Bywa i tak…

twojacena.pl 8 godzin temu

Czasem tak się zdarza

Maksymilka rodzice wyczekiwali bardzo długo. Jednak ciąża okazała się trudna, a synek przyszedł na świat przedwcześnie. Leżał w inkubatorze. Wiele narządów rozwijało się zbyt wolno. Wentylacja mechaniczna. Dwie operacje. Odwarstwienie siatkówki.

Dwa razy pozwolono żegnać się z nim. Ale Maksymilek przetrwał.

Dość gwałtownie okazało się jednak, iż niemal nie widzi i prawie nie słyszy. Rozwój fizyczny stopniowo się poprawiał Maksymilek usiadł, sięgnął po zabawkę, później zaczął sam wstawać przy meblach. Ale rozwój umysłowy zupełnie się nie pojawiał.

Rodzice na początku wierzyli walczyli razem, potem ojciec jakoś cicho zniknął z ich życia, a mama została na polu bitwy zupełnie sama.

Znalazła jakieś dofinansowanie, i gdy Maksymilek miał trzy i pół roku, wszczepiono mu implanty poprawiające słuch. Niby zaczął wszystko słyszeć, ale rozwój się mimo to nie pojawił. Zajęcia z surdopedagogiem, logopedą, psychologiem i całą rzeszą specjalistów. Mama Jola wielokrotnie przychodziła z Maksymilkiem do mnie.

Zawsze mówiłam: a może spróbujemy jeszcze tego? Albo tego? I tamtego Mama wszystko próbowała. Bez rezultatu. Większość czasu Maksymilek spędzał cicho w kojcu, obracając jakąś rzecz w dłoni, uderzając nią o podłogę. Gryzł swoją rękę lub inną część ciała. Czasami zawodził na jednym dźwięku, czasami jakby śpiewał różnie. Mama twierdziła, iż Maksymilek ją rozpoznaje, wzywa ją specjalnym gaworzeniem i lubi, gdy drapie mu się plecki i nóżki.

W końcu jakiś starszy psychiatra powiedział jej: Jaki tu jeszcze diagnoza? Chodzące warzywko. Akceptuj sytuację i żyj dalej. Oddaj do domu opieki albo po prostu zajmuj się nim sama przecież już umiesz. Osobiście nie widzę sensu liczyć na jakiś wielki postęp ani poświęcać życia przy jego kojcu. To był jedyny człowiek, który w życiu mamy Maksymilka powiedział jej cokolwiek wyraźnie. Odprowadziła Maksymilka do specjalnego przedszkola, a sama wróciła do pracy.

Po pewnym czasie kupiła motocykl marzyła o tym od wieków. Zaczęła jeździć po mieście i poza nim z grupą znajomych gdy silnik ryczał, wszystkie smutki i niepokoje znikały. Ojciec dziecka płacił alimenty, które Jola w całości przeznaczała na opiekunki na weekend Maksymilek, po przyzwyczajeniu się do jego zawodzenia, nie był trudny w opiece.

Pewnego razu jeden z motocyklowych kumpli powiedział do Joli: Wiesz, mam do ciebie słabość, jest w tobie coś takiego tragiczno-fascynującego.

Chodź, pokażę ci powiedziała Jola.

Uśmiechnął się, myśląc, iż zaprasza go do siebie. Tymczasem Jola przedstawiła mu Maksymilka. Akurat był pobudzony wodził po swojemu i gaworzył, chyba ją poznał albo niepokoił się obcym.

O żesz ty! wykrzyknął motocyklista.

A co sobie myślałeś? odpowiedziała Jola.

Z czasem zaczęli nie tylko jeździć, ale i razem mieszkać. Motocyklista Staś do Maksymilka się nie zbliżał (ustalili to zawczasu), a Jola tego nie wymagała. Potem Staś zaproponował: Może spróbujemy mieć dziecko? Jola odpowiedziała ostro: A jak znowu będzie taki, to co? Staś uciszył się na prawie rok, ale potem znowu wrócił do tematu: Jednak spróbujmy.

Przyszedł na świat Jaś. Na szczęście, zupełnie zdrowy. Staś powiedział: Może oddamy teraz Maksia do ośrodka? Skoro mamy zdrowego synka? Jola odpowiedziała: Prędzej ciebie oddam. Staś natychmiast się cofnął: To było tylko pytanie

Jaś odkrył Maksymilka w wieku dziewięciu miesięcy, gdy zaczął raczkować.

Od razu się zainteresował. Staś martwił się i denerwował: Nie dopuszczaj Jasia, to niebezpieczne! Ale Staś ciągle był w pracy albo na motocyklu, a Jola jednak pozwalała. Gdy Jaś był obok, Maksymilek nie wył. Wydawało się też, iż czegoś wyczekuje. Jaś przynosił zabawki, pokazywał, jak się bawić, sam układał paluszki Maksymilka.

Któregoś dnia Staś zachorował i został na weekend w domu. Zobaczył: Jaś, jeszcze niepewnie chodząc, coś woła, a za nim, jak przywiązany, podąża Maksymilek (wcześniej siedział zawsze sam w kącie). Staś zrobił awanturę i zażądał: Odseparuj mojego syna od tego niepełnosprawnego, albo pilnuj cały czas! Jola, bez słowa, wskazała mu drzwi.

Staś się przestraszył. Pogodzili się. Jola przyszła do mnie:

On to taki kołek, ale ja go kocham powiedziała. To straszne, prawda?

To całkiem normalne odpowiedziałam. Kocha się dzieci bez względu na wszystko

Mówię o Stasiu wyjaśniła Jola. Ale Maksymilek to zagrożenie dla Jasia, jak pani sądzi?

Powiedziałam, iż jak na razie, wszystkim dowodzi Jaś, ale trzeba pilnować. Na tym stanęło.

W wieku półtora roku Jaś nauczył Maksymilka układać wieże z kubeczków. Sam już składał zdania, śpiewał proste piosenki i pokazywał wyliczanki w stylu Szła kura przez wieś”. Czy on jest jakimś geniuszem? spytała mnie Jola. Staś chciał wiedzieć. Chodzi cały dumny, u kumpli dzieci w tym wieku nie mówią choćby mama-tata.

Myślę, iż to przez Maksymilka odparłam. Rzadko się zdarza, by półtoraroczne dziecko było motorem czyjegoś rozwoju.

O, to ja powiem temu 'kołkowi z oczami’ ucieszyła się Jola.

Ale rodzina, pomyślałam sobie 'chodzące warzywko’, 'kołek z oczami’, kobieta na motocyklu i mały geniusz. Uczony przez Jasia korzystania z nocnika, Maksymilek po pół roku opanował tę sztukę. Uczył go jeść, pić z kubka, ubierać się i rozbierać Jola powierzyła to Jasiowi.

Kiedy Jaś miał trzy i pół roku, postawił sprawę jasno: A co adekwatnie jest z Maksymilkiem?

No, przede wszystkim kilka widzi.

Widzi! zaprotestował Jaś. Tylko słabo. To widzi, a tego już nie. I zależy, jakie światło. Najlepiej jak w łazience nad lustrem świeci żarówka tam dużo widzi.

Okulista był nieco zaskoczony, gdy do wyjaśnienia wzroku Maksymilka przyprowadzono trzyletnie dziecko, ale wysłuchał uważnie, zlecił kolejne badania i przepisał leczenie oraz indywidualnie dobrane okulary.

W przedszkolu Jasiowi nie szło. On w ogóle powinien iść do szkoły! Taki mądralek! narzekała wychowawczyni. Z nikim się nie liczy, wszystko lepiej wie.

Byłam przeciwna wcześniej szkole: niech Jaś chodzi na zajęcia i przez cały czas wspiera rozwój Maksymilka. Staś, co mnie zdziwiło, zgodził się i powiedział Joli: Siedź z nimi do szkoły, po co mu ten głupi przedszkolak? I zauważyłaś, iż Maks już od roku nie wyje?

Po pół roku Maksymilek powiedział: mama, tata, Jaś, daj, pić, miau-miau. Do szkoły chłopcy poszli razem. Jaś bardzo przeżywał: Jak on sobie beze mnie poradzi? Ci nauczyciele są tam w tej specjalnej szkole naprawdę dobrzy? Zrozumieją go w ogóle? Lekcje, także dziś, w piątej klasie, robi najpierw z Maksiem, potem swoje własne.

Maksymilek mówi prostymi zdaniami. Umie czytać i obsługiwać komputer. Lubi gotować, sprzątać (Jaś lub mama nim kierują), siedzieć na ławce i słuchać, patrzeć, wdychać powietrze. Zna wszystkich sąsiadów i wita się z każdym. Ulepia z plasteliny, układa i rozbiera klocki.

Najbardziej jednak ze wszystkiego kocha, kiedy cała rodzina jedzie motocyklami polną drogą za miastem on z mamą, a Jaś z tatą, wszyscy razem krzyczą coś do wiatruCzasem, gdy Jola patrzy na swoich synów Maksa z uśmiechem na twarzy, prostymi słowami zapewniającego, iż jest szczęśliwy, i Jasia, który z powagą przeplataną dziecięcą euforią tłumaczy świat bratu czuje coś, czego wcześniej nie potrafiła nazwać. Czułość, wdzięczność, spokój, który wywalczyła na własnych zasadach. Staś wraca z pracy, przynosi trzy lody: dla siebie, dla Joli, dla Jasia, a Maks dostaje swoje ulubione lody owocowe, bo „tak jest sprawiedliwie”. Nikt już nie zadaje pytań co dalej? są razem, i to im wystarcza.

Pewnego wieczoru Jaś przytula Maksa mocno i szepcze mu coś do ucha, a Maks, trochę nieporadnie, ale bardzo poważnie, odpowiada: Lubię być twoim bratem.

I wtedy Jola myśli sobie, iż czasem gdy już uwierzy się w niemożliwe, pozwoli światu, żeby trochę poprowadził po swojemu, i uparcie kocha wszystko, co najważniejsze, po prostu się udaje.

Idź do oryginalnego materiału