Chociaż Jagoda była wzorową synową i żoną, zniszczyła nie tylko swoje małżeństwo, ale i samą siebie.
Jagoda była sierotą, dorastała w domu dziecka pod Poznaniem. Wyszła za mąż w wieku osiemnastu lat, nie wiedząc adekwatnie, jak wygląda prawdziwe życie rodzinne. Jej przyjaciółki z czasów szkoły choćby nie wiedziały, czym bycie żoną pachnie. Zamieszkała z mężem na blokowisku w Warszawie i z zapałem chłonęła wiedzę o tym, jaką żoną powinna być wzorowa Polka. Główną nauczycielką była jej teściowa, pani Grażyna.
Jagoda wiedziała dobrze, iż Polki często skarżą się na swoje teściowe przy herbacie z cytryną, ale skoro nie miała własnej matki, uznała, iż Grażyna będzie dla niej jak opiekunka i dobrodziejka. Było w tym trochę naiwności, ale i odrobina racji teściowa wcale nie pragnęła dla niej źle, ale wszystko splotło się, jak na jawie i we śnie jednocześnie Grażyna wtajemniczała ją w świat rodzinnych zwyczajów: To żona ponosi winę za zdradę męża.
Dlaczego!? myślała Jagoda, choć przez mgłę przecież winny jest ten, kto zdradza! Jednak rzeczywistość była inna, sennie przekrzywiona podobno kobieta jest winna, bo zaniedbała się, już nie kusi mężczyzny, nie czaruje jak dawniej. Grażyna radziła jej, żeby dbała o talię osy choćby po czterdziestce, więc Jagoda zapisała w zeszycie: nie przytyć. Zaczęła chodzić do fitness clubu Słowik.
Była szczupła, niemal przezroczysta, a mimo to w lęku przed kilogramami głodziła się i odstawiała chleb razowy. Kiedy pojęła tę lekcję, teściowa podzieliła się kolejnym złotym zdaniem: W porządnej rodzinie obie kobiety pracują.
Jagoda nie zaprotestowała. Chciała pracować, robić coś dla siebie, zarabiać złotówki. Spytała więc, jak to powinno wyglądać podczas urlopu macierzyńskiego. Usłyszała: Urlop wychowawczy to twój kłopot! Radź sobie sama!.
Tego nie zapisała już w kajecie, ale kilka lat później, będąc na urlopie z dzieckiem, doglądała dzieci sąsiadki, dorabiając na opiekunce. Była zadowolona, ale mąż i teściowa narzekali, iż przynosi do domu marne pieniądze i ledwo starcza na rachunki za prąd (złotówki stopniały jak lody na bulwarach).
Jagoda postanowiła, iż wydanie pensji na wizytę u fryzjera to nic złego, ale wtedy usłyszała kolejną senną mądrość: Na urlopie wychowawczym nie masz dla kogo się stroić! Odkładasz na później, make-up zrobisz po powrocie do pracy, teraz odkładaj grosik do grosika!.
Wszystkie zarobione pieniądze przekazywała mężowi. Z roku na rok, dzień po dniu, przewijała się przez ich życie teściowa z radą: Porządna żona sama ogarnia mieszkanie!.
Więc Jagoda sprzątała, prała, gotowała, biegała z odkurzaczem. Zmęczona zamieniała się w cień, niemal przeźroczysta i niewidoczna. Wieczorem, kiedy dzieci już spały, zaczynała drugą zmianę sprzątanie i gotowanie po cichu, o dziesiątej wieczorem, kiedy wszyscy śnili dziwaczne sny. Mąż miał już za sobą dziesiątą popołudniową drzemkę i chrapał spokojnie, zmęczony swoją pracą na etacie.
Nie było więc zaskoczeniem, gdy Jagoda trafiła do szpitala jej ciało bolało czasem ledwo wyczuwalnie, czasem ostro jak zadra z brzozy. Leżała tam przez dwa tygodnie, odcinając się od codzienności z Warszawy, a mąż i teściowa nie zjawili się ani razu, jakby nie istniała w ich świecie. Dobrze, iż miała przy sobie telefon zadzwoniła po przyjaciółkę z lat dzieciństwa, Michalinę, która przyniosła jej pierogi w termosie, kawę, a choćby gazetki krzyżówkowe.
Kiedy opuściła szpital z apteczką oraz białym banderolą na nadgarstku, sen się skończył. Bez chwili zwątpienia, jak wybudzona rano z absurdalnego snu, złożyła w sądzie wniosek o rozwód i czuła, iż powoli znów staje się widzialna.














