Anna Nowak siedziała samotnie na ławce w szpitalnym parku i cicho płakała. Siedemdziesiąte urodziny powinien to być dzień radości, a ona choćby nie usłyszała życzeń od syna czy córki. Jedynie współlokatorka z sali, pani Jadwiga Pawlik, podeszła z uśmiechem, złożyła życzenia i wręczyła drobny upominek. Salowa Basia poczęstowała ją jabłkiem, rzucając, iż to na urodziny. Sam ośrodek był porządny, czysty, ale większości personelu i tak nie interesował los pacjentów.
Wszyscy wiedzieli, iż tutaj trafiają ci, o których dzieci już nie chcą dbać bo stali się ciężarem. Tomasz, syn Anny, też tak powiedział: Odpoczniesz, podreperujesz zdrowie. W rzeczywistości po prostu przeszkadzała synowej.
To przecież jej była kawalerka ta wymarzona, na którą z mężem tak ciężko pracowali. Gdy syn poprosił, by przepisali mieszkanie na niego, obiecywał, iż nic się nie zmieni. Miała mieszkać jak dotąd, tylko oni wprowadzą się razem z nią. gwałtownie jednak życie zamieniło się w codzienny konflikt. Synowa ciągle się czepiała: a to źle ugotowane, a to zostawione plamy w łazience Tomasz początkowo próbował bronić matki, ale potem sam podnosił głos. Ciągłe szepty, rozmowy ucichające, gdy tylko Anna wchodziła do pokoju…
Aż pewnego ranka syn zaczął rozmowę, iż mama powinna pojechać do sanatorium, iż odpocznie, iż o nią zadbają. Patrzyła mu wtedy prosto w oczy i z bólem spytała:
Oddajesz mnie do domu starców, synku?
Speszył się, zaczerwienił, nie patrzył jej w oczy:
Co ty, mamo, to po prostu taki ośrodek. Tylko na miesiąc, a potem wracasz.
Zawiózł ją, gwałtownie podpisał papiery i niemal wbiegł do samochodu, rzucając na odchodne, iż niedługo przyjedzie. Pojawił się tylko raz przywiózł dwa jabłka i dwie pomarańcze. Chwilę porozmawiał, ale choćby nie wysłuchał jej do końca, kiedy opowiadała, jak się czuje. niedługo minęły dwa lata.
Po miesiącu oczekiwania zadzwoniła na swój stary numer do mieszkania. Odebrała obca kobieta syn już dawno sprzedał mieszkanie i słuch o nim zaginął. Przepłakała wtedy kilka nocy, ale wiedziała, iż łzy nic tu nie zmienią. Najbardziej bolało ją to, iż kiedyś zraniła córkę, wybierając szczęście syna ponad wszystko.
Anna urodziła się na wsi pod Piotrkowem. Tam wyszła za mąż za kolegę z podstawówki, Piotra. Mieli własny dom, trochę pola, kilka kur i świnkę. Nie było luksusów, ale nie cierpieli głodu. Pewnego lata pojawił się u sąsiadów ich kuzyn z Łodzi i opowiadał Piotrowi, jak to w mieście żyje się wygodnie, iż pracy nie brakuje i mieszkania rozdają od ręki.
Namówił Annę, sprzedali wszystko, ruszyli do Łodzi. Pierwszy rok to rzeczywiście był skok do przodu: własna kawalerka, nowa meblościanka, choćby maluch, którym Piotr dojeżdżał do pracy. Ale los bywa przewrotny pewnego dnia Piotr miał wypadek. gwałtownie zmarł w szpitalu. Anna została sama z dwójką małych dzieci.
Brała każdą pracę: zmywała klatki, pomagała przy remontach. Marzyła, iż dzieci kiedyś jej pomogą. Los jednak postanowił inaczej. Syn popadł w kłopoty, Anna musiała się zadłużyć, by go wyciągnąć z opresji długo potem spłacała pożyczki.
Córka, Malwina, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Powodziło się nieźle, dopóki synek nie zachorował. Długie miesiące jeździła z nim od lekarza do lekarza, w końcu trafili na specjalistę w Warszawie. Przez ten czas mąż odszedł, zostawił im mieszkanie i poszedł w swoją stronę. Malwina w szpitalu poznała wdowca z córeczką z taką samą chorobą zamieszkali razem. Po paru latach i jemu pogorszyło się zdrowie. Potrzebowali pieniędzy na operację. Anna miała wtedy niewielkie oszczędności, które planowała przekazać synowi na wkład własny do nowego mieszkania.
Gdy Malwina poprosiła o pomoc, Anna nie chciała wydawać pieniędzy na obcego, mając w głowie dobro swojego syna. Odmówiła córce. Malwina bardzo się wtedy obraziła. Powiedziała na odchodne, iż Anna przestaje być dla niej matką i żeby nie liczyła na wsparcie, gdy kiedyś sama będzie w potrzebie.
Od tamtej pory minęło już ponad dwadzieścia lat milczenia.
Życie potoczyło się dalej. Malwina poradziła sobie uratowała męża, razem z dziećmi przenieśli się nad Bałtyk, gdzie do dziś mieszkają. Anna wielokrotnie żałowała swojej decyzji, ale przeszłości już naprawić nie można.
Wstała powoli z ławki. Słońce zachodziło za szpitalnym budynkiem, kiedy usłyszała cichy, łamiący się głos:
Mamo!
Serce zadrżało. Odwróciła się. Stała tam Malwina. Nogi się pod nią ugięły, ale córka zdążyła ją wesprzeć.
Szukałam Cię tyle czasu Tomasz nie chciał podać adresu. Musiałam mu zagrozić sprawą w sądzie za bezprawną sprzedaż mieszkania wtedy zmiękł.
Usiadły na kanapie w holu.
Przepraszam, mamo, iż się nie odzywałam. Najpierw byłam zła, potem wstyd nie pozwalał mi zadzwonić. A tydzień temu mi się przyśniłaś chodziłaś sama po lesie i płakałaś. Kiedy się obudziłam, serce mi pękało. Opowiedziałam mężowi. Powiedział: jedź, odnajdź mamę, pogódźcie się. Pojechałam pod dawny adres zupełnie obcy ludzie. Szukałam adresu Tomasza, aż wreszcie znalazłam tutaj.
Pakuj się, zabieram cię do siebie. Wiesz, jaki mamy dom nad morzem? Duży, gościnny, pełen śmiechu dzieci. Mąż mi tylko powtórzył jeżeli mamie źle, przywieź ją do nas.
Anna wtuliła się w córkę i znów zapłakała tym razem pierwszy raz od lat ze szczęścia.
Czcij ojca swego i matkę swoją, aby ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi, którą daje ci Pan, Twój Bóg.













