Od wielu lat bywam położną, przemykam przez wątki życia i śmierci, przeplatając się z cieniami i światłem na szpitalnych korytarzach w Warszawie. W marzeniach sennych wszystko jest jakby przerysowane, postacie mają kontury rozmyte mgłą, a czas płynie nielogicznie, zakręcając się wokół własnej osi. Od czasu do czasu wydarza się coś, co wykracza poza schemat codzienności wtedy rzeczywistość wydaje się jeszcze bardziej nierzeczywista.
Tego dnia do naszego świata szpitalnych snów przybłąkała się młoda dziewczyna, Pola Sieradzka cicha jak list padający na podłogę, milcząca jak kościelny dzwon w listopadowy ranek. Niosła w brzuchu tajemnicę przez dziewięć miesięcy, nikt nie wiedział o jej istnieniu, nie było śladów w kartotekach ani echo w gabinetach lekarskich. Unikała odpowiedzi na pytania, wisiała w powietrzu niezmaterializowana, jakby jej obecność była tylko jednym z przelotnych wątków nocy.
Poród nastąpił niepostrzeżenie. Pola ledwie jęknęła, spełniała polecenia bez oporu, a ja wstrzymałam oddech, podziwiając jej bezgłośną determinację, jakby była częścią orszaku cieni czekających na brzeg Wisły przy świcie. Gdy w moich ramionach znalazła się maleńka dziewczynka o rudych włoskach, zapłakała donośnie, a jej płacz brzmiał jak sygnał dla nowego, dziwnie rozedrganego świata. Pola także płakała, jej łzy przypominały mi krople rozbijające się o kamienie na rynku Starego Miasta.
Chwilę potem, wśród półsennych szpitalnych rozmów, Pola powiedziała słabo, jakby przez mgłę iż chce oddać dziecko do adopcji. Prosiła, by powiadomić odpowiednie służby, by uruchomić biurokratyczne maszyny, które poruszają się wolno jak pociąg osobowy do Zamościa.
Próbowałyśmy jej przemówić do rozsądku, przekonać czułymi słowami, iż jej decyzja zamienia sny w koszmary, ale Pola pozostawała nieugięta, jakby odtwarzała w sobie echo starego polskiego przysłowia: nie mój cyrk, nie moje małpy. Nie chciała przytulić córki, nie próbowała choćby zbliżyć jej do piersi, prosiła o samotność jakby samotność była jej domem.
Dziewczynka, niczym bohaterka baśni, nie chciała sztucznego pokarmu. Szeroko otwierała usta na zapach mleka, którego nie było jakby szukała utraconych nut kołysanki śpiewanej przez matki na Mazowszu. Zaczęła tracić kilogramy, zamieniła sen w niespokojne wyczekiwanie.
Na następnej zmianie w dziwnym poczuciu deja-vu znowu trzymałam ją w ramionach i zaniosłam do matki, mimo protestów koleżanek, które widziały w tym błąd logiczny snu. Stanęłam przed Polą, wyjaśniłam, drżącymi słowami, iż jej wybór ociera się o brzeg szaleństwa i zagrożenia dla zdrowia dziecka, niemal żądając, by je nakarmiła.
Gdy przystawiła córeczkę do piersi, zapanowała magiczna cisza dziecko z zapałem zaczęło ssać, a ja, powołując się na pilną sprawę w sali obok, zostawiłam je same, jakby czas zatrzymał się na chwilę.
Gdy wróciłam, zastałam Polę i dziewczynkę śpiące razem splecione w dziwnym, wyciszonym uścisku snu, a światło padało na nich jak z ulicznej lampy w Łazienkach tuż przed świtem. Po chwili Pola wyszła z córeczką na korytarz, usiadła obok mojego biurka i zaczęła opowiadać, jakby w półśnie.
Ojcem dziecka był znany w Warszawie biznesmen, Jerzy Krajewski. Żonaty, śliski jak źle wyczyszczony bruk nie chciał dziecka, proponował Polce wyjazd do Czech, aborcję za kilka tysięcy złotych, ale ona nie mogła się tego podjąć. Po wszystkim, Jerzy wyznał wszystko żonie ona przyjęła jego winę jak ciasto z zakalcem, rzuciła się potem na Polę, żądając by oddała dziecko wyciszonym głosem. Nie działały ani groźby, ani kolejne przelewy na konto, potem zniknął z miasta, a jego żona naciskała jak szefowa urzędu skarbowego.
Pola spojrzała na mnie na koniec, bez wstydu, z dziwnym spokojem:
Chciałabym ją zatrzymać, ale nie wiem, jak dam sobie radę w akademiku, bez grosza
Usłyszawszy to, pochwaliłam ją, pocieszyłam ciepłym słowem, jakby lepiła się do skóry w słoneczne popołudnie na Saskiej Kępie. Ordynator szpitala znał ludzi na mieście, więc gwałtownie nawiązaliśmy kontakt z Jerzym Krajewskim. Ku naszemu zdziwieniu pojawił się bez żadnych wymówek, przybył po kilku godzinach, a rozmowa zamiast być dramatyczna okazała się poskręcana jak pajęczyna nad Wisłą.
Po wypisie ze szpitala Pola znalazła kawalerkę na Bielanach, czynsz opłacony z góry za cały rok Jerzy zrobił przelew na dziewiętnaście tysięcy złotych, dał jej także sporą sumę na start, obiecał pomoc w przyszłości. Wyglądało na to, iż sumienie w nim ożyło jak w postaci z wiersza Norwida.
Nie wiem, jaki los spotka Polę i jej córeczkę moje sny najczęściej kończą się niedopowiedzeniem, zawieszone jak pajęczyna między dwoma kamienicami. Mam jednak nadzieję, iż stworzy rodzinę, której będzie mogła zaśpiewać kołysankę własnej treści, a jej córeczka wyrośnie na wspaniałą, silną kobietę gdzieś w sercu Polski.







