1/72 Messerschimitt Me 262 A-1a – Arma Hobby

kfs-miniatures.com 1 godzina temu

1/72 Messerschimitt Me 262 A-1a

Arma Hobby – 70083

Kiedy Arma zapowiedziała wydanie Schwalbe to z jednej strony podniosły się głosy zachwytu, a z drugiej rozległ się zgrzyt zębów (znowu meserszmit!!!!). Trzeba jednak przyznać, iż Arma konsekwentnie realizuje swoje plany i raczej w pompce ma życzenia (a czasami wręcz żądania) współmodelarzy. Co – jak widać – wychodzi jej tylko na dobre, bo się rozwija i odnosi sukcesy na rynku.

Pomimo, tego, iż są już modele Me 262 w skali 1/72 od Revella i Airfixa (pozostałe lepiej zmilczeć) i oba nie są najgorsze, to po anonsie tegoż modelu od Arma Hobby wszyscy fanatycy Schwalbe ostrzyli sobie zęby. Wszak to Arma: do tej pory synonim modeli co najmniej bardzo dobrych, jak Hayate, Jak-1b, Hurricane, Wildcat, oraz tych wybitnych jak Hurricane w skali 1/48.

Czy tym razem Arma nie zawiodła? Zajrzyjmy do pudełka, ale najpierw je odwróćmy do góry dnem. Zobaczymy tutaj zapowiedź trzech malowań, które znajdziemy w instrukcji.

A w środku dostajemy dwie ramki z jasnoszarego tworzywa:

Jedną ramkę z polistyrenu przeźroczystego:

Stalowe kulki do obciążenia dziobu modelu:

Maski do oszklenia i kół:

Arkusz kalkomanii:

Instrukcję montażu i malowania:

Zacznę dość nietypowo od omówienia instrukcji do tego modelu. Po pierwsze dlatego, iż trochę różni się ona od poprzednich, a po drugie, bo pokazuje z jak skomplikowanym modelem mamy do czynienia (nie będę jednak robił zdjęć każdej stronie bo instrukcja do modelu; dostępna jest online na stronie Arma Hobby). Po pierwsze, w przeciwieństwie do poprzednich instrukcji, mamy tutaj znacznie mniej tekstu i opisów czynności, które trzeba wykonać dla tej czy innej wersji lub opcji. Jest o wiele jaśniej, bardziej przejrzyście i jakoś tak “czysto”. Po drugie, poszczególne kroki montażowe są ułożone chronologicznie i prowadzą po kolei po etapach budowy. A w poprzednich instrukcjach do modeli Army nie było to takie oczywiste.

Od pewnego już czasu Arma używa w instrukcji kolorów zbliżonych do oryginalnych, co bardzo pomaga w budowie i malowaniu detali. Zastosowała też interesujący trik, który poprawia czytelność: w danym kroku pokolorowany jest wyłącznie element, który mamy dokleić. Podzespół z poprzedniego kroku jest już czarno-białym rysunkiem. Dzięki temu wyraźnie widać, co mamy do zrobienia na danym etapie. Bardzo mi się to podoba.

Arma coraz śmielej eksploatuje pomysł z zaginaniem elementów. Zaczęło się od butli z tlenem w Jaku, a w Me 262 zgiąć do docelowej pozycji musimy pedały orczyka, ściany komór podwozia oraz siłowniki goleni. Ten patent bardzo skutecznie ogranicza ilość doklejanych elementów, a także pozwala na zachowanie geometrii.

W momentach, gdy umiejscowienie części może być problematyczne, z pomocą przychodzą rzuty izometryczne, które wskazują co z czym i gdzie ma się łączyć. To duże ułatwienie, szczególnie w budowie podwozia, które w Me 262 miało strasznie zagmatwaną konstrukcję.

Dość powiedzieć, iż przednie podwozie z przyległościami zajmuje cała stronę instrukcji.

Kolorem czerwonym zaznaczono miejsca gdzie trzeba się czegoś pozbyć lub coś zaszpachlować.

Trochę wycinania będzie, o ile chcemy zamontować sloty w pozycji zamkniętej. No ale sloty w pozycji otwartej to jedna z największych zalet tego modelu, bo w żadnej innej miniaturze w skali 1/72 tego nie znajdziemy.

Światła pozycyjne można pomalować odpowiednimi kolorami, albo wymienić na części transparentne.

Nie zapomniano również o schemacie montażu słynnego Arma Jig:

Zmiany w instrukcji odbieram bardzo na plus. Po jej przestudiowaniu widać, iż model do łatwych nie należy, ale broszura znacząco nam pomaga w uniknięciu błędów i drapania się po głowie w czasie budowy. A na ostatnich stronach dostajemy oczywiście malowania. Tym razem trzy: może nie jakieś spektakularne, ale interesujące i różnorodne. No ale też nie łatwe do wymalowania.

Zanim weźmiemy się za malowanie warto zapoznać się z artykułem Jakuba Plewki na blogu Arma Hobby, który wyjaśnia o co chodzi w tych zagmatwanych malowaniach z końca wojny.

Jak malowanie to i kalkomanie. Tutaj siurpryza: tym razem dostawcą kalkomanii nie jest polski Techmod, a włoski Cartograph. Jeden i drugi producent gwarantują najwyższą jakość, ale spójrzmy z bliska co znajdziemy na arkuszu:

A więc w Cartographie bez zmian: kolory nasycone, równomierne i bez rastra, drobne detale ostre, litery, choćby najmniejsze wyraźne i czytelne, brak przesunięć druku i rozmyć. Film satynowy, cienki i z minimalnym naddatkiem. Doskonale wygląda tablica z zegarami. Szkoda tylko, iż obok niej są pasy pilota, bo te widziałbym jednak wykonane w innym materiale.

Oprócz kalkomanii dostajemy też arkusik masek ciętych w papierze kabuki. Ich miniaturowy schemat rozmieszczenia jest na pierwszej stronie instrukcji, ale niestety brak czytelnej informacji jak je naklejać na owiewkę.

No to teraz kebab samo mięso, czyli części wtryskowe. Pierwsza uwaga jest taka (zresztą to nie tylko moje spostrzeżenie), iż Arma Hobby najpewniej zmieniła narzędziownię. Nie wiem, czy to prawda, ale wypraski wydają się inne w ogólnym odbiorze. Plus na wewnętrznych powierzchniach pojawiły się gargantuiczne ślady po wypychaczach. Po raz pierwszy takie widzę w modelach Army. Inne są też metki z numerami części i ramek. Hmmmm… śledztwo trwa.

Największe powierzchnie mają bardzo przyjemną fakturę. Są gładkie, bez wad, lekko satynowe. Linie podziałowe są cienkie i ostre, a powierzchnie sterowe odcięte są nieco grubszymi rowkami. Zaznaczono inspekcje, ale brak jest nitowania. Do tego Arma już nas przyzwyczaiła.

No i osobne sloty!

Wewnątrz kadłuba odtworzono wręgi. Ale generalnie wewnętrzne powierzchnie modelu – te których widać nie będzie – są wykończone na zasadzie co z oczu to z serca.

Nie zauważyłem w moim egzemplarzu żadnych wad jak zapadnięcia tworzywa, czy zniekształcenia. Mam natomiast poważne zastrzeżenie do imitacji wylotów działek w dziobie. Według mnie są po prostu za płytkie i nie wyglądają zbyt dobrze. Szczególnie te dolne.

Natomiast, na plus są zdecydowanie części do kokpitu i podwozia. Jest tego mnóstwo i większość doskonale odlana, bez przesunięć i kłopotliwych szwów łączenia formy. Na niektórych elementach, jak na przykład goleniach podwozia, w zasadzie w ogóle ich nie widać.

Podoba mi się “kanapkowy” sposób składania wanny kokpitu.

Osłony podwozia mają też detale od wewnętrznej strony.

Tablica z zegarami – jak zwykle w modelach Army – jest świetna i w połączeniu z wysokiej jakości kalkomanią powinna wyglądać rewelacyjnie.

Elementy, które mamy zaginać mają wyraźnie zaznaczone miejsca owego gięcia (od strony niewidocznej w gotowym modelu). Pomylić się tutaj nie można.

Bardzo ładne są rakiety oraz… bomby! A jak są bomby to znaczy, iż będą kolejne wersje Me 262.

Koła. No właśnie. Mamy dwa rodzaje kółka przedniego i oba wyglądają całkiem ładnie. Niestety nie mogę tego powiedzieć o kołach podwozia głównego. Pomimo tego, iż opony mają bieżnik (oby dobrze się zbiegł na łączeniu połówek kół) to felgi są bardzo przeciętnej urody. Tutaj chyba trzeba będzie poczekać na zamiennik.

Jedyne widoczne elementy silników we wlocie i wylocie są dosyć uproszczone, ale moim zdaniem wystarczające.

Na niektórych częściach, ale tylko niektórych, widać mikro-nadlewki. Nic trudnego do usunięcia, ale trzeba mieć się na baczności, bo pojawiają się wybiórczo na kilku elementach.

Na wewnętrznej stronie komory przedniego koła są choćby wypukłe nity, a na jej drugiej stronie miejsca na stalowe kulki do obciążenia.

Przechodząc do ramki z elementami przeźroczystymi. Po pierwsze jest ona duża, a to ze względu na Arma Jig, czyli stelaż, który pozycjonuje podwozie modelu oraz pomaga w malowaniu, a choćby transporcie gotowego modelu. Natomiast co do elementów owiewki i wiatrochronu, to są one odlane czysto, nieznacznie tylko zniekształcają obraz (ale przy takich obłościach to raczej nieuniknione) i są całkiem cienkie. Elementy, które będziemy malować są zmatowione, a na ramie oszklenia znajdziemy choćby imitację nitów. Dostajemy też szkło pancerne z mocowaniami. W zasadzie oszkleniu przydałaby się tylko lekka polerka i będzie cud miód i orzeszki.

Podsumowując: najnowsza produkcja Army to bardzo dobry model. Bez dwóch zdań. Starszych konkurentów na głowę bije poziomem i ilością detali. Szczególnie w kokpicie i komorach podwozia. Wykończenie powierzchni jest zdecydowanie lepsze niż np. w Hayabusie i mam wrażenie, iż nieznacznie lepsze niż w Curtissie. Zestaw ma dwie (według mnie) wady, czyli koła podwozia głównego i zbyt płytkie wyloty działek, ale w mojej ocenie są to rzeczy do poprawienia lub podmienienia. Model mi się podoba i na pewno go zrobię, bo to po prostu najlepszy w tej chwili Me 262 w skali 1/72 na rynku.

P.S.: nie oceniałem drukowanego kokpitu, który był możliwy do kupienia z modelem w preorderze, gdyż nie jest to integralna część tego zestawu, a dodatek, który można, ale nie trzeba wykorzystać. Po samodzielnym wydrukowaniu, bo zwyczajowo w instrukcji znajdziemy link prowadzący do udostępnionego przez Armę pliku.

Radek “Panzer” Rzeszotarski

P.S. 2: o ile podoba Ci się to co robię na KFS-miniatures możesz kupić mi kawę na

Zestaw przekazany do recenzji przez Arma Hobby

Idź do oryginalnego materiału