Od wielu lat pracuję jako położna w jednym z krakowskich szpitali i przez ten czas spotkałam się z wieloma różnymi sytuacjami od wzruszających po bardzo trudne. Zwykle personel medyczny nie wtrąca się w sprawy rodzinne pacjentek, ale ostatnio musiałam to zrobić, aby pomóc pewnej młodej dziewczynie, studentce, która po cichu urodziła córeczkę i od razu chciała się jej zrzec.
Dziewczyna nazywała się Dobrochna Kowalska. Przyjęliśmy ją do szpitala późnym wieczorem wyraźnie była zmęczona, a jej twarz wyrażała mieszankę niepewności i smutku. Przez dziewięć miesięcy nie chodziła do żadnego lekarza, a na moje delikatne pytania odpowiadała wymijająco, tłumacząc się brakiem czasu i pieniędzy.
Poród przebiegł zadziwiająco sprawnie mimo iż Dobrochna nie korzystała ze szkoły rodzenia. Cały czas była cicha, wykonywała wszystkie moje polecenia, nie krzyczała, tylko cicho jęczała. Gdy urodziła się mała dziewczynka, śliczna i zdrowa, wzięłam ją na ręce, a Dobrochna zapłakała przejmująco. Powiedziałam jej, iż urodziła zdrowe dziecko i mogą być z tego dumni.
Po przewiezieniu na oddział Dobrochna poprosiła, aby jak najszybciej powiadomić pracownika opieki społecznej, bo zamierza oddać córkę do adopcji. Próbowaliśmy ją przekonać, żeby nie podejmowała decyzji na gorąco, iż być może po kilku godzinach spojrzy inaczej na swoją sytuację. Ale Dobrochna stanowczo odmówiła przystawienia córki do piersi, prosiła, by zostawić ją samą.
Malutka nie chciała pić mleka modyfikowanego szukała piersi mamy, rozpoznawała jej zapach i instynktownie próbowała nabrać mleka… Wciąż płakała z głodu.
Następnego dnia, po zmianie dyżuru, postanowiłam zaryzykować i zawiozłam dziewczynkę do mamy, choć niektórzy współpracownicy byli temu przeciwni. Powiedziałam Dobrochnie otwarcie, iż jej wybory zagrażają zdrowiu dziecka i nalegam, by spróbowała ją nakarmić. Gdy w końcu zgodziła się przystawić córkę do piersi, dziewczynka zaczęła ssać mleko z ogromnym entuzjazmem. Wyszłam z pokoju, zostawiając je sam na sam.
Pół godziny później wróciłam obie już spały, a Dobrochna tuliła córeczkę z łagodnym uśmiechem na ustach. Po krótkiej drzemce przyszła do mnie na dyżurkę, usiadła obok i rozpoczęła rozmowę.
Okazało się, iż ojcem dziewczynki był znany krakowski biznesmen Mirosław Maj. Żonaty, nie chciał dziecka, proponował Dobrochnie aborcję. Gdy ta odmówiła, opowiedział wszystko żonie. Kobieta wybaczyła mu zdradę, ale zaczęła atakować Dobrochnę domagała się oddania dziecka do adopcji, rzucała obelgi, groziła choćby policją. Biznesmen, nie mogąc znieść napięcia, wyjechał z Krakowa. Dobrochna została sama, niemal bez pieniędzy i perspektyw, niepewna, czy poradzi sobie, wychowując dziecko w akademiku.
Wyraziłam zrozumienie i wsparcie. Nasz ordynator miał dobre kontakty w mieście i łatwo trafił na Mirosława udało się z nim umówić. Ku naszemu zaskoczeniu, nie próbował uciekać od odpowiedzialności gwałtownie się pojawił, porozmawiał z Dobrochną i zobowiązał się zapewnić jej pomoc. Zapłacił za roczny wynajem mieszkania w Krakowie (w złotówkach, oczywiście), przeznaczył sporą sumę na bieżące wydatki i wyraził wolę dzielenia się opieką nad córką. Może w końcu coś w nim drgnęło być może sumienie nie dało mu spokoju.
Dziś Dobrochna wychowuje córeczkę w wynajmowanym mieszkaniu, na razie nie brakuje jej pieniędzy, a wsparcie rodzinne i przyjaciół z uczelni sprawia, iż znajduje w sobie coraz więcej siły. choćby jeżeli życie nie jest łatwe, nauczyła się, iż odwaga oraz szczerość wobec siebie i innych pomagają pokonać najtrudniejsze chwile. Czasem wystarczy jedna dobra decyzja, żeby zmienić świat dziecka na lepszy i własny także.







