ŻYCIE W PORZĄDKU
Łucjo, zabraniałem ci utrzymywać kontakt z twoją siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my mamy swoje. Znowu dzwoniłaś do Małgosi? Skarżyłaś się na mnie? Uprzedzałem cię. Nie dziw się potem Artur mocno złapał mnie za ramię.
Jak zwykle w takich sytuacjach, bez słowa szłam do kuchni. Do oczu napływały gorzkie łzy. Nigdy przecież nie żaliłam się siostrze na swoje małżeństwo. Po prostu rozmawiałyśmy. Mieliśmy schorowanych, starszych rodziców, było o czym dyskutować. Artura to doprowadzało do szału. Nienawidził mojej siostry Małgosi w jej rodzinie panował spokój i dostatek, czego nie mogłam powiedzieć o sobie i Arturze.
Gdy wychodziłam za Artura, myślałam, iż szczęśliwszej dziewczyny na świecie nie ma. Artur porwał mnie w wir namiętności. Nie przeszkadzało mi, iż był ode mnie niższy o głowę. Nie przejęłam się też matką Artura, która na weselu zataczała się na nogach. Później wyszło na jaw, iż teściowa od lat jest alkoholiczką.
Zaślepiona miłością, nie widziałam tego, co złe. Jednak już po roku małżeństwa zaczęłam wątpić w moje szczęście. Artur pił na umór, wracał do domu kompletnie pijany. Zaczęły się jego romanse. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu, pensja była marna. Artur wolał godzinami siedzieć z kolegami od kieliszka.
O utrzymaniu mnie nie myślał. Jeszcze na początku naszego wspólnego życia marzyłam o dzieciach, ale teraz całą troskę przelałam na rasowego kota. Już nie chciałam mieć dzieci z alkoholikiem. Chociaż… przez cały czas kochałam Artura.
Głupia jesteś, Łucjo! Zobacz, jak faceci koło ciebie chodzą, każdy wzrokiem cię pożera, a ty patrzysz tylko na swojego karła! Co ty w nim widzisz? Wiecznie z siniakami chodzisz myślisz, iż nikt nie widzi twoich “malin” pod makijażem? Rzuć go, póki cię naprawdę nie zabił mówiła moja przyjaciółka i zarazem koleżanka z pracy.
Tak, Artur często wpadał w niekontrolowaną wściekłość i podnosił na mnie rękę. Raz pobił mnie tak, iż nie wyszłam na dyżur. Zamknął mnie wtedy w mieszkaniu, zabrał klucz.
Od tego czasu zaczęłam się go panicznie bać. Dusza się kurczyła, a serce waliło jak oszalałe, gdy przekręcał klucz w zamku. Miałam wrażenie, iż mści się za to, iż nie urodziłam mu dziecka, za bycie “złą” żoną… Dlatego nie protestowałam wobec przemocy, obelg, upokorzeń. Czemu go wciąż kochałam?
Pamiętam słowa jego matki, która niczym wiedźma szeptała mi do ucha:
Słuchaj męża, Łucja, kochaj go całą sobą, zapomnij o rodzinie i przyjaciółkach one cię tylko do złego namówią.
Zatem zapomniałam o przyjaźni, odcięłam się od bliskich, poddałam się jego woli. Byłam w pełni zależna od Artura.
Lubiłam, gdy po awanturze błagał o wybaczenie, klękał przede mną i całował stopy. Godzenie się było słodko-gorzkie, magiczne. Obsypywał łóżko płatkami cudownie pachnących róż. Wiedziałam, iż rwał je z ogródka pijackiego kolegi. Żona tamtego z nabożnością pielęgnowała kwiaty, a jej mąż, w tajemnicy, rozdawał róże kolegom za parę groszy. Gdy kobiety dostawały te kwiaty, natychmiast wybaczały wszystko mężom.
Najprawdopodobniej tkwiłabym przy Arturze do końca życia. Mój wyimaginowany raj za każdym razem roztrzaskiwałby się na kawałki, a ja próbowałabym go posklejać. Ale los pomógł…
Odpuść sobie Artura, mam z nim syna. Ty jesteś bezpłodna. Jesteś tylko pustym kwiatkiem takimi słowami nieznajoma kobieta bez skrupułów domagała się, żebym zrezygnowała z męża dla szczęścia jej dziecka z nieprawego łoża.
Nie wierzę! Wynoś się stąd! odpysknęłam nieproszonemu gościowi.
Artur kręcił się i zaprzeczał jak tylko mógł.
Przysięgnij, iż to nie twój syn! wiedziałam, iż Artur nie zaprzeczy własnemu dziecku.
W milczeniu przyznał mi rację. Zrozumiałam wszystko
Łucjo, nigdy nie widziałem cię wesołej. Coś się dzieje? zapytał mnie ordynator naszego szpitala, pan Tomasz Nowicki, którego zawsze uważałam za nieosiągalnego.
Wszystko w porządku zmieszałam się przed szefem.
To dobrze, gdy ktoś ma w życiu porządek. Wtedy wszystko jest piękne powiedział tajemniczo doktor Tomasz.
Był kiedyś żonaty, wychowywał córkę, rozstał się ponoć przez jej zdradę. Teraz żył sam, miał czterdzieści dwa lata. Niski, w okularach, z lekką łysiną może niepozorny, ale gdy stawał obok, czułam niesamowite pożądanie. Z niego emanował zapach wody po goleniu z nutą afrodyzjaku.
Nie dało się oprzeć czarowi pana Tomasza. Starałam się uciekać przed pokusą. Po tych słowach nie mogłam dojść do siebie. “To dobrze, kiedy ktoś ma w życiu porządek” takie proste słowa, a zajrzały mi w duszę. W moim życiu panował bałagan. Lata leciały, nie da się przecież powiedzieć: “Wciśnijcie pauzę, póki się ogarnę”.
Odeszłam więc od Artura do rodziców. Mama nie kryła zdziwienia:
Łucja, co się stało? Wyrzucił cię?
Nie. Wyjaśnię ci jeszcze, mamo wstydziłam się opowiedzieć jej, co przeżywałam przez te lata.
Później dzwoniła do mnie matka Artura, wyklinała mnie i wyzywała. Ale ja już byłam inna wyprostowałam się, oddychałam czystym powietrzem. Dziękuję, panie Tomaszu…
Artur wściekał się, groził, szukał mnie wszędzie. Nie wiedział, iż już nie ma nade mną żadnej władzy.
Arturze, nie trać na mnie czasu, zajmij się synem. On cię potrzebuje. Ja zamknęłam nasz rozdział. Żegnaj mówiłam spokojnie.
Wróciłam do siostry Małgosi, rodziców. Odnalazłam siebie, przestałam być czyjąś marionetką.
Przyjaciółka od razu zauważyła zmianę:
Łucja, nie poznaję cię! Rozpromieniałaś, wypiękniałaś, wyglądasz jak pannica!
A pan Tomasz poprosił mnie o rękę:
Łucja, pobierzmy się. Obiecuję, nie pożałujesz. Proszę jedno zwracaj się do mnie po imieniu, stanowiska zostawmy w pracy.
A ty mnie w ogóle kochasz, Tomku? pytam zdziwiona.
Ach, przepraszam, zapomniałem, iż kobiety potrzebują słów. Chyba cię kocham. Ale wierzę bardziej w czyny Tomasz ucałował moją dłoń.
Zgadzam się. Wierzę, iż nauczę się ciebie kochać cieszyłam się jak dziecko.
…Minęło dziesięć lat.
Tomasz codziennie okazywał mi prawdziwą miłość. Nie klękał, nie całował stóp, nie rzucał słów na wiatr jak Artur. Opiekował się mną, troszczył się i kochał. Był wspaniałomyślny i hojny. Nie mieliśmy wspólnych dzieci. Może faktycznie byłam “pustym kwiatkiem”. Ale Tomasz nie robił z tego problemu.
Łucja, znaczy, iż nam pisane tylko we dwoje żyć. Wystarczysz mi w zupełności powtarzał mąż, gdy tęskniłam za macierzyństwem.
Córka Tomasza podarowała nam wnuczkę, Zosię, którą pokochaliśmy jak własne dziecko.
A Artur? Zapił się na śmierć i odszedł z tego świata, nie mając choćby pięćdziesięciu lat. Jego matka, gdy spotyka mnie czasami na targu, patrzy na mnie z nienawiścią. Ale jej złość nie dosięga już mojego serca rozprasza się w powietrzu. Żal mi jej, ale tylko tyle.
A u nas z Tomkiem? Wszystko jest w porządku. Życie jest piękne.
Dziś, patrząc wstecz, wiem jedno: jeżeli sam nie zaprowadzisz porządku w swoim życiu, nikt tego za ciebie nie zrobi. Szczęście to często kwestia odwagi odzyskać siebie.














