Anna nigdy nie ufała swojemu mężowi

twojacena.pl 7 godzin temu

Pamiętam, iż od zawsze nie ufałam swojemu mężowi, więc musiałam polegać wyłącznie na sobie. Tak ukształtowało się nasze małżeńskie życie.

Mój mąż, Wiktor, był przystojny niczym kwiat maku i zawsze wyróżniał się jako dusza towarzystwa. Pił umiar, nie palił, nie pędził na piłkę, wędkarstwo ani polowanie. Mówiło się o nim: Chłopak choćby do pałacu. Dzięki tym zaletom Wiktor znajdował ukojenie poza czterema ścianami domu takich mężczyzn nie znajdziesz przy ogniu w środku dnia. A łowczynie i tak same pojawią się.

Jedyną rzeczą, która nieco uspokajała mnie w niepokojach, było to, iż mąż darzył naszym synkiem, Stefaniem, bezgraniczną miłością. Wiktor poświęcał mu cały wolny czas, więc wydawało mi się, iż ta ojcowska czułość wystarczy, by utrzymać rodzinę.

W szkole drwili ze mnie Jadąśka za ognistorude włosy i piegi rozrzucone po twarzy. Moja matka, piękna jak z obrazka, od najmłodszych lat wpoiła mi: Jadąśko, jesteś jak brzydki kaczek. Przepraszam, iż tak mówę, ale prawda musi wyjść na jaw. Nikt nie wybrze cię za mąż, więc będziesz musiała polegać tylko na sobie. Ucz się pilnie, po szkole ruszaj w karierę, a jeżeli któryś chłopak się pojawi, bądź mu posłuszną żoną. Te słowa zapamiętałam na całe życie.

Po skończeniu szkoły z złotym medalem wstąpiłam na uniwersytet, gdzie poznałam przyszłego męża. Nie rozumiałam, co przyciągnęło mnie do tak pożądanego młodzieńca. Wiktor wyznał później, iż byłem jedyną dziewczyną, do której odważył się podejść. Nie używałam makijażu, nie starałam się przyciągać mężczyzn, ubierałam się skromnie. Gdy zorientowałam się, iż Wiktor naprawdę się mną interesuje, postanowiłam przejąć inicjatywę i zaproponować mu małżeństwo. Młody człowiek najpierw był zaskoczony moim niecodziennym gestem, ale obiecałam być cichą, pokorną i wierną żoną, zapewniając: Miłość przyjdzie z czasem. Po namyśle zgodził się, a matka Wiktora, Wiktoria Oleśnicka, najpierw spojrzała na mnie nieprzychylnie, krytykując moje piegi i rude włosy, ale w końcu przyjęła mnie przy herbacie i uznała, iż będę wierną żoną swojego syna.

Wiktoria była kobietą samotną: jej mąż dawno ją opuścił, a po roku powrócił wyczerpany i odrzucony przez rodzinę. Całe życie zadawała sobie pytanie, czy nie powinna wybaczyć zdrady. Ostatecznie poparła wybór syna, wiedząc, iż Jadąśka przyjdzie po Wiktora wszelkimi drogami, choćby po wyboistych szlakach.

Rok po ślubie urodził się nasz syn, Staszek kopia pięknego ojca. Wiktor kochał go ponad wszystko, a w jego oczach syn stał się sensem życia. Jednak miłość do żony nie rozwinęła się. Ja też nie zakochałam się w nim namiętnie; nasze codzienne życie było spokojne, rutynowe: prasowałam i gotowałam, całowałam go na dobranoc, a on oddawał mi całą pensję, kwiaty i pocałunki na poranek. To raczej rytuał niż prawdziwe uczucie. Po pięciu latach Wiktor odnalazł to, czego szukał nie w naszej rodzinie, ale w kobiecie o nieziemskim pięknie, Bożenie. Ich romans trwał pół roku, spotykali się w kawiarniach, na ławkach i w mieszkaniach przyjaciół. Wiktor coraz częściej kłamał przed mną, a Staszek widział ojca bardziej zirytowanego niż kochającego. Bożena postawiła ultimatum: albo żenię się ze mną, albo zostaniemy przyjaciółmi. Wiktor nie mógł się zdecydować nie chciał stracić Bożeny, ale syn był dla niego równie cenny. W końcu, gdy Staszek miał pięć lat, Wiktor spakował rzeczy i opuścił dom.

Zaczęłam przywoływać matczyną naukę. Kiedyś jej słowa raniły mnie i chciałam umierać, a teraz rozumiałam, iż przetrwam odejście męża bez dramatów, nie skaczę z mostu i nie płaczę w trzech strumieniach matczyna szczepionka przeciw życiowym trudnościom działała.

Historia zostawiła we mnie kawałek serca, który zsunął się w najgłębszą otchłań. Szczęście jest niczym wolny ptak przyjdzie, gdzie chce. Musiałam wypić do końca kielich odrzuconej żony. Na pożegnanie rzekłam Wiktorowi: Gdy się zastanowisz, drzwi są zawsze otwarte, ale nie zwlekaj. Staszek cię kocha, nie marnuj go.

Wiktor krążył pół roku między synem a Bożeną. Ja chroniłam szczoteczkę po jego zębach, stojącą w oddzielnym kubeczku w łazience. Gdy Wiktor przychodził umyć ręce, szczoteczka patrzyła na niego jak wyśmiewający go przyjaciel. Raz włożył ją do kieszeni, by wyrzucić, a przy kolejnym powrocie znalazł nową w tym samym miejscu. Na kuchni czekała jego ulubiona filiżanka kawy, a w korytarzu porzucone kapcie czekały na właściciela. Te małe domowe detale drapały jego duszę. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego odszedł, bo niewidzialna siła wciągała go do Bożeny. Pytania o sens, o ból bliskich, niegdyś mu towarzyszyły, ale nie znalazł odpowiedzi.

Gdybyś chciała, mogłaś zatrzymać go przy drzwiach, przekląć kochankę i samego Wiktora, ale Jadąśka milczała i przy każdej jego nieobecności, po zabawie ze Staszkiem, mówiła spokojnie: Wracaj, Wiktorze, nie zapominaj o nas.

Do Bożeny Wiktor wracał wyczerpany; jej nie podobała się stała walka wokół Stasia. Ostrzegała go: Odejdę, jeżeli będziesz dbał o syna bardziej niż o mnie. Tak trwało latami.

Przyjaciółki szepczały: Boże, poślub się już! Co czekasz? Ojciec Stasia potrzebny jest nie tylko w święta, ale i co dzień! Jesteś jeszcze młoda, zapomnij o Wiktorze! ale Jadąśka słuchała, wzdychała i milczała. Z czasem przestały ją namawiać; wszyscy przyzwyczaili się, iż jest sama. Czas płynął nieubłaganie.

Wiktor przestał odwiedzać Stasia. Teraz spotykali się na neutralnym gruncie; Stas skończył szkołę. Po dwunastu latach od odejścia Wiktora Jadąśka postanowiła zamknąć ten rozdział i nie czekała już na niego. Mimo swej siły, mogła jeszcze urodzić drugie dziecko, ale los miał inny plan wyjechała na słoneczne wybrzeże, tam przeżyła krótką, beztroską przygodę, niczym flirt przy plażowym leżaku.

Dziewięć miesięcy później Stasowi przyszła na świat siostra, Małgosia. Przyjaciółki były zaskoczone jej zdecydowaniem; stały przed szpitalem, czekając na noworodka. Młoda matka, zmęczona, ale szczęśliwa, trzymała w rękach paczuszkę ozdobioną różowymi wstążkami i zawołała: Cześć dziewczyny! Kochajcie i szanujcie moją Małgosię!. Jedna z nich zapytała o patronimikum, a Małgosia odpowiedziała z uśmiechem: Do patronimika trzeba dorosnąć!. Nic nie zakłóciło euforii Jadąśki; jej życie stało się poświęcone wychowaniu Małgosi.

Stas był pierwszym i niezastąpionym pomocnikiem, uwielbiał siostrzenicę. Nie zadawał mamie pytań o ojca Małgosi, bo najważniejsze było jej szczęście. Gdy Małgosię posłano do przedszkola, trzyletnia, tam dzieci rozświetliły jej świat, pokazując, iż oprócz mam istnieją także tata.

Małgosia zaczęła z zapałem nazywać Stasia swoim tatą było to jednocześnie zabawne i gorzkie.

Pewnego wieczoru w mieszkaniu Jadąśki rozległ się niepewny dzwonek. Małgosia pobiegła do drzwi i wykrzyknęła: To mój tata!. Jadąśka zajrzała w wizjer i zobaczyła Wiktora. Otworzyła drzwi szeroko.

Czy mogę wejść, Aniu? zapytał niepewnie przybyły gość.

Wejdź, jeżeli przyszedłeś odpowiedziała, nie ukrywając zdziwienia.

Wiktor położył dwie przepełnione torby i zdjął plecak. Małgosia rzuciła się w ramiona nieznanego wujka:

Mamo, to mój tata, prawda?

Jadąśka, ze łzami w oczach, przytaknęła:

Tak, Małgosiu, to twój tata.

Wiktor wziął dziewczynkę na ręce, pocałował jej piegowy nos i pogłaskał złote loki: Cześć, mój rudełko!. Potem położył się przy ręce Jadąśki i gorąco ją pocałował.

Dziękuję ci, Aniu, z całego serca. Czy wybaczysz? błagał, próbując uklęknąć.

Jadąśka delikatnie, ale stanowczo chwyciła go za łokieć, nie pozwalając mu opaść:

Witaj, mój gorzki miodzie! Odszedłeś na siedemnaście lat, ale nie ma żalu. Kto wspomina przeszłość, nie zmieni teraźniejszości. Potrzebujemy ojca.

Stas patrzył zdumiony, szeroko otwartymi oczami.

Kilka tygodni później, po uspokojeniu się, zadzwoniłam do ciekawskiej przyjaciółki i powiedziałam: Chcesz znać patronimikum mojej córki? To Wiktorowa Maria Wiktorowa! Bez dyskusji!.

Idź do oryginalnego materiału