Moja mama odeszła, gdy miałam ledwie osiem lat. Ojciec pogrążył się wtedy w alkoholu, a w mieszkaniu na Pradze często brakowało chleba. W szkole byłam wyśmiewana chodziłam w za dużych butach, byle jakich ubraniach, a i zeszyty miałam porwane. Zdarzało mi się cicho prosić koleżanki o kanapkę. Nauczyciele to zauważyli.
Kilka razy w naszym bloku pojawili się pracownicy opieki społecznej. Postawili tacie ultimatum: albo się zmieni, albo zabiorą mnie do domu dziecka. Ojciec, na szczęście, opamiętał się i z dnia na dzień przestał pić. Kolejne wizyty przebiegały już spokojnie, a ja zaczęłam lepiej się uczyć i jadłam regularnie.
Po pewnym czasie tata ostrożnie powiedział, iż chciałby, żebym poznała pewną kobietę. Poszliśmy do mieszkania cioci Marii na Mokotowie. Jakoś niechętnie ją odwiedzałam, bo serce bolało mnie jeszcze po stracie mamy, a nowe znajomości ojca wydawały się mi jak zdrada.
Ale kiedy po raz pierwszy usiadłyśmy razem w kuchni nad herbatą, poczułam coś dziwnego ciepło, którego brakowało mi od dawna. Jej syn, Krzysztof, choć rok starszy, gwałtownie mi zaimponował, i od razu namówił mnie na wspólne wypady na stadion lekkoatletyczny przy Łazienkowskiej. Ojciec, widząc, jak dobrze się dogadujemy, był wyraźnie szczęśliwy. Po miesiącu zamieszkaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu cioci Marii, a naszą kawalerkę wynajęliśmy studentom z SGH, żeby mieć dodatkowe złote na życie.
Niestety, ojciec nie zdążył wziąć ślubu z Marią. Zginął tragicznie pod kołami samochodu prowadzonego przez pijanego mężczyznę. Dla urzędników byłam dla cioci nikim gwałtownie zabrano mnie do państwowego domu dziecka. Przed wyjazdem Maria trzymała mnie za rękę i obiecała, iż zrobi wszystko, bym mogła do niej wrócić.
Obietnicy nigdy nie złamała. Po dwóch ciężkich miesiącach odbiła mnie z sierocińca, formalności się przeciągały, ale oddała mi prawdziwy dom. Te dwa miesiące wystarczyły, abym na zawsze doceniła ciepło rodzinnych ścian, które mi dała. Codziennie byłam jej wdzięczna, iż nie zostawiła mnie samej w świecie. Maria była drugą matką z prawdziwego zdarzenia, a Krzysiek moim starszym bratem.
Dziś jesteśmy już dorośli, z własnymi rodzinami. Mama Maria pozostała jednak najważniejszą osobą, zarówno dla mnie, jak i dla Krzyśka. Potrafiła dwukrotnie zostać teściową i ani razu nie pokłóciła się z nami, ani razu nie usłyszała słowa teściowa. Zarówno mój mąż, jak i żona Krzyśka od lat mówią na nią Mama Maria za serce, tolerancję i zrozumienie. Za każdym razem, gdy ktoś ją tak nazywa, na policzkach Marii rozbłyskuje szczęśliwy, dziewczęcy rumieniec.














