W dniu 19.12.2026 odbyła się kolejna sesja Rady Powiatu Lwóweckiego – budżetowa. Formalnie jest to najważniejsza sesja w roku. Powinna być czasem odważnych planów, śmiałych koncepcji i impulsem dla rozwoju lokalnej wspólnoty. Tym razem ugrzęzła w skrupulatnym pilnowaniu procedury ( a i w tym były potknięcia ) i w przyklepaniu tego, co sobie koalicja trzymająca władzę i kontrolę postanowiła. A koalicja SLD-PSL-PO postanowiła trwać.
Obrady rozpoczęły się od zapowiedzi, która – choć techniczna – brzmiała jak metafora całego dalszego przebiegu obrad. O godzinie 11.00 miały zawyć syreny alarmowe. Ćwiczebnie. Ot, sprawdzenie systemu. Uprzedzono, aby się nie niepokoić.
Trzy autopoprawki zgłoszone przez Panią starostę – do budżetu 2025, budżetu 2026 oraz WPF – zostały przyjęte. Wyniki głosowań różniły się detalami, ale sens był jeden: zarząd ma większość, a większość wie, co robi.
Budżet, jak usłyszeliśmy później, jest zrównoważony, bez deficytu, realistyczny i odpowiedzialny.Słowa te padały spokojnie, z przekonaniem, niemal kojąco. Pani starosta, wprowadzając projekt budżetu na rok 2026, mówiła o „kontynuacji” i „otwarciu na wyzwania”. Wspomniała o geopolityce, która – jak nowy, nieproszony gracz – zaczyna determinować także lokalne finanse. Budżet będzie nie tylko bilansować liczby, ale również amortyzować niepewność.
Pani skarbnik przedstawiła liczby z precyzją, której nie sposób odmówić kompetencji. Dochody: ponad 116 mln zł. Wydatki: niemal tyle samo. Nadwyżka: symboliczna, ale przecież na plusie. Zadłużenie: malejące. Obsługa długu: najniższa od lat. Regionalna Izba Obrachunkowa: opinia pozytywna, choć z technicznymi uwagami – natychmiast ujętymi w autopoprawkach. Wszystko się zgadzało. Budżet „spinał się” idealnie. Słuchając tego kojącego sprawozdania prawie zapominało się o problemach inwestorów z nadzorem budowlanym, o wynikach matur w naszych szkołach, o wyludnianiu się powiatu, o tym, iż najbiedniejsza gmina w Polsce jest na terenie naszego powiatu, o wykluczeniu komunikacyjnym mieszkańców. Na szczęście nie wszyscy zasnęli.
Radna Pani Krystyna Piotrowicz, wspólnie z Panem Piotrem Czembrowskim, zaproponowali coś, co w samorządzie bywa niewygodne: spojrzenie na budżet okiem laika. Bez rozdziałów. Bez paragrafów. Bez magicznych przesunięć między działami.
Ich tezy były proste, ale niepokojące. Dochody własne powiatu są w dużej mierze „znaczone” – przypisane do konkretnych zadań ustawowych, co dramatycznie ogranicza realną swobodę decyzyjną rady. Udział w CIT jest zaskakująco niski, co rodzi pytania o kondycję lokalnej przedsiębiorczości i skuteczność polityki gospodarczej. Powiat finansuje inwestycje majątkowe w ogromnej części z własnych środków, podczas gdy dochody majątkowe (np. ze sprzedaży mienia) są symboliczne. Krytyka chłodna, tabelaryczna, niemal księgowa – a przez to trudniejsza do zignorowania. Słuchając tego – zadałem sobie sobie pytanie. Do czego potrzebny jest starosta, do czego potrzebny jest powiat lwówecki, do czego potrzebne są w ogóle powiaty?
Radny Pan Roman Kulczycki konsekwentnie wracał do tego, co namacalne: chodników, dróg, murów oporowych. Jego wnioski do budżetu – choć formalnie odłożone „do czasu rozdysponowania nadwyżki” – niosły wyraźny przekaz: bezpieczeństwo i dostępność nie mogą być wiecznie przesuwane na później.Wyraził obawy, iż budżet nie odpowiada wprost na najbardziej oczywiste potrzeby mieszkańców. Że stabilność finansowa staje się celem samym w sobie, a nie narzędziem. Że mamy stagnację.
Wydatki na edukację stanowią największą pozycję w budżecie. Dyskusji o tym nie było, choć powiat zachowuje realny wpływ na tę sferę, niestety niekorzystny. Wydaje się, iż bezrefleksyjnie w naszym powiecie wdrażane są w szkołach trzy antypedagogiczne zasady, przed którymi przestrzegał Jonathan Haidt w książce z 2018 The Coddling of the American Mind. Po pierwsze edukacja zamiast wzmacniać odporność psychiczną młodych ludzi, uczy ich unikania dyskomfortu, chroni przed stresem, zamiast przygotowywać do życia. Przykładów będzie aż nadto. Przypomnę usunięcie dzwonków “bo stresują”,przypomnę wypowiedzi pedagogów, iż “robimy wszystko, aby młodzież lubiła chodzić do naszych szkół”. Odwrócona została stara zasada mówiąca, iż co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Po drugie lewicowa edukacja zachęca do tego, aby uczeń ufał swoim intuicjom i uczuciom. Jest to odejście od klasycznej zasady wzywającej ucznia do zastanawiania się, rozważania spraw i właśnie nieufania własnym emocjom, bo są one złym kompasem moralnym.
Po trzecie edukacja wpaja młodzieży kłamstwo, iż świat dzieli się na ludzi złych i dobrych. jeżeli np.popieram Owsiaka, to jestem dobry i nie muszę już pracować nad własnym charakterem. Oczywiście buduje to sposób myślenia plemienny, prowadzący do demonizowania przeciwników. Odczułem to na własnej skórze, gdy pod moim domem nauczycielki z uczniami wykrzykiwały wulgaryzmy przekonane, iż zakaz zabijania nienarodzonych dzieci z niepełnosprawnością narusza ich wolność.
Nie ukrywam, iż do tych dygresji o oświacie sprowokowały mnie dwie niedawne okoliczności. Po pierwsze lektura autobiografii słynnego polskiego pianisty żydowskiego pochodzenia Artura Rubinsteina, w której wspomina on, iż jako kilkunastolatek spotykał się z rówieśnikami, aby “bawić się” odczytywaniem z podziałem na role greckich tragedii, a potem dramatów Szekspira. Wchodził w dorosłość zaznajomiony z kanonem kulturalnym Europy ucząc się myślenia przez wielkie pytania, a nie uproszczone odpowiedzi.
Po drugie rozmowa ze studentem medycyny z Korei Południowej. Stwierdził on, iż polska młodzież jest szczęśliwa. Na moje zdziwienie odpowiedział. Przez całą szkołę podstawową i liceum chodziłem rano do obowiązkowej szkoły państwowej,a po krótkim posiłku do jednej z licznych szkół prywatnych, aby wzmocnić edukację. W klasie maturalnej w każdy piątek przed wolną sobotą zajęcia trwały do późna. Rząd koreański zabronił przedłużać uczniom naukę poza godzinę 22.30 i do prywatnych szkół wpadały czasem nocne kontrole. Dlatego przed tą godziną wygaszano światła, zasuwano żaluzje, zamykano klasy od środka, młodzież w ciszy przeczekiwała kontrolę, a następnie kontynuowano naukę do 7 rano. Kto zasypiał i spadał z krzesła był przez nauczyciela karcony, iż do niczego w życiu nie dojdzie. Daleki jestem od polecania takich praktyk, ale warto przynajmniej kłaść nacisk na to, iż wysiłek nie jest traumą, tylko obowiązkiem. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż w globalnym indeksie innowacyjności Korea jest na 5. miejscu, a Polska na 40.
Na tym tle lokalny budżet oświatowy – choć liczbowo imponujący – rodzi pytanie: czy inwestujemy w odporność intelektualną, czy tylko w administrowanie systemem?
Pan przewodniczący prowadził sesję sprawnie, spokojnie, bez nerwowości. Widocznie to trochę zirytowało członków zarządu, którzy zapragnęli sobie trochę poszumieć politycznie. Fatalnie spudłowali.
Najpierw Pani starosta wykorzystała temat budżetu, aby pochwalić działania rządu PO-SLD-PSL który zmienił sposób finansowania samorządów. Mniej subwencji, więcej udziału w podatkach. Stwierdziła, iż nowe rozwiązanie mobilizuje do uniezależnienia od państwa. O sancta simplicitas! ( o święta naiwności). Zmiana została przeprowadzona na skutek lobbingu metropolii i wielkich miast, które straciły część swoich astronomicznych dochodów na skutek podatkowych rozwiązań Polskiego Ładu (przypominam, rząd Prawa i Sprawiedliwości obniżył obywatelom podatki zostawiając w ich kieszeniach więcej pieniędzy, również w kieszeni Pani starosty). Obecna zmiana jest realizacją nieskrywanego projektu Platformy Obywatelskiej, aby degradować Polskę lokalną na rzecz wzmacniania wielkich miast, w których jest elektorat Platformy i jej samorządowcy. Myślę, iż niedługo Pani starosta o nowych rozwiązaniach będzie nucić piosenkę : tak mi dobrze, iż dobrze mi tak.
Następnie Pan wicestarosta postanowił skrytykować działania rządu Prawa i Sprawiedliwości utyskując, iż trzeba spłacać zobowiązania inwestycji z Polskiego Ładu, a teraz są potrzeby choćby na zbrojenia, czy na służbę zdrowia. Znowu pojawiła się fraza “czeki i pokazówki” sugerująca, iż pieniądze nie zostały przekazane. Takie zarzuty śmieszą ze strony formacji, która reaguje agresją na każdą próbę przypomnienia obietnic składanych w kampanii wyborczej. Już memiczne stało się powiedzenie, iż 100 konkretów to było 100 przenośni. Nie zabrakło też rytualnej pochwały wykorzystania środków z KPO. Ba padło choćby groźne pytanie: Kto przetrzymywał środki z KPO? No cóż, ja znam odpowiedź na to pytanie i z góry uprzedzam: nie da się udowodnić, iż to rząd Prawa i Sprawiedliwości przetrzymywał środki z KPO. Rząd Prawa i Sprawiedliwości wspierał inwestycjami społeczność lokalną obolałą po epidemii COVID. Przypominam – rząd PiS przeznaczał na wyjątkowo dogodnych warunkach pieniądze na inwestycje wybrane przez samorządowców, w naszym terenie głównie przez samorządowców z partii opozycyjnych. To oni i nikt inny decydowali na co przeznaczą pieniądze. Mało tego. Odnieśli z tego korzyść polityczną, bo w wyborach ogłaszali jacy to nie są skuteczni w pozyskiwaniu środków. Niestety inaczej przedstawia się sprawa ze środkami z KPO, na co zwrócił uwagę Pan Roman Kulczycki.Też są kredytem do spłacenia (jak każde środki na inwestycje), ale trafiają na przedziwne projekty o czym słyszymy w ogólnopolskich mediach. Podawano przykłady jachtów, solarium w pizzerii, sauny w lokalach gastronomicznych, platformy do nauki gry w brydża, czy zakupu ekspresów do kawy. W naszym powiecie przy hotelu są budowane dwa domki ekskluzywne, turystyczne, za dotację z KPO za ponad 400 tysięcy złotych.
Klub Prawa i Sprawiedliwości głosował przeciw uchwale budżetowej.
Syreny alarmowe zawyły punktualnie. Nikt nie przerwał obrad. Nikt się nie zaniepokoił. Wszystko pod kontrolą.






