Codziennie chodzę do szkoły wnuków – moja rutyna pełna radości

polregion.pl 10 godzin temu

Codziennie chodzę do szkoły moich wnuków.
Nie jestem nauczycielem ani pracownikiem po prostu jestem dziadkiem z laską i sercem, które nie potrafi stać w miejscu, gdy wnuczek potrzebuje wsparcia.
Nazywam się Wojciech Kowalski i robię to dla Mateusza mojej dumy, mojej radości, mojego powodu do życia.

Pierwszy raz, gdy zobaczyłem go samego, siedział na ławce pod kasztanowcem.
Inne dzieci biegały, śmiały się, grały w piłkę.
On tylko patrzył, z rękami na kolanach i wzrokiem pełnym tęsknoty za tym, by dołączyć, ale nie wiedział jak.

Gdy go odebrałem, spytałem:
Dlaczego nie bawisz się z kolegami?
Wzruszył ramionami.
Nie chcą. Mówią, iż jestem za wolny i nie znam zasad.

Tej nocy nie mogłem spać.
Następnego ranka poszedłem do dyrektorki.
Pani Danuto, chciałbym prosić o specjalne pozwolenie. Chcę towarzyszyć Mateuszowi na przerwach.
Spojrzała na mnie łagodnie.
Panie Wojciechu, rozumiem pana troskę, ale…
Nie ma żadnego ale. Ten chłopiec to moje życie. jeżeli szkoła nie potrafi sprawić, by czuł się ważny, zrobię to ja.

Od tamtej pory codziennie o 10:30 przechodzę przez niebieską bramę szkolnego podwórka.
Na początku dzieci patrzyły na mnie z zaciekawieniem starszy pan w słomkowym kapeluszu i z laską wśród nich.
Mateusz się wstydził.
Dziadku, nie musisz przychodzić.
Wstydzić się czego? Czy twój dziadek nie może cię kochać?

Zaczęliśmy powoli. Graliśmy w domino, potem w warcaby.
Mateusz śmiał się, gdy udawałem, iż nie widzę jego małych oszustw.

Pewnego dnia podszedł do nas chłopiec.
W co gracie? spytał.
W chińczyka odpowiedziałem. Chcesz dołączyć?
Miał na imię Bartek. Sześć lat, brakowało mu przednich zębów, ale jego uśmiech rozświetlał całe podwórko.
Mateusz cierpliwie wytłumaczył mu zasady.

Następnego dnia Bartek wrócił z koleżanką, Olą.
Od tamtej pory nasz kącik stał się miejscem spotkań, pełnym śmiechu i przyjaźni.
Wzięliśmy skakankę i urządziliśmy małe zawody.
Mateusz nie skakał najszybciej, ale inni dostosowali tempo.
Dawaj, Mateusz, dasz radę! krzyczała Ola.
Pięć skoków! Nowy rekord! cieszył się Bartek.

Patrzyłem na nich z wilgotnymi oczami i szczęśliwym sercem.

Pewnego dnia podszedł do mnie nauczyciel WF-u.
Panie Wojciechu, to, co pan robi, jest niezwykłe.
Jestem tylko dziadkiem, który kocha swojego wnuka odparłem.
Nie odpowiedział z uśmiechem. To uczy nas czegoś, o czym czasem zapominamy: iż każdy zasługuje na swoje miejsce, niezależnie od tego, jak gwałtownie biega.

Minęły trzy miesiące.
Wciąż przychodzę.
Ale już nie dlatego, iż Mateusz jest sam.
Przychodzę, bo czeka na mnie ośmioro czy dziewięcioro dzieci, które krzyczą Dziadek Wojtek!, gdy przekraczam bramę.
Bo mój wnuczek ma teraz przyjaciół, którzy go zapraszają, bronią i rozumieją.

Dziś rano, gdy graliśmy w chowanego, Mateusz mocno mnie przytulił.
Dziękuję, dziadku.
Za co, synku?
Że nie zostawiłeś mnie samego. Że nauczyłeś mnie, iż bycie innym to nic złego.

Uklęknąłem przed nim i powiedziałem:
Mateuszu, to ty mnie nauczyłeś. Że miłość nigdy się nie męczy, iż nigdy nie jest za późno, by coś zmienić, i iż prawdziwa odwaga to być obok kogoś, gdy jest mu ciężko.

Dzwonek zadzwonił. Dzieci pobiegły do klas.
Mateusz już nie chodzi ze spuszczoną głową.

Wrócę jutro. I pojutrze też.
Bo bycie dziadkiem to nie tylko opieka.
To budowanie mostów i przypominanie światu, iż nikt, absolutnie nikt, nie powinien być sam na placu zabaw życia.

Idź do oryginalnego materiału