Obudziłem się od dzwonka do drzwi. Po drugiej stronie łóżka przebudziła się moja żona. Delikatnie pogłaskałem ją po ramieniu:
Kochanie, śpij dalej, ja otworzę. Podszedłem do drzwi i mruknąłem pod nosem: Kto to może być o tej porze?
Gdy otworzyłem, zobaczyłem ciocię Zosię w progu z dużą torbą w rękach. Za nią, niepewnie przestępując z nogi na nogę, stał wujek Jan.
Kochany siostrzeńcze! wykrzyknęła ciocia. Nie cieszysz się, iż mnie widzisz? Chodź, uściskaj swoją ciotkę! złapała mnie za rękę, jakby chciała udusić w uścisku.
Będzie z tego spokój pomyślałem z nostalgią, wnosząc jej bagaże do przedpokoju.
Reszta nocy minęła w chaosie. Ciocia odmówiła spania na kanapie, bo była za twarda. Potem zasugerowała, iż może ja ją jakoś ułożę.
Moja żona, Kasia, była w szoku. Minęła zaledwie godzina od przyjazdu cioci, a już przewróciła całe mieszkanie do góry nogami. W końcu wszyscy poszli spać. Ciocia i wujek zajęli nasze łóżko, a my z Kasią kanapę.
Jak długo jeszcze tu zostaną? szepnęła Kasia, stawiając przede mną śniadanie.
Nie wiem. Zapytam, jak wrócę z pracy.
Żona nerwowo nasłuchiwała chrapania z sypialni, po czym powiedziała:
Robert, boję się ich. Możesz wrócić dziś wcześniej?
Spróbuję odparłem i wyszedłem.
Gdy wróciłem, czekał na mnie elegancko nakryty stół.
Wejdź, siostrzeńcze, świętujemy rodzinne spotkanie! zawołała ciocia z kuchni.
Kasia szepnęła mi do ucha:
Tak się cieszę, iż jesteś!
Usiedliśmy razem.
Ciociu, dawno przyjechaliście? zapytałem.
Już nas wyrzucasz? Widać, iż nie jesteśmy mile widarzeni mruknęła ciocia do wujka.
O czym mówicie? Możecie zostać, ile chcecie! byłem zdezorientowany.
Zostaniemy na zawsze, Robercie. Sprzedaliśmy już mieszkanie. Jesteście naszą jedyną rodziną. Nie wyrzucisz przecież starej ciotki na bruk, prawda? Ciocia teatralnie otarła łzę.
Szczęka mi opadła, a Kasia wybuchnęła płaczem i wybiegła.
W pokoju zapadła niezręczna cisza. Wujek Jan spokojnie dopijał zupę.
Dlaczego milczysz? warknęła ciocia. Zawsze tylko jesz! Możesz chociaż słowo powiedzieć?
W pełni się z tobą zgadzam, kochanie odrzekł wujek.
Tyle z ciebie pożytku! ciocia aż się zakrztusiła. Zawsze tak jest. Ja wszystko decyduję, a on tylko przytakuje. Co to za mężczyzna? Spojrzała na mnie. Cieszysz się, siostrzeńcze?
Zostaniecie, jak długo zechcecie! powiedziałem, słysząc, jak Kasia szlocha za drzwiami.
Bez entuzjazmu sięgnąłem po talerz. Wujek jadł tak głośno, iż aż dudniło mi w uszach.
Gdy ciocia skończyła, odsunęła się od stołu i westchnęła:
No, najedzona. Robercie, żartowałam. Jesteśmy tu tylko na badania w szpitalu, pewnie na trzy dni. A ty, siostrzeńcze, świetnie sobie radzisz! Widać, iż się bałeś, ale się nie pokazałeś. Pamiętałeś o rodzinie. Po mojej śmierci dostaniesz nasze mieszkanie nie mamy dzieci. Jesteś naszym jedynym spadkobiercą.
Nigdy nie czułem takiej ulgi. Odpowiedziałem wesoło:
Niech ciocia żyje sto lat!
Przez te dni Kasia zamieniła się w płaczącą dziewczynkę, bo ciągle nie potrafiła dogodzić cioci: zupa była za słona, kotlety za twarde, pranie źle uprane, a podłoga źle umyta.
Gdy się żegnali, ciocia szepnęła mi do ucha:
Jak mogłeś się ożenić z taką beksą? Czyżby była w ciąży? Ciągle tylko leje łzy.
Gdy drzwi się zamknęły, Kasia zaczęła tańczyć z radości:
Może już nigdy nie wrócą! powiedziała z nadzieją.
Nie wiem. Chyba się tu cioci podobało!
Nie wytrzymam tego dłużej! jęknęła.
Dzwonek rozległ się ponownie.
Serio, znowu? Zerwałem się, ale to tylko budzik. Ach, to tylko alarm! Uśmiechnąłem się, bo czekał mnie piękny dzień.







