Rodziców znałam jedynie z pożółkłych zdjęć w starym albumie, bo tak się złożyło, iż mama zmarła przy moim porodzie, a tata na wieść o tej tragedii uznał, iż świat bez ukochanej kobiety jest nie do zniesienia, a ja, niestety, byłam dla niego tylko bolesnym przypomnieniem. Machnął więc na mnie ręką szybciej, niż można powiedzieć krupnik na obiad. Na szczęście mój dziadek, pan Stanisław, nie należał do grona ludzi, którzy chowają głowę w piasek wziął mnie pod swoje skrzydła i został moim opiekunem.
Dziadek jednak nie mógł sobie pozwolić na emeryturę rachunki same się nie zapłacą, a ZUS jak zwykle robi swoje więc zatrudnił dla mnie panią Halinkę, która karmiła mnie pysznymi naleśnikami i pilnowała, żebym nie nabroiła do jego powrotu z pracy. Jak tylko poszłam do przedszkola, starszy pociągowy we mnie odetchnął z ulgą, ale i tak zawsze mieliśmy świetne relacje, bez kłótni czy trzaskania drzwiami niczym w telenoweli. Zawsze staraliśmy się szukać złotego środka, choćby wtedy, gdy byłam zbuntowaną nastolatką, która zamiast odrabiać lekcje, marzyła o koncertach. Całe życie byłam wdzięczna, iż mam przy sobie takiego dziadzia. choćby nie chcę wyobrażać sobie, co by ze mnie wyrosło bez niego.
Oczywiście swoją wdzięczność okazywałam głównie ucząc się jak trzeba i pomagając w domu. Dziadek pękał z dumy, opowiadając w kolejkach do kasy w Biedronce, iż wnuczka Zosia (tak mi dali na imię) to istny prymus – olimpiady, konkursy, zawody sportowe, czego dusza zapragnie.
Gdy przyszło do wyboru dalszej drogi, nakierował mnie w swoim sprytnym stylu. Biologia zawsze była dla mnie ciekawsza niż gotowanie zup, ale nie wiedziałam, w którą stronę pójść. Dziadek skontaktował mnie ze swoim kumplem, profesorem Leonem z Warszawy. Po rozmowie z nim wiedziałam już, iż medycyna to jest to, co moja polska dusza kocha najbardziej.
Na studiach zaszyłam się w książkach jak kret pod ziemią, a staż zaliczałam w jednym z renomowanych szpitali w Krakowie. Czasem bywało naprawdę pod górkę wiadomo, jak to w Polsce: sesja, brak snu i kawa zalewajka do śniadania ale w końcu dopięłam swego i zostałam neurochirurgiem!
Tuż po odebraniu dyplomu odezwał się do mnie dyrektor prywatnej kliniki w Gdańsku i zaproponował pracę. Przecież tylko ktoś bez piątej klepki by odmówił! Zaczęły się wtedy prawdziwe maratony operacji, a największą satysfakcję miałam z tego, iż żadna się nie nie powiodła. Po roku sama prowadziłam wykłady dla lekarzy z siwymi włosami. Trzy lata później nazwisko Zofia Malinowska znał już nie tylko personel szpitala, ale i specjaliści za granicą. Nie była więc dla nas niespodzianką propozycja wyjazdu do szpitala w Stanach Zjednoczonych. Po krótkim namyśle z dziadkiem stwierdziliśmy, iż warto spróbować.
Spakowaliśmy walizki i zamieszkaliśmy za Oceanem. Niestety, dziadek nie wytrzymał długo za bardzo tęsknił za schabowym, polskimi kabaretami i swoją działką w Legionowie, więc wrócił. Ja też pewnie bym się spakowała z powrotem, gdyby nie fakt, iż poznałam tutaj Miłosza. Wpadł mi w oko podczas mojego wykładu, sam był chirurgiem w innym szpitalu. Najpierw byliśmy po koleżeńsku, potem kawa, a potem to już wiadomo zamieszkaliśmy razem jak prawdziwa polska para na emigracji. Ślub chcieliśmy wziąć oczywiście w Polsce, bo marzyłam, by dziadek odprowadził mnie do ołtarza. Ale gdy próbowałam go namówić do powrotu, tylko machnął ręką i powiedział, iż swoje już przeżył i najlepiej czuje się tam, gdzie jego ulubione lipy i kapliczka na rogu.
W dzień, w którym Miłosz, dziadek i ja graliśmy w planszówki z babcinego strychu i przegryzaliśmy pierniki, zadzwonił mój ojciec… Rozpoczął rozmowę od gratulacji z okazji ślubu, ale wiedziałam, iż coś kombinuje, więc od razu zapytałam, co chce osiągnąć tą pogawędką.
Chcę pieniędzy, córeczko! wypalił bez cienia żenady. Żyjesz teraz jak księżniczka, znalazłaś sobie bogatego faceta gdzieś za oceanem i pławisz się w dolarach! To co ci szkodzi rzucić trochę własnemu ojcu?
Nie chciałam słuchać tego cyrku, więc rozłączyłam się i natychmiast zablokowałam numer.
Nie mogę pojąć, skąd miał tyle tupetu, by po latach milczenia zadzwonić i domagać się czegokolwiek, powołując się na więzy rodzinne po tym, jak mnie porzucił.
Dla mnie rodzina to dziadek Stanisław i Miłosz dla nich zrobię wszystko. A mój ojciec? Niech sobie radzi dla mnie jest nikim.











