W obcej rodzinie znalazłam swoją
Anna Kowalska mawiała, iż los lubi płatać figle właśnie wtedy, gdy człowiek najmniej się ich spodziewa. Ale takiego zwrotu akcji nie przewidziała choćby w najśmielszych snach.
Wszystko zaczęło się, gdy do sąsiedniego mieszkania wprowadziła się młoda rodzina. Ściany w starym domu były cienkie, i Anna mimowolnie słyszała ich rozmowy, sprzeczki, płacz dziecka. Z początku ją to irytowało – w swoich sześćdziesięciu trzech latach przywykła do ciszy i spokoju. Z czasem jednak te głosy stały się znajome, niemal swojskie.
Pierwsze spotkanie miało miejsce przy skrzynkach pocztowych. Młoda kobieta z wózkiem próbowała jednocześnie wyciągać listy i uspokajać marudzące niemowlę. Anna nieświadomie podeszła bliżej.
— Pozwólcie, iż pomogę — zaproponowała, wyciągając ręce do dziecka. — Wy weźcie pocztę, a ja je pokołyszę.
— Dziękuję pięknie — uśmiechnęła się kobieta z wdzięcznością. — Jestem Kasia. A to nasz Staś, ma dopiero cztery miesiące.
— Anna Kowalska — przedstawiła się sąsiadka, ostrożnie biorąc malucha na ręce. — Och, jaki śliczny! Prawdziwy aniołek.
Staś natychmiast się uspokoił, jakby wyczuł ciepło jej dłoni. Kasia spojrzała na sąsiadkę z niedowierzaniem.
— Macie magiczne ręce! W domu płacze bez przerwy, a tu zaraz ucichł.
— To doświadczenie, moja droga — westchnęła Anna. — Wychowałam dwoje własnych, niańczyłam wnuki. Tyle iż wnuki już dorosłe, a dzieci mieszkają daleko.
Odtąd Kasia często zaglądała do sąsiadki po radę. Raz kasza się nie udała, innym razem dziecko nie spało, a czasem po prostu chciało się pogadać. Anna zawsze przyjmowała ją z otwartymi ramionami.
— Anna, czy mogłabyście posiedzieć ze Stasiem parę godzin? — poprosiła pewnego dnia Kasia. — Muszę iść do lekarza, a z dzieckiem w kolejce to udręka.
— Oczywiście, zostawcie go. My ze Stasiem dawno już zaprzyjaźnieni, prawda, złotko?
Z czasem takie prośby stały się codziennością. Anna choćby nie zauważyła, jak przywiązała się do chłopca. Rozpoznawał ją, wyciągał rączki, a gdy zaczął mówić, pierwsze słowo jakie wymówił, to „babcia”. Kasia śmiała się, iż pomylił babcie.
Mąż Kasi, Marek, początkowo patrzył na sąsiadkę z nieufnością. Był człowiekiem zamkniętym w sobie, małomównym. Pracował jako kierowca, często wracał zmęczony i naburmuszony.
— Po co ty ciągle do tej staruszki chodzisz? — mruczał. — Zapomniałaś sama myśleć?
— Marek, ona jest cudowna. I ze Stasiem pomaga. Wyobrażasz sobie, jak bym sobie bez niej radziła?
— Jakoś byś radziła. Nie podoba mi się to. Obcy ludzie wtrącają się w nasze sprawy.
Ale los zadecydował inaczej. Marek miał wypadek. Nic poważnego, złamana noga, ale na zwolnieniu musiał zostać dwa miesiące. Pieniędzy zaczęło brakować.
Kasia miotała się między mężem, dzieckiem a próbami znalezienia dodatkowej pracy. Staś, wyczuwając nerwową atmosferę, stał się marudny. W mieszkaniu panował ciągły niepokój.
— Nie daję już rady — płakała Kasia, przychodząc do Anny. — Marek w domu leży, zły jak osa, Staś wrzeszczy, pieniędzy brak. Nie wiem, co robić.
— Uspokój się, córeczko — Anna objęła sąsiadkę. — Wszystko się ułoży. Przyprowadzaj Stasia do mnie, niech u mnie zostaje. A ty spokojnie szukaj pracy.
— Ale ja wam nie mogę zapłacić…
— Kto o to prosi? Dla mnie to sama przyjemność. Samotność doskwiera.
Kasia znalazła pracę jako ekspedientka w małym sklepiku. Choć grafik był nieregularny, przynajmniej jakieś pieniądze były. Staś spędzał u Anny całe dnie. Karmiła go, zabierała na spacery, czytała bajki.
Marek początkowo protestował, ale z czasem się pogodził z sytuacją. Zwłaszcza gdy zobaczył, jak syn raduje się na widok sąsiadki, jak do niej lgnie.
— Dziwne to — mruczał pod nosem. — Obca kobieta, a dziecko bardziej do niej niż do własnej babci.
A własna babcia istniała. Matka Marka mieszkała w tym samym mieście, ale wnukiem prawie się nie interesowała. Trzy razy do roku wpadała, rzuciła jakiś byle jaki prezent i znikała. Miała swoje zmartwienia — inne niż wnuk.
— Mówiłam, iż dzieci to kłopot — pouczała syna. — Narobiliście, teraz się męczycie. Trzeba było wcześniej myśleć.
Anna, podsłuchując raz takie słowa przez cienką ścianę, tylko pokręciła głową. Jak można tak mówić o własnym wnuku?
Czas mijał. Staś rósł, zaczął chodzić, mówić pełnymi zdaniami. Annę uparcie nazywał babcią, mimo tłumaczeń Kasi, iż to sąsiadka.
— Moja babcia — upierał się, obejmując Annę za nogi.
— Niech mówi, jak chce — machnęła ręką Anna. — Mi miło.
Marek wyzdrowiał, wrócił do pracy. Sytuacja finansowa się ustabilizowała, ale Staś wciąż często przebywał u sąsiadki. To już stało się rutyną, częścią ich życia.
Kłopoty zaczęły się później. Kasia zaszła w ciążę. Ciąża była trudna, z silnymi mdłościami i osłabieniem. Anna przejęła jeszcze więcej opieki nad Stasiem.
— Jakbyśmy bez was funkcjonowali — wzdychała Kasia. — Jesteście dla nas jak druga matka.
— Bo jesteście mi jak rodzina — uśmiechała się Anna.
Ale nie wszystko układało się gładko. Pewnego wieczoru do drzwi Anny zapukała elegancko ubrana kobieta po czterdziestce, o nieprzyjemnym wyrazie twarzy.
— To wy jesteście sąsiadką moich dzieci? — spytała ostro.
— Przepraszam, a kim państwo jest?
— Jestem matką Marka. Irena Nowak. Musimy porozmawiać.
Anna zaprosiła ją do środka, zaoferowała herbatę. Irena odmówiła, usiadła na brzegu krzesła, jakby szykowała się do walki.
— Posłuchajcie, nie rozumiem, co tu się dzieje — zaczęła bez ogródek. — Mój wnuk nazywa was babcią, spędza u was więcej czasu niż w domu. To nie w porządku.
— A co konkretnie państwu przeszkadza? — spokojnie spytała Anna.
— Wszystko! Jesteście obcą osobą, a wtrącacie się w naszą rodzinę. Dziecko ma własną babcię — mnie.Anna spojrzała na Stasia, który wtulił się w nią z ufnością, i nagle zrozumiała, iż miłość nie zna granic ani nazwisk, bo najważniejsza jest nie krew, ale codzienna troska, która splata ludzkie losy w jedną rodzinę.