Choć Zuzanna była synową, o jakiej teściowa mogła tylko marzyć, a i żoną starała się być wzorową, to niestety zapłaciła za to najwyższą cenę, niszcząc zarówno swoje małżeństwo, jak i siebie samą.
Zuzanna była sierotą, wychowaną w domu dziecka na przedmieściach Krakowa. Wyszła za mąż w wieku ledwie osiemnastu lat, mając duszę pełną nadziei, ale i niepokoju, bo nigdy wcześniej nie poznała, czym naprawdę jest rodzina. Ze znajomych w internacie żadna nie miała swojej rodziny, żadna nie znała sekretów żony i matki. Gdy zamieszkała w dwupokojowym mieszkaniu męża na Nowej Hucie, chłonęła zachłannie wszystko o tym, jak powinna wyglądać idealna gospodyni. Jej jedynym przewodnikiem była matka jej męża, pani Wanda.
Od dziecka słyszała o legendarnych polskich teściowych tych budzących trwogę, sarkastycznych i wścibskich ale w głębi duszy myślała, iż skoro nie ma własnej matki, to pani Wanda przyjmie ją jak córkę. Coś w tym było, bo teściowa faktycznie nie życzyła jej źle, tylko po prostu nie umiała być inna. Z entuzjazmem zaczęła ją wprowadzać w rodzinne zwyczaje, a jednym z pierwszych zdań, jakie Zuzanna od niej usłyszała, było: To żona odpowiada za zdradę męża.
Dlaczego? Zuzanna sądziła, iż winien jest ten, kto zdradza. Tutaj jednak usłyszała, iż to kobieta jest winna, bo zaniedbała siebie lub przestała być atrakcyjna dla swojego męża. Teściowa radziła jej, by choćby w starszym wieku dbała o talię. Zuzanna skrzętnie notowała w zeszycie: Nie przytyć! i zapisała się na zajęcia gimnastyczne w pobliskim ośrodku sportu.
Choć już była szczupła, zaczęła chudnąć coraz bardziej, przerażona widmem tycia. Gdy zrealizowała już pierwszą naukę, pani Wanda podsunęła kolejną: W dobrej rodzinie oboje pracują.
Zuzanna nie śmiała się sprzeciwić sama pragnęła tego, by być potrzebną. Podjęłaby każdą pracę. Zapytała zatem, czy na urlopie macierzyńskim można choć na chwilę odpocząć. Teściowa odparła krótko: Urlop macierzyński to twój kłopot sama musisz sobie poradzić.
Nie zapisała tej rady w zeszycie, ale kilka lat po ślubie, gdy trafiła na urlop macierzyński, podjęła dorywczo pracę jako opiekunka do dzieci w sąsiedztwie. Zuzanna była choćby zadowolona, jednak mąż i pani Wanda narzekali nieustannie, iż przynosi do domu zaledwie kilkaset złotych.
Wydawało się, iż te pieniądze może wydać na fryzjera, ale wtedy usłyszała kolejną złotą myśl: Na macierzyńskim nie potrzeba się stroić! Fryzjera i makijaż zostaw na powrót do pracy. Teraz musisz oszczędzać!.
Każdy grosz oddawała mężowi. Przez lata przewijała się w domu mantra pani Wandy: Porządna żona sama posprząta i ugotuje!.
I tak było Zuzanna robiła wszystko samotnie. Padała ze zmęczenia, ściskało ją w skroniach, serce biło szybciej, ale nie pozwalała sobie na odpoczynek. Omdlenia stały się codziennością. Często po ukołysaniu najmłodszego dziecka do snu około dziewiątej wieczorem, szła jeszcze zmywać i gotować na kolejny dzień. W tym czasie jej mąż, pan Marek, drzemał po raz dziesiąty na kanapie, bo przecież, jak twierdził, to on zarabiał i był wyczerpany.
Chyba nikogo nie zdziwiło, gdy Zuzanna trafiła w końcu na oddział szpitalny w Prokocimiu. Bóle ciała lekceważyła, poważnej choroby nie zauważyła. Przebywała w szpitalu przeszło dwa tygodnie bez wizyty ani męża, ani teściowej. Całe szczęście, iż akurat tego dnia miała w torebce swój stary telefon. Zadzwoniła do swej jedynej koleżanki, Hani, która przybiegła z paczką i ciepłym słowem.
Gdy wyszła ze szpitala, bez wahania złożyła w sądzie wniosek o rozwód. Tak dziś, po latach, wspominam Zuzannę dziewczynę, która chciała być dobrą żoną, a zapomniała o sobie.














