Czaruś w Rytmie Sztuki: Jak Tworzyć Magiczne Płaszcze w Wiatrze

twojacena.pl 18 godzin temu

Nocna zmiana

Weszłam do sali położniczej, żeby obejrzeć zapis pracy serca płodu podczas porodu. EKG dziecka przedstawiało się zupełnie prawidłowo. Patrzyłam na tę falującą linijkę wykreśloną na ekranie i myślałam o sanitarce, której ciężko chory noworodek właśnie został wypisany do domu. Teraz musiałam skontaktować się z inną położną z ginekologii, żeby zabezpieczyć przyjęcie w sekcji.

Czy coś jest nie tak? zapytała zaniepokojona przyszła mama, patrząc mi w oczy. Co widzicie na monitorze? Czy coś budzi niepokój? dodała, spoglądając na mój skupiony wyraz twarzy.

Najtrudniejszą umiejętnością w zawodzie lekarza jest trzymać twarz. Całe życie uczymy się diagnozować, składać fragmenty w całość, obserwować, cierpliwie czekać i nie ingerować bez potrzeby, a w razie konieczności podejmować błyskawiczne decyzje. Nigdy nie szkolono nas w sztuce aktorskiej, a jednak po skomplikowanej operacji, w środku nocy, po przetarciu oczu lodowatą wodą, bez chwili wytchnienia, z krwią na rękach, musimy zejść na oddział i przywitać nowego pacjenta z prawdziwym uśmiechem i życzliwością.

To właśnie najważniejsze pokazać przestraszonej, zagubionej osobie przywiezionej karetką, iż jest bezpieczna, iż jest pożądana i iż czeka na nią pomoc, ulga i leczenie. Nikt nie uczy nas, iż pacjentowi jest przerażająco. Bez względu na to, jak jesteśmy doświadczeni i jak radzimy sobie z najtrudniejszymi sytuacjami, musimy umieć zachować pogodny wyraz twarzy, bo strach zniekształca rzeczywistość zarówno naszą, jak i cudzą.

Za progiem szpitala chorują rodzice, dzieci zgubiają klucze i siedzą na schodach, czekając na kogoś, w oddziale intensywnej terapii nie stabilizuje się ciężarna z niemal nieżywym płodem, a w sali operacyjnej pielęgniarka doświadcza kryzysu nadciśnieniowego. To wszystko wiruje w naszej głowie, ale gdzieś tam, ponad naszą twarzą, wciąż się toczy. Trzymać twarz jest trudne, zwłaszcza gdy wiesz, iż za piętnaście minut może nastąpić katastrofa.

Pokonać własny strach, wydać niezbędne polecenia, spokojnie wytłumaczyć pacjentce, co się dzieje i dlaczego musimy działać szybko, uspokoić ją i jej bliskich, uzyskać zgodę na operację i pobiec w stronę wózka. Biec, rozbierając się po drodze, trzymając wyraz twarzy. A potem zejść ze sceny nie do publiczności, ale za kulisy.

Najtrudniej, gdy katastrofa już się wydarzyła. Wtedy również trzeba trzymać twarz, zapominając o lodowatej ciszy w sercu, rozmawiając nieustannie z pacjentem, z rodziną, z nieznajomymi, z samym sobą, z Bogiem, z własnymi zamrożonymi myślami, z przełożonymi, znów z rodziną pacjenta, znów ze sobą. Dopóki nie uwolnimy tego przytłaczającego bólu w klatce i nie weźmiemy pełnego oddechu, zdając sobie sprawę, iż kolejny dyżur wyrył w sercu nowe, osobiste piętro.

Godzinę później, schodząc na konsultację do kolejnego chorego, trzymając twarz, walcząc z każdym oddechem, niepostrzeżenie ocierając skórę pod lewą obojczykiem. Bo lekarze się mylą. Wszyscy. choćby ci, których nazywa się od Boga. Bo są ludźmi. Nie mylą się tylko ci, którzy nie pracują. choćby najdokładniejsze maszyny popełniają błędy, bo zostały stworzone przez ludzi. A ludziom przysługuje popełnianie pomyłek.

Najgorsze jest zrozumieć, iż popełniliśmy błąd. Wtedy w głowie odtwarza się moment, w którym mogło być inaczej, ale nie ma odpowiedzi, co by się stało, gdyby tak postąpiliśmy. Tego już nigdy nie dowiemy się. Patrząc na zupełnie prawidłowe EKG zmęczonymi oczami, przyzwyczajonymi do lat wyczerpującej pracy, nie zauważając normalnego wyniku badań, którego nikt inny by nie dostrzegł, licząc leki zgodnie z protokołem, spóźniając się lub przybywając zbyt wcześnie, patrząc na prześwietlenie i nie widząc, albo widząc coś nieodpowiedniego bo wzrok jest taki sam jak wczoraj i miesiąc temu.

Kiedy ręka niechcący przystąpi do skalpela, a klips nagle odpływa z naczynia dlaczego wczoraj, przedwczoraj, rok temu tak się nie stało? Czy to przez sześć dyżurów w dwa tygodnie? A w domu leży matka po udarze. W medycynie czas jest względny, a najbliżsi już od lat są na honorowym miejscu w pamięci.

Najstraszniejsze jest nie pojąć, co konkretnie zrobiliśmy źle, bo wtedy błąd może się powtórzyć. Ile jeszcze książek trzeba przeczytać, ile szkoleń przejść, ile nocy spędzić na czuwaniu, aby uniknąć kolejnego pomyłki? Kto to powie? A jak odgonić myśl, iż istnieje jeszcze statystyka?

Straszna statystyka medyczna, bezdusznym głosem liczb, mówi, iż na tysiąc porodów, operacji i zabiegów przypada trzy, pięć, dziesięć komplikacji na całym świecie, każdego dnia, każdego miesiąca, każdego roku. Czyjeś życie, czyjeś zdrowie, czyjaś tragedia. I co ma zrobić lekarz, który znalazł się w tej liczbie? Stać przed ludźmi pogrążonymi w żałobie i powiedzieć: To ja, wasz morderca. Czy ktoś może wyobrazić sobie taką sytuację? Gdy setki, tysiące nieszczęśliwych ludzi patrzą na ciebie, a ty jesteś jedyną przyczyną ich niewyobrażalnego bólu.

To ja. Zniszczyć.

Dlaczego, gdy lekarz pomyli się raz, to zapomina się dziesiątki tysięcy razy, gdy miał rację? Bo lekarze są ludźmi. Bogowie nie popełniają błędów. To ich świat, ich stworzenie, ich statystyka. Im więcej pracuję, tym bardziej rozumiem, iż jedynie wybrani mogą pojąć ich zamysł. My nie jesteśmy wybrani. Jesteśmy zwyczajni. Zwyczajni ludzie. Zwyczajni lekarze.

Z tej lekcji wynika, iż najważniejszy jest nie tylko fach i precyzja, ale i umiejętność zachować człowieczeństwo i spokój, bo jedynie w ten sposób możemy naprawdę pomagać innym i nie zatracić siebie.

Idź do oryginalnego materiału