Beata z Wrocławia zakochała się w nauczycielu angielskiego z Gwinei – gdy zaszła w ciążę, jej rodzina była wstrząśnięta, nie akceptując związku z „kimś, kto według nich niedługo zniknie”. Mimo odrzucenia i wyjazdu partnera do Afryki, Beata walczy o swoją rodzinę, mierząc się z klimatem Gwinei i brakiem akceptacji bliskich w Polsce. Teraz, z dwójką córek, planują nowy start w Kanadzie, marząc o życzliwszym otoczeniu.

newskey24.com 21 godzin temu

Gdy Małgorzata dowiedziała się, iż nosi pod sercem dziecko, na chybotliwym stole w jadalni samoistnie stuknęły talerze. Rodzina z Gdańska zasztywniała jak lód na Motławie. Nie mogli się pogodzić z tym, iż ich córka związała się z kimś, kto według ich sennych przeczuć miał lada moment rozpłynąć się w porannej mgle nad Bałtykiem.

Małgorzata, dziewczyna o włosach koloru starej miedzi i oczach jak piasek na Helu, całe życie mieszkała w wysokim bloku na Żabiance. Jej matka, Janina, i ojczym Stanisław zawsze byli niczym dwoje ciepłych kotów przy piecu. W domu pachniało herbatą malinową i pieczonym podpiwkiem, a Małgorzata była pewna, iż nigdy nie braknie jej wsparcia rodziny. Szkołę skończyła ze świadectwem ozdobionym pieczątką niczym medalem, ale studia stały pod znakiem zapytania jej język angielski był równie nieuchwytny, jak bursztyn wyrzucony przez falę.

Postanowiła więc znaleźć korepetytora, który wprawi ją w mowę Szekspira. Wybrała Mateusza, młodego Polaka z Łodzi, który zdobył magisterkę filologii za parę tysięcy złotych, a teraz przyjeżdżał do Gdańska niebieskim polonezem. Lekcje z początku przypominały grzebanie w lodowatym Bałtyku szło opornie. Jednak z biegiem miesięcy ich rozmowy stały się ciepłe, jak sierpniowe popołudnie na Jarmarku Dominikańskim. niedługo nie wyobrażali sobie być osobno, jakby choćby sny splatały im się w jedno.

Gdy Małgorzata odkryła, iż w jej brzuchu fruwa motyl ich dziecko rodzina oszalała z niepokoju. Lękali się, iż Mateusz zniknie, zostawi ją wśród sennych ruin gdańskich kamienic, a ich wnuczka będzie niczym ulepiona z innej gliny. W wyobraźni widzieli Małgorzatę samotną, próbującą kołysać niemowlę na tle zachmurzonego morza.

Po uzyskaniu dyplomu Mateusz nagle znikł z codzienności wyjechał służbowo do Poznania i zadzwonił tylko czasem, gdy śnieg przykrywał trójmiejskie tramwaje. Jednak wciąż rozmawiali przez kamerę i codziennie przesyłali sobie sny każdy z innego miasta. Gdy córka Małgorzaty pojawiła się na świecie, rzeczywistość kłuła jak ostre bursztyny rodzina nie mogła pogodzić się z tym cudem, więc Małgorzata wyjechała z córką do Krakowa, szukając nowego oddechu.

Tam jej życie stało się zawiłe jak krakowskie uliczki. Zimne kamienice nie chciały ich przyjąć, a klimat południa ciążył jak senna mgła. Po czasie wrócili z powrotem na północ, gdzie Małgorzata urodziła drugą córkę tym razem śniła, iż dziecko przynosi jej wianki z rumianku. Ród wciąż unikał ich jak czarnej cieni nad Motławą, a Małgorzata nie zamierzała dzielić się losem i opuszczać Mateusza tylko po to, by zjednać sobie rodzinę.

Zawsze, kiedy zasypiała na skrzypiącej wersalce, przychodził do niej sen: ona, Mateusz i dzieci wędrują przez śnieżne ulice Toronto, gdzie na każdym rogu pachnie kawą, a ludzie uśmiechają się do nich jakby znały polski pacierz. Tam czekał na nich świat, w którym nikt nie pytał o nic prócz imion.

Idź do oryginalnego materiału