Codziennie odprowadzam wnuki do szkoły

polregion.pl 6 godzin temu

Codziennie chodzę do szkoły moich wnuków.
Nie jestem nauczycielem ani pracownikiem jestem tylko dziadkiem z laską i sercem, które nie może stać w miejscu, gdy wnuk potrzebuje wsparcia.
Nazywam się Henryk Kowalski i robię to dla Mateusza mojej dumy, mojej radości, mojego powodu do życia.

Pierwszy raz, gdy zobaczyłem go samego, siedział na ławce pod kasztanowcem.
Inne dzieci biegały, śmiały się, grały w piłkę.
On tylko patrzył, z rękami na kolanach i wzrokiem pełnym tęsknoty za tym, by gdzieś należeć, ale nie wiedział, jak.

Gdy tego dnia zabierałem go do domu, spytałem:
Dlaczego nie bawisz się z kolegami?
Wzruszył ramionami.
Nie chcą. Mówią, iż jestem za wolny i nie znam zasad.

Tej nocy nie spałem.

Następnego ranka poszedłem do dyrektor.
Pani Danuto, chciałbym prosić o specjalne pozwolenie. Chcę towarzyszyć Mateuszowi na przerwach.
Spojrzała na mnie ciepło.
Panie Henryku, rozumiem pana troskę, ale
Nie ma żadnych ale. Ten chłopiec to moje życie. jeżeli szkoła nie potrafi sprawić, by czuł się częścią grupy, ja to zrobię.

Od tamtej pory codziennie o dziesiątej trzydzieści przekraczam bramę szkolnego podwórka.
Na początku dzieci patrzyły na mnie z ciekawością starszy pan w słomkowym kapeluszu i z laską wśród nich.
Mateusz był zawstydzony.
Dziadku, nie musisz przychodzić.
Wstydzić się czego? Czy twój dziadek nie może cię kochać?

Zaczęliśmy powoli. Graliśmy w domino, potem w warcaby.
Mateusz śmiał się, gdy udawałem, iż nie widzę jego drobnych oszustw.

Pewnego dnia podszedł do nas chłopiec.
W co gracie? spytał.
W chińczyka odparłem. Chcesz dołączyć?
Miał na imię Kacper. Sześć lat, brakowało mu przednich zębów, ale jego uśmiech rozświetlał szkolne boisko.
Mateusz cierpliwie wytłumaczył mu zasady.

Następnego dnia Kacper wrócił, przyprowadzając przyjaciółkę Zosię.
Od tamtej pory nasza ławka stała się miejscem spotkań, pełnym śmiechu i przyjaźni.
Przynieśli skakankę, a niedługo urządziliśmy małe zawody.
Mateusz nie skakał najszybciej, ale inne dzieci dostosowały tempo.
Dasz radę, Mati! krzyczała Zosia.
Pięć skoków! Nowy rekord! cieszył się Kacper.

Patrzyłem na nich z wilgotnymi oczami i sercem pełnym radości.

Pewnego dnia podszedł do mnie nauczyciel wuefu.
Panie Henryku, to, co pan robi, jest niezwykłe.
Jestem tylko dziadkiem, który kocha swojego wnuka odparłem.
Nie odpowiedział z uśmiechem. To uczy nas czegoś, o czym czasem zapominamy: iż każdy zasługuje na swoje miejsce, niezależnie od tego, jak gwałtownie biega.

Minęły trzy miesiące.
Wciąż przychodzę.
Ale już nie dlatego, iż Mateusz jest sam.
Przychodzę, bo czeka na mnie osiem czy dziewięcioro dzieci, które krzyczą: Dziadek Heniu!, gdy wchodzę przez bramę.
Bo mój wnuk ma teraz przyjaciół, którzy go zapraszają, bronią i rozumieją.

Dziś rano, gdy graliśmy w chowanego, Mateusz mocno mnie przytulił.
Dziękuję, dziadku.
Za co, synku?
Że nie zostawiłeś mnie samego. Że nauczyłeś mnie, iż bycie innym jest w porządku.

Uklęknąłem przed nim i powiedziałem:
Mateuszu, to ty mnie nauczyłeś. Nauczyłeś mnie, iż miłość nigdy się nie męczy, iż nigdy nie jest za późno, by coś zmienić, i iż prawdziwa odwaga to być przy kimś, gdy jest ci potrzebny.

Dzwonek zadzwonił. Dzieci pobiegły do klas.
Mateusz już nie chodzi z opuszczoną głową.
Wrócę jutro. I pojutrze też.
Bo bycie dziadkiem to nie tylko opieka to budowanie mostów i przypominanie światu, iż nikt, absolutnie nikt, nie powinien być sam na placu zabaw życia.

Idź do oryginalnego materiału