Mam 60 lat i już od wielu lat jestem na emeryturze. Moje życie płynie swoim rytmem, trochę na jawie, trochę we śnie. Od dekady mieszkam sama bez męża, dzieci, bez przyjaciółek, jakby całe życie wykruszyło się poza świadomość. Moje dorosłe dzieci rozproszone są po Polsce, gdzieś w Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie mają własne rodziny, własne sprawy; mój mąż odszedł dawno temu, a ja mam swoją ukochaną działkę pod Lublinem oazę ciszy, melancholijną przystań mojej samotności i szczęścia jednocześnie.
Za każdym razem, gdy wiosna ogrzeje świat, przenoszę się na działkę z walizką pełną książek i wełnianym szalem. Sprzątam letni domek, grabię alejki, pielę po omacku rabatki, jakbym siała marzenia. Czuję tam ulgę, wszystko płynie spokojnie, czas się rozmywa jak poranna mgła nad łąką.
Lecz gdy nadchodzi zima, śnieg blokuje drzwi i schody prowadzące do ogrodu nie jestem w stanie nic zrobić, zamykam wtedy wszystko na cztery spusty i wracam do mieszkania w Lublinie. Jesienią jeszcze walczę. We wrześniu tego roku przeziębiłam się leżałam przez tydzień pod pierzyną, aż zdrowie znów rozjaśniło mi świat, wyruszyłam prosto, bez oglądania się, w senne pejzaże mojej wioski.
Docieram pod mój dom, a tam brama rozchylona jak ziewające usta. Wszystko wygląda zwyczajnie, ale widzę, iż drzwi się chwieją, zostawione szparą ku niebu Ogarnia mnie dziwna trwoga, może ktoś mnie okradł? Wchodzę na palcach. Wszystko niby na swoim miejscu, tylko na stole kubek, a koc, którego nigdy nie używam, leży na podłodze. Przecież zawsze dokładnie sprzątam! Coś tu nie gra, wiatry śnią dziwne sny.
Strach wyparowuje, na jego miejsce wlewa się irytacja. Kto śmie tu włazić, pić z mojego kubka? Wyglądam przez okno, a za domkiem, przy stogu gałęzi, siedzi dziwny chłopiec, podkłada do ognia skrawki gazet, wyciąga ręce do ognia, jakby szukał tam klucza do innego świata. Oto i on mój nocny gość.
Wychodzę na dwór, chrząkam głośno, by zaznaczyć swoją obecność. Chłopak podrywa się, przestraszony wpatruje się we mnie, ale nie ucieka podchodzi, z wahaniem, jakby znał mnie z innego świata:
Przepraszam, proszę Pani, nie chciałem Jestem tu tylko chwilę
Cichy, skromny, zupełnie mały i blady serce mięknie od razu.
Jak długo tu jesteś? Co jadłeś?
Drugą dobę Jadłem tylko kawałek chleba, coś tam zostało, proszę spojrzeć
Z dumą pokazuje wędkę, a na niej zatkniętą kromkę białego chleba, chleb jak obietnica innego życia.
Jak masz na imię? Skąd się wziąłeś tutaj?
Nazywam się Filip. Mama i jej nowy mąż wyrzucili mnie z domu. Nie chcę z nimi być
Przecież cała wieś musi cię szukać!
Nikomu na mnie nie zależy. Zdarzało się, iż znikałem na wiele dni, wracałem głodny, a mama patrzyła, jakby nic się nie stało. choćby nie pytała.
Nie był stąd, przeniknął do mojej rzeczywistości jak duch. Jego mama od dawna nie pracowała, ojczymowie zmieniali się bez końca, w domu raczej alkohol niż obiad.
Serce ścisnęła mi litość i smutek, nie wiedziałam, jak mu pomóc. Zostawiłam go u siebie, nakarmiłam do syta. Nie spałam tej nocy, rozmyślając nad losem chłopca, który przywędrował do mojego świata, jakby z innego snu. Rano przypomniałam sobie o starej znajomej z podstawówki, pracuje gdzieś w urzędzie zadzwoniłam. jeżeli nie pomoże, to przynajmniej wskaże drogę.
Zapewniła, iż sprawę da się załatwić. Obiecała, iż wszystkiego dopilnuje. Musiałam tylko kilka razy jeździć do urzędu, wypełniać papiery, przechodzić przez biurokratyczne labirynty jak przez półsenne korytarze. Ale po kilku tygodniach zostałam prawnym opiekunem Filipa. Nie mógł uwierzyć w szczęście jego mama nie zapytała choćby o syna.
I tak mieszkamy razem ja i wnuk, choć nie z krwi, zimą w blokowym mieszkaniu, a latem na działce. Niedługo Filip pójdzie do szkoły podstawowej. Już teraz pisze, czyta, liczy, rysuje z zadziwiającą wyobraźnią. Jego rysunki wyglądają jak z innego wymiaru, jakby cała magia dzieciństwa rozlała się na papier Prawdziwy artysta snu.











.jpg)