Była zimna, listopadowa noc.
Miałem dyżur na porodówce.
Nagle w korytarzu zjawiła się nieznana kobieta.
Nikt jej nie przyprowadził, nikt nie zgłosił.
Stała przy drzwiach, trzymając się za brzuch.
Była w ciąży, to było widać od razu.
Blada twarz, drżące ręce, oczy pełne strachu.
Usiadła na ławce, bo nie miała siły stać.
Nie odzywała się, tylko cicho jęczała.
Pytaliśmy o imię, o dokumenty.
Nic nie odpowiadała, jakby nie rozumiała słów.
— Co z nią zrobimy? — szepnęła jedna z pielęgniarek.
— Gdzie ją wysłać, skoro nie mamy nic? — dodała druga.
Główna położna machnęła ręką, zajęta innymi pacjentkami.
Nikt nie miał czasu w kobietę bez imienia.
Chciałem do niej podejść, uspokoić ją chociaż słowem.
Wtedy w korytarzu pojawił się doktor Marek Kowalski.
Zatrzymał się w miejscu, jakby zobaczył ducha.
Jego wzrok stał się ciężki, nieobecny.
— Kto to jest? — zapytał cicho.
Nikt nie umiał odpowiedzieć.
Podszedł bliżej, ukląkł przed kobietą.
Spojrzał jej prosto w oczy, bez słowa.
Ona też na niego patrzyła, jakby go rozpoznała.
— Anna? — wyszeptał, a głos mu się załamał.
Kobieta zamrugała, łzy popłynęły jej po twarzy.
— To ty, Marek? — wydusiła ledwo słyszalnie.
Wszyscy w korytarzu zamarli w ciszy.
Doktor Kowalski ujął jej dłonie, trzęsącymi się rękami.
— Myślałem, iż cię już nie zobaczę — powiedział.
— Zgubiłam wszystko, dom, pracę, siebie — szlochała Anna.
— Dziecko jest twoje? — zapytałem w myślach, patrząc na nich.
On zadał to pytanie na głos.
— Nie wiem, Marku. Już nic nie wiem.
Pielęgniarki stały bez ruchu, nie wiedząc co robić.
— Trzeba ją zbadać, natychmiast — powiedziałem głośno.
Doktor Kowalski podniósł ją ostrożnie z ławki.
Zaprowadziliśmy ją na sal badań.
Trzymał jej rękę przez cały czas.
— Byliśmy razem na studiach — wyjaśnił mi szeptem.
— Zniknęła dziesięć lat temu, bez słowa.
Anna leżała na łóżku, cicho płacząc.
— Przepraszam, iż tak zniknęłam — powiedziała do niego.
— Teraz jesteś tutaj, to się liczy — odpowiedział.
Badanie wykazało, iż poród jest bliski.
Dziecko miało się urodzić tej samej noc.
Doktor Kowalski nie odstępował jej na krok.
Trzymał jej dłoń podczas całego porodu.
Urodziła zdrową dziewczynkę, krzyczącą na całe gardło.
Anna płakała, tuląc córkę do siebie.
— Nie jesteś już sama — powiedział cicho Marek.
Nikt w szpitalu nie znał jej historii.
Ale od tej nocy miała dom i imię.






