Codziennie towarzyszę mojemu wnukowi w drodze do szkoły.

polregion.pl 4 godzin temu

Codziennie chodzę do szkoły mojego wnuka.
Nie jestem ani nauczycielem, ani woźnym po prostu dziadek z laską i sercem, które nie potrafi usiedzieć w domu.
Nazywam się Stanisław Kowalski i robię to dla Mateusza mojego wnuka, mojej dumy, mojego światła.

Pierwszy raz zobaczyłem go samego, gdy siedział na ławce pod kasztanem.
Inne dzieci biegały, śmiały się, grały w piłkę.
A on tkwił tam, z rękami na kolanach, z wzrokiem utkwionym w dal jakby chciał należeć do tego świata, ale nie wiedział jak.

Gdy tego dnia wracaliśmy do domu, spytałem:
Dlaczego nie bawisz się z resztą?
Wzruszył ramionami.
Nie chcą, dziadku. Mówią, iż jestem za wolny i nie ogarniam zasad.

Tej nocy prawie nie zmrużyłem oka.
Następnego ranka poszedłem do dyrektorki.
Pani Danuto, chciałbym o specjalne pozwolenie. Żeby móc być z Mateuszem na przerwach.
Spojrzała na mnie łagodnie.
Panie Stanisławie, rozumiem pana troskę, ale…
Nie ma ale. To dziecko to całe moje życie. jeżeli nikt go nie włącza, to ja to zrobię.

Od tamtej pory codziennie o 10:30 przekraczam niebieską bramę na szkolnym podwórku.
Na początku dzieci patrzyły na mnie jak na dziwadło.
Staruszek w słomkowym kapeluszu i z laską, pośrodku ich zabaw.
Mateusz się wstydził.
Dziadku, nie musisz tu przychodzić.
Wstydzisz się dziadka, który cię kocha?

Zaczęliśmy powoli. Przyniosłem stare domino, potem warcaby.
Śmiał się, gdy udawałem, iż nie widzę jego drobnych oszustw.
Pewnego dnia podszedł do nas chłopiec.
W co gracie? spytał.
W chińczyka odparłem. Chcesz dołączyć?
Miał na imię Bartek. Sześć lat, szeroki uśmiech i brak dwóch zębów.
Mateusz cierpliwie wytłumaczył mu zasady.

Następnego dnia Bartek wrócił tym razem z koleżanką Zosią.
I tak nasza ławka stała się miejscem śmiechu i przyjaźni.
Przyniosłem skakankę. Urządzaliśmy małe zawody.
Mateusz nie skakał szybko, więc inne dzieci zwalniały dla niego.
Dawaj, Mati, dasz radę! krzyczała Zosia.
Pięć skoków! Nowy rekord! wołał Bartek.
A ja patrzyłem na nich z wdzięcznością w sercu.

Pewnego popołudnia podeszła do mnie nauczycielka wuefu.
Panie Stanisławie, to, co pan robi, jest piękne.
Nie robię nic nadzwyczajnego odparłem. Po prostu kocham swojego wnuka.
Nie uśmiechnęła się. Uczy pan ich czegoś, o czym czasem zapominamy: iż każdy zasługuje na swoje miejsce, bez względu na tempo.

Minęły trzy miesiące.
Wciąż przychodzę.
Ale już nie dlatego, iż jest sam.
Przychodzę, bo teraz ośmioro czy dziewięcioro dzieci krzyczy Dziadek Stach!, gdy tylko wejdę na podwórko.
Bo Mateusz ma przyjaciół, którzy go zapraszają, bronią i rozumieją.

Dziś rano, gdy graliśmy w chowanego, mocno mnie przytulił.
Dzięki, dziadku.
Za co, chłopcze?
Że nie zostawiłeś mnie samego. Że pokazałeś mi, iż bycie innym to nic złego.

Przysiadłem przed nim na kolano.
Mateuszu, to ty nauczyłeś mnie, iż miłość się nie męczy, iż nigdy nie jest za późno, by coś zmienić, i iż prawdziwa odwaga to być przy kimś, gdy tego potrzebuje.

Dzwonek zadzwonił. Dzieci wróciły do klasy.
Mateusz już nie chodzi ze spuszczoną głową.

Jutro też przyjdę. I pojutrze.
Bo bycie dziadkiem to nie tylko pilnowanie
to budowanie mostów i przypominanie światu, iż nikt, ale to absolutnie nikt, nie powinien być sam na placu zabaw życia.

Idź do oryginalnego materiału