Mój wnuk nie będzie leworęczny! oburzyła się Halina Romanowska.
Paweł aż odwrócił się od teściowej. W jego oczach pojawił się cień irytacji.
Ale co w tym złego? Staś taki się urodził. To jego cecha.
Cecha! fuknęła Halina. To nie cecha, tylko jakaś wada. Tak się nie robi. Od zawsze prawa ręka była tą adekwatną. Lewa to… wiadomo czyja robota.
Paweł prawie parsknął śmiechem. XXI wiek, a teściowa przez cały czas myśli jak babcia z Mazur w zamierzchłych czasach.
Pani Halino, lekarze dawno już ustalili…
Nie będziesz mi tu medycyną mącić w głowie przerwała mu hardo. Ja swoje dzieci naprostowałam i ludzie z nich wyrośli! Przestawcie Stasia, póki czas, jeszcze mi kiedyś podziękujecie.
Machnęła ręką i opuściła kuchnię, zostawiając Pawła sam na sam z zimniejącą kawą i nieprzyjemnym posmakiem tej rozmowy.
Na początku Paweł nie przykładał do tego większej wagi. To tylko stare przyzwyczajenia teściowej, co w tym wielkiego? Każde pokolenie ma swoje zabobony. Widział, jak Halina Romanowska raz po raz z uporem poprawiała wnuka przy stole, przekładała mu łyżkę do prawej dłoni, i myślał: nic mu nie będzie, dziecięca psychika jest elastyczna, a babcine fanaberie nie zaszkodzą.
Staś od zawsze był leworęczny. Paweł pamiętał, jak półtoraroczny synek wyciągał lewą łapkę po zabawki. Jak zaczął rysować niezdarnie, jak to dzieciak, ale zawsze lewą ręką. Było to takie naturalne, adekwatne dla niego. Część tego, kim jest, jak kolor oczu czy pieprzyk na brodzie.
W oczach Haliny wszystko wyglądało inaczej. Leworęczność była niemal skazą, pomyłką Matki Natury, którą należy jak najszybciej naprawić. Każde sięgnięcie Stasia po kredkę lewą ręką kwitowała miną, jakby mały właśnie obnażył przy stole kolana.
Prawą, Stasiu, prawą weź.
Znowu zaczynasz? W naszej rodzinie żadnych lewusów nie było i nie będzie!
Roberta naprostowałam, ciebie też się uda.
Paweł kiedyś podsłuchał, jak żona, Kasia, słuchała z rezygnacją opowieści o wielkim sukcesie mamy. Że mały Robert też był dziwny, ale matka zaraz zadziałała: bandażowała rękę, pilnowała krok w krok, karała za każdy bunt. I efekt? Wyrósł na porządnego chłopa jak to mawiała.
Było w tym tyle samozadowolenia i pewności, iż Paweł zrobił się nieswojo.
Zmiany u synka przyszły niezauważenie. Początkowo to były drobiazgi. Staś zawieszał rękę nad stołem, zanim coś wziął, jakby musiał rozwiązać równanie. Potem zerkał kątem oka na babcię, czy nie patrzy.
Tato, którą ręką trzeba?
Zapytał o to przy kolacji, trzymając widelec, jakby trzymał żabę.
Jak ci wygodnie, synu.
Ale babcia mówi…
Babcią się nie przejmuj, rób jak ci pasuje.
Tylko Staś już nie był pewien, co mu pasuje. Zaczął się mylić, zrzucać sztućce, zamierał w pół ruchu. Jego pewne dziecięce gesty ustąpiły chorobliwej ostrożności. Jakby nagle przestał ufać własnemu ciału.
Kasia wszystko widziała. Paweł dostrzegał, jak zaciska wargi, gdy matka znowu przekłada Stasiowi łyżkę. I jak milknie, gdy Halina odpala wykład o porządnym wychowaniu. Żona przez całe dzieciństwo była pod butem mamy i nauczyła się jednego nie dyskutować. Po prostu przyczaić się i przeczekać burzę.
Próbował z nią rozmawiać.
Kaśka, to chore. Popatrz na Stasia!
Mama chce dobrze.
Nie o to chodzi! Widziałaś, co się z nim dzieje?
Kasia tylko wzruszała ramionami, uciekając wzrokiem. Lata podporządkowania zwyciężały nad instynktem matki.
Z każdym dniem było gorzej. Halina wręcz wkręciła się w rolę. Już nie tylko poprawiała komentowała każdy ruch wnuka. Głaskała po głowie, gdy trafił prawą, teatralnie stękała, gdy lewą.
Widzisz, Stasiu, jednak się da! Trzeba tylko chcieć. Roberta nauczyłam być człowiekiem, i z ciebie też wyrośnie ktoś normalny!
Paweł postanowił porozmawiać z teściową jak z dorosłą. Wyczekał, aż Staś pogrążył się w zabawie w swoim pokoju.
Pani Halino, dajmy już dziecku spokój. On jest leworęczny, to nic złego. Nie trzeba go naprawiać.
Reakcja przeszła oczekiwania Halina obraziła się tak, jakby Paweł napluł jej do rosołu.
Ty będziesz mnie pouczał? Troje dzieci wychowałam, a ty mnie tu edukujesz?!
Nie uczę, tylko proszę. Proszę, żeby nie męczyć mojego syna.
Tylko twojego? A geny Kasi to co pies wywiózł? On jest też moim wnukiem! I nie dopuszczę, by wyrósł… taki.
To taki powiedziała z wyraźnym niesmakiem, jakby chodziło o kogoś spoza rodziny.
Paweł zrozumiał: ugodą się tego nie załatwi.
Następne dni były zimną wojną pozycyjną. Halina udawała, iż Pawła nie widzi, gadała do niego tylko przez Kasię. Paweł odwdzięczał się tym samym. W powietrzu zawisło napięcie, co chwila wybuchające drobnymi sprzeczkami.
Kasia, powiedz mężowi, iż obiad jest na stole!
Kasia, przekaż mamie, iż umiem nalać sobie zupy.
Żona plątała się pomiędzy nimi blada, zmęczona, na granicy łez. A Staś coraz częściej chował się z tabletem w kąt kanapy, próbując zniknąć.
Paweł wpadł na pomysł w sobotę rano, gdy Halina z namaszczeniem robiła barszcz. Siekała kapustę szybciej niż bankomat liczy złotówki rutyna wypracowana przez trzy dekady.
Paweł stanął za jej plecami.
Źle kroisz.
Halina choćby się nie obejrzała.
Co ty gadasz?
Kapusta powinna być cieniej. I wzdłuż, nie w poprzek.
Parsknęła pod nosem i kroiła dalej.
Poważnie! Tak się nie robi. Każdy wie, iż to błąd.
Paweł, trzydzieści lat gotuję barszcz.
I trzydzieści lat źle pozwól, pokażę ci.
Wyciągnął rękę po nóż. Halina aż podskoczyła.
Chyba cię pogięło?
Nie, po prostu chcę, żeby robiła pani to poprawnie. Patrz: za dużo wody w garnku, ogień za mocny, buraki się kładzie inaczej!
Zawsze tak robiłam!
Słaby argument. Trzeba się nauczyć jeszcze raz. Zacznijmy od nowa.
Halina zamarła z nożem w powietrzu szok malował się na twarzy.
Ty zwariowałeś?
Mówię to samo, co pani mówisz Stasiowi codziennie. Naucz się inaczej. To tak nie przystoi. Inaczej musisz, drugą ręką!
To zupełnie co innego!
Naprawdę? Bo dla mnie identycznie.
Odłożyła nóż. Jej policzki nabrały jeszcze bardziej buraczanego koloru.
Porównujesz moją kuchnię z… Przecież mi tak wygodnie!
Stasiowi też wygodnie lewą. Ale to pani nie przeszkadza.
To co innego! On dziecko, może się zmienić!
Pani to dorosła kobieta z przyzwyczajeniami jak w PRLu. Poprawiać się już nie chce? To czemu chcesz zmieniać jego?
Halina zacisnęła usta, w oczach pojawiły się łzy złości.
Jak śmiesz Troje dzieci chowałam! Roberta naprostowałam!
I co, szczęśliwy? Pewny siebie?
Cisza.
Paweł uderzył w czuły punkt. Robert brat Kasi żył w Gdańsku, dzwonił do matki ze dwa razy w roku.
Chciałam dobrze głos Haliny się załamał. Zawsze chciałam najlepiej.
Wiem. Ale twoje najlepiej to zawsze tak jak ja mówię. Staś jest osobną osobą. Małą, ale osobną. Ze swoimi cechami. I nie pozwolę ich w nim zabijać.
Pouczasz mnie?!
Pouczam i będę pouczał, jak nie przestaniesz. Codziennie będę komentował każdy ruch, każdą czynność. Zobaczymy, jak ci się spodoba.
Stali naprzeciw siebie zięć i teściowa, oboje na granicy wybuchu.
To niskie i małostkowe, wycedziła Halina.
Inaczej nie trafia.
Coś się w niej złamało. Paweł widział to wyraźnie gdzieś pod warstwą pewności siebie zaczęła pękać skorupa. Halina wydała się nagle starsza, mniejsza, delikatniejsza.
Ja tylko z miłości urwała.
Wiem. Ale już wystarczy tej miłości na siłę. Bo inaczej wnuka już raczej pani nie zobaczy.
Zupa na kuchence zaczęła kipieć. Żadne z nich się nie ruszyło.
Wieczorem, gdy Halina zamknęła się w swoim pokoju, Kasia przysunęła się do Pawła na kanapie. Długo milczała, wtulając się w jego ramię.
Jak byłam dzieckiem, nikt mnie nie bronił wyszeptała. Mama zawsze wiedziała lepiej. Ja tylko znosiłam.
Paweł objął ją mocno.
W naszej rodzinie twoja mama nie będzie już niczego narzucać. Nikomu.
Kasia kiwnęła głową i mocniej ścisnęła jego dłoń.
A z pokoju dziecięcego, przez uchylone drzwi, dochodził delikatny szelest kredek na papierze. Staś rysował. Lewą ręką. I nikt już nie mówił mu, iż to nie tak.














