ola usiadła przy Darku na kanapie. Milczała długo, opierając głowę o jego ramię. – Mnie nikt w dzieciństwie tak nie bronił – wyszeptała. – Mama zawsze wiedziała lepiej. Zawsze. A ja po prostu… poddawałam się. Darek przytulił żonę. – W naszej rodzinie twoja mama już nikomu nie będzie narzucać swojej racji. Ola skinęła głową, ściskając mocno jego dłoń. A z pokoju dziecięcego słychać było cichy szelest kredek po papierze. Staś rysował. Lewą ręką. Nikt już nie mówił, iż to nie tak. Zrobię z niego prawdziwego człowieka! – czyli jak z uporem godnym polskiej babci próbować oduczyć wnuka leworęczności i co z tego (nie) wynikło

polregion.pl 7 godzin temu

Mój wnuk nie będzie leworęczny! oburzyła się Halina Romanowska.

Paweł aż odwrócił się od teściowej. W jego oczach pojawił się cień irytacji.

Ale co w tym złego? Staś taki się urodził. To jego cecha.
Cecha! fuknęła Halina. To nie cecha, tylko jakaś wada. Tak się nie robi. Od zawsze prawa ręka była tą adekwatną. Lewa to… wiadomo czyja robota.

Paweł prawie parsknął śmiechem. XXI wiek, a teściowa przez cały czas myśli jak babcia z Mazur w zamierzchłych czasach.

Pani Halino, lekarze dawno już ustalili…
Nie będziesz mi tu medycyną mącić w głowie przerwała mu hardo. Ja swoje dzieci naprostowałam i ludzie z nich wyrośli! Przestawcie Stasia, póki czas, jeszcze mi kiedyś podziękujecie.

Machnęła ręką i opuściła kuchnię, zostawiając Pawła sam na sam z zimniejącą kawą i nieprzyjemnym posmakiem tej rozmowy.

Na początku Paweł nie przykładał do tego większej wagi. To tylko stare przyzwyczajenia teściowej, co w tym wielkiego? Każde pokolenie ma swoje zabobony. Widział, jak Halina Romanowska raz po raz z uporem poprawiała wnuka przy stole, przekładała mu łyżkę do prawej dłoni, i myślał: nic mu nie będzie, dziecięca psychika jest elastyczna, a babcine fanaberie nie zaszkodzą.

Staś od zawsze był leworęczny. Paweł pamiętał, jak półtoraroczny synek wyciągał lewą łapkę po zabawki. Jak zaczął rysować niezdarnie, jak to dzieciak, ale zawsze lewą ręką. Było to takie naturalne, adekwatne dla niego. Część tego, kim jest, jak kolor oczu czy pieprzyk na brodzie.

W oczach Haliny wszystko wyglądało inaczej. Leworęczność była niemal skazą, pomyłką Matki Natury, którą należy jak najszybciej naprawić. Każde sięgnięcie Stasia po kredkę lewą ręką kwitowała miną, jakby mały właśnie obnażył przy stole kolana.

Prawą, Stasiu, prawą weź.
Znowu zaczynasz? W naszej rodzinie żadnych lewusów nie było i nie będzie!
Roberta naprostowałam, ciebie też się uda.

Paweł kiedyś podsłuchał, jak żona, Kasia, słuchała z rezygnacją opowieści o wielkim sukcesie mamy. Że mały Robert też był dziwny, ale matka zaraz zadziałała: bandażowała rękę, pilnowała krok w krok, karała za każdy bunt. I efekt? Wyrósł na porządnego chłopa jak to mawiała.

Było w tym tyle samozadowolenia i pewności, iż Paweł zrobił się nieswojo.

Zmiany u synka przyszły niezauważenie. Początkowo to były drobiazgi. Staś zawieszał rękę nad stołem, zanim coś wziął, jakby musiał rozwiązać równanie. Potem zerkał kątem oka na babcię, czy nie patrzy.

Tato, którą ręką trzeba?
Zapytał o to przy kolacji, trzymając widelec, jakby trzymał żabę.

Jak ci wygodnie, synu.
Ale babcia mówi…
Babcią się nie przejmuj, rób jak ci pasuje.

Tylko Staś już nie był pewien, co mu pasuje. Zaczął się mylić, zrzucać sztućce, zamierał w pół ruchu. Jego pewne dziecięce gesty ustąpiły chorobliwej ostrożności. Jakby nagle przestał ufać własnemu ciału.

Kasia wszystko widziała. Paweł dostrzegał, jak zaciska wargi, gdy matka znowu przekłada Stasiowi łyżkę. I jak milknie, gdy Halina odpala wykład o porządnym wychowaniu. Żona przez całe dzieciństwo była pod butem mamy i nauczyła się jednego nie dyskutować. Po prostu przyczaić się i przeczekać burzę.

Próbował z nią rozmawiać.

Kaśka, to chore. Popatrz na Stasia!
Mama chce dobrze.
Nie o to chodzi! Widziałaś, co się z nim dzieje?
Kasia tylko wzruszała ramionami, uciekając wzrokiem. Lata podporządkowania zwyciężały nad instynktem matki.

Z każdym dniem było gorzej. Halina wręcz wkręciła się w rolę. Już nie tylko poprawiała komentowała każdy ruch wnuka. Głaskała po głowie, gdy trafił prawą, teatralnie stękała, gdy lewą.

Widzisz, Stasiu, jednak się da! Trzeba tylko chcieć. Roberta nauczyłam być człowiekiem, i z ciebie też wyrośnie ktoś normalny!

Paweł postanowił porozmawiać z teściową jak z dorosłą. Wyczekał, aż Staś pogrążył się w zabawie w swoim pokoju.

Pani Halino, dajmy już dziecku spokój. On jest leworęczny, to nic złego. Nie trzeba go naprawiać.
Reakcja przeszła oczekiwania Halina obraziła się tak, jakby Paweł napluł jej do rosołu.

Ty będziesz mnie pouczał? Troje dzieci wychowałam, a ty mnie tu edukujesz?!
Nie uczę, tylko proszę. Proszę, żeby nie męczyć mojego syna.
Tylko twojego? A geny Kasi to co pies wywiózł? On jest też moim wnukiem! I nie dopuszczę, by wyrósł… taki.
To taki powiedziała z wyraźnym niesmakiem, jakby chodziło o kogoś spoza rodziny.

Paweł zrozumiał: ugodą się tego nie załatwi.

Następne dni były zimną wojną pozycyjną. Halina udawała, iż Pawła nie widzi, gadała do niego tylko przez Kasię. Paweł odwdzięczał się tym samym. W powietrzu zawisło napięcie, co chwila wybuchające drobnymi sprzeczkami.

Kasia, powiedz mężowi, iż obiad jest na stole!
Kasia, przekaż mamie, iż umiem nalać sobie zupy.

Żona plątała się pomiędzy nimi blada, zmęczona, na granicy łez. A Staś coraz częściej chował się z tabletem w kąt kanapy, próbując zniknąć.

Paweł wpadł na pomysł w sobotę rano, gdy Halina z namaszczeniem robiła barszcz. Siekała kapustę szybciej niż bankomat liczy złotówki rutyna wypracowana przez trzy dekady.

Paweł stanął za jej plecami.

Źle kroisz.
Halina choćby się nie obejrzała.

Co ty gadasz?
Kapusta powinna być cieniej. I wzdłuż, nie w poprzek.
Parsknęła pod nosem i kroiła dalej.

Poważnie! Tak się nie robi. Każdy wie, iż to błąd.
Paweł, trzydzieści lat gotuję barszcz.
I trzydzieści lat źle pozwól, pokażę ci.
Wyciągnął rękę po nóż. Halina aż podskoczyła.

Chyba cię pogięło?
Nie, po prostu chcę, żeby robiła pani to poprawnie. Patrz: za dużo wody w garnku, ogień za mocny, buraki się kładzie inaczej!
Zawsze tak robiłam!
Słaby argument. Trzeba się nauczyć jeszcze raz. Zacznijmy od nowa.

Halina zamarła z nożem w powietrzu szok malował się na twarzy.

Ty zwariowałeś?
Mówię to samo, co pani mówisz Stasiowi codziennie. Naucz się inaczej. To tak nie przystoi. Inaczej musisz, drugą ręką!
To zupełnie co innego!
Naprawdę? Bo dla mnie identycznie.

Odłożyła nóż. Jej policzki nabrały jeszcze bardziej buraczanego koloru.

Porównujesz moją kuchnię z… Przecież mi tak wygodnie!
Stasiowi też wygodnie lewą. Ale to pani nie przeszkadza.
To co innego! On dziecko, może się zmienić!
Pani to dorosła kobieta z przyzwyczajeniami jak w PRLu. Poprawiać się już nie chce? To czemu chcesz zmieniać jego?

Halina zacisnęła usta, w oczach pojawiły się łzy złości.

Jak śmiesz Troje dzieci chowałam! Roberta naprostowałam!

I co, szczęśliwy? Pewny siebie?
Cisza.

Paweł uderzył w czuły punkt. Robert brat Kasi żył w Gdańsku, dzwonił do matki ze dwa razy w roku.

Chciałam dobrze głos Haliny się załamał. Zawsze chciałam najlepiej.
Wiem. Ale twoje najlepiej to zawsze tak jak ja mówię. Staś jest osobną osobą. Małą, ale osobną. Ze swoimi cechami. I nie pozwolę ich w nim zabijać.

Pouczasz mnie?!
Pouczam i będę pouczał, jak nie przestaniesz. Codziennie będę komentował każdy ruch, każdą czynność. Zobaczymy, jak ci się spodoba.

Stali naprzeciw siebie zięć i teściowa, oboje na granicy wybuchu.

To niskie i małostkowe, wycedziła Halina.
Inaczej nie trafia.

Coś się w niej złamało. Paweł widział to wyraźnie gdzieś pod warstwą pewności siebie zaczęła pękać skorupa. Halina wydała się nagle starsza, mniejsza, delikatniejsza.

Ja tylko z miłości urwała.

Wiem. Ale już wystarczy tej miłości na siłę. Bo inaczej wnuka już raczej pani nie zobaczy.
Zupa na kuchence zaczęła kipieć. Żadne z nich się nie ruszyło.

Wieczorem, gdy Halina zamknęła się w swoim pokoju, Kasia przysunęła się do Pawła na kanapie. Długo milczała, wtulając się w jego ramię.

Jak byłam dzieckiem, nikt mnie nie bronił wyszeptała. Mama zawsze wiedziała lepiej. Ja tylko znosiłam.
Paweł objął ją mocno.

W naszej rodzinie twoja mama nie będzie już niczego narzucać. Nikomu.
Kasia kiwnęła głową i mocniej ścisnęła jego dłoń.

A z pokoju dziecięcego, przez uchylone drzwi, dochodził delikatny szelest kredek na papierze. Staś rysował. Lewą ręką. I nikt już nie mówił mu, iż to nie tak.

Idź do oryginalnego materiału