Rodziców znałam jedynie z opowieści i kilku pożółkłych fotografii w domowym albumie. Mama odeszła przy moim porodzie, a tata nie potrafił znieść straty tak bardzo kochał żonę, iż patrzenie na mnie tylko go raniło, więc zupełnie się mnie zrzekł. To wtedy dziadek Stanisław przyszedł do szpitala i zabrał mnie do siebie, zostając moim jedynym opiekunem.
Dziadek nie mógł sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy; zatrudnił dla mnie opiekunkę, panią Krystynę, która troszczyła się o mnie, dopóki dziadek nie wrócił z zakładu energetycznego, w którym pracował od dekad. Gdy poszłam do przedszkola, zrobiło się nieco łatwiej. Lata mijały gwałtownie dorastałam w otoczeniu jego spokojnej troski. Nigdy się z nim nie sprzeczałam, choćby w okresie buntowniczej młodości. Zawsze szukaliśmy kompromisów, a on wspierał mnie w każdej sytuacji. Codziennie dziękowałam losowi, iż mam go przy sobie, bo choćby nie chcę myśleć, co by ze mną było, gdyby nie on.
Na co dzień starałam się okazywać wdzięczność pomagałam w domu, w kuchni, w ogrodzie, z zakupami i ze wszystkim, co mogło mu ulżyć. Z zapałem się uczyłam, a dziadek pękał z dumy, gdy brałam udział w olimpiadach przedmiotowych i zawodach sportowych, godnie reprezentując naszą szkołę w Gdańsku.
Dziadek zawsze potrafił mnie doradzić w ważnych momentach. Interesowałam się biologią, ale nie byłam pewna, jaki kierunek studiów wybrać, więc przedstawił mnie swojemu przyjacielowi, profesorowi Władysławowi cenionemu lekarzowi. Parę rozmów z nim wystarczyło, bym poczuła, iż to właśnie medycyna jest tym, czego szukam.
Cały czas studiów na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie żyłam nauką: czytałam, uczyłam się i robiłam praktyki w jednym z najlepszych szpitali w kraju. Zdarzały się chwile zwątpienia, wyczerpania, ale zawsze powtarzałam sobie, iż robię to dla nas dla mnie i dla dziadka. Ciężka praca się opłaciła: udało mi się zdobyć specjalizację z neurochirurgii!
Już niedługo po dyplomie odezwał się dyrektor renomowanej prywatnej kliniki i zaproponował mi stanowisko. Nie mogłam odrzucić takiej szansy. Zaczęły się długie dyżury i odpowiedzialność za życie pacjentów. Był to trudny czas, ale nie żałuję ani jednego dnia. Z każdej operacji wychodziłam zwycięsko. Po roku pracy zaczęłam prowadzić wykłady, bo choćby starsi lekarze byli ciekawi moich metod. Trzy lata później moje nazwisko znały już środowiska medyczne poza Polską, więc nikogo nie zdziwiło, iż zaproponowano mi pracę w jednym z czołowych szpitali w Stanach Zjednoczonych. Rozmawiałyśmy z dziadkiem godzinami, aż w końcu uznaliśmy, iż trzeba spróbować.
Przeprowadziliśmy się za ocean. Dla dziadka to była ciężka decyzja, długo próbował się tam odnaleźć, ale tęsknota za ojczyzną była silniejsza. Wrócił do Gdańska ja też bym pojechała z nim, gdyby nie to, iż tutaj odnalazłam miłość. Na jednym z moich wykładów poznałam Rafała, chirurga z sąsiedniej placówki. Najpierw po prostu się zaprzyjaźniliśmy, potem zaczęliśmy się spotykać, a w końcu zamieszkaliśmy razem.
Planujemy ślub koniecznie w Polsce, bo chcę, żeby to mój dziadek odprowadził mnie do ołtarza. Próbowałam przekonać go na kolejny wyjazd do Ameryki, ale definitywnie odmówił, powtarzając, iż nigdzie nie będzie mu tak dobrze, jak w swoim kraju i chce umrzeć oraz zostać pochowany w polskiej ziemi.
Pamiętam ten dzień, gdy z Rafałem i dziadkiem siedzieliśmy razem w salonie, rozgrywając kolejne partie Eurobiznesu, gdy zadzwonił mój ojciec. Zaczął rozmowę od gratulacji z okazji ślubu, ale nie miałam ochoty słuchać fałszywych uprzejmości, więc przerwałam mu i zapytałam wprost, po co dzwoni. Wtedy usłyszałam:
Chcę trochę pieniędzy, córeczko! Żyjesz teraz po królewsku. Znalazłaś bogatego faceta za granicą i kąpiesz się w złotówkach. No to czemu nie dasz trochę swojemu ojcu?
Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, rozłączyłam się i od razu zablokowałam jego numer.
Nigdy nie pojmę, skąd miał tyle śmiałości, by po tylu latach dzwonić i mówić o rodzinie, skoro dawno zrzekł się ojcostwa.
Mam dwóch członków rodziny, dla których zrobiłabym wszystko to mój dziadek i Rafał, a dla ojca nie mam już w sercu miejsca.











