Pamiętam, jak dawno temu stałam w porodowym skrzyżowaniu w warszawskim szpitalu, aby obejrzeć zapis serca nienarodzonego dziecka. EKG było w pełni prawidłowe. Patrzyłam na wąską linię, sunącą po ekranie, i myślałam o tym, jak nasza sanitariuszka Ania przed chwilą wypisała dziecko, które ciężko chorowało, do domu. Teraz musiałam skontaktować się z nową sanitariuszką ginekologii, by zabezpieczyć oddział przyjęć.
Czy naprawdę tak źle? Proszę powiedzieć! zapytała zaniepokojona przyszła matka, zaglądając mi w oczy. Czy na monitorze widać coś niepokojącego? dodała, patrząc na mój skupiony wyraz twarzy.
Najtrudniejszą sztuką lekarza jest umiejętność trzymania twarzy. Całe nasze życie zawodowe to nieustanne uczenie się: stawianie diagnoz, składanie drobnych fragmentów w jedną całość, obserwowanie, cierpliwe czekanie, nieingerowanie, kiedy nie jest potrzebne, i natychmiastowe podejmowanie adekwatnych decyzji. Aktorstwo nigdy nie było częścią naszego programu.
Tak więc po trudnej operacji, nocą, gdy ocieplaliśmy oczy lodowatą wodą, nie zdążywszy choćby wyrzucić oddechu i wytrzeć krwi, która przypadkowo przesiała się przez szew na butach, zszedłem na oddział przyjęć i, z pełnym spokojem, przyjaznym uśmiechem, przywitałem nowego pacjenta. Najważniejsze było, by z szczerą twarzą pokazać przerażonej, zagubionej osobie przywiezionej karetką, iż jest bezpieczna, iż czekamy, by ulżyć, pomóc i wyleczyć.
Nigdy nie uczono nas, iż pacjentowi jest strasznie. Niezależnie od tego, jakim jesteśmy profesjonalistą, w najcięższych sytuacjach musimy umieć trzymać twarz, bo strach zniekształca rzeczywistość naszą i cudzą. Za progiem szpitala chorują rodzice, dzieci gubią klucze i siedzą na schodach, czekając na kogoś; w oddziale intensywnej terapii nie ustabilizowuje się kobieta w ciąży z niemowlęciem, które nie ma szans na przeżycie, a w sali operacyjnej pielęgniarka doświadcza kryzysu nadciśnieniowego. To wszystko kręci się w głowie, ale gdzieś wyżej niż nasza twarz.
Trudno jest utrzymać własną twarz, zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, iż za piętnaście minut nastąpi katastrofa. Muszę przełamać własny lęk, wydać niezbędne rozkazy, spokojnie wyjaśnić pacjentce, co się dzieje i dlaczego pośpiesznie działamy, uspokoić ją i bliskich, uzyskać zgodę na operację i pobiec przed wóz ratunkowy. Biegając, rozbierając się w biegu, trzymając twarz
A potem zszedłem ze sceny, nie do sali, a za kulisy. Najtrudniejsze jest, gdy katastrofa już nadeszła. Wtedy także trzeba trzymać twarz, zapomnieć o zimnie w sercu i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać z pacjentami, ich rodzinami, nieznajomymi, samym sobą, z Panem Bogiem, z własnymi przerażonymi myślami, z przełożonymi, znów z rodziną pacjentów i znów z sobą.
Dopóki nie uwolni się tego cuchnącego bólu w klatce i nie uda się wziąć pełnego oddechu, rozumiejąc, iż kolejny dyżur, osobisty kamień milowy na sercu, już się wykuł. Po godzinie, schodząc na konsultację do kolejnego chorego, trzymam twarz, trzymam się mocno, niepostrzeżenie pocierając skórę pod lewą obojczyk, bo
Lekarze się mylą. Absolutnie wszyscy. choćby ci, co mówią od Boga. Bo są ludźmi. Nie mylą się tylko ci, co nie pracują. choćby najprecyzyjniejszy sprzęt popełnia błędy, bo został stworzony przez ludzi, a ludziom wrodzona jest pomyłka.
Najstraszniejsze jest zrozumieć, kiedy właśnie się pomyliliśmy. Bo wciąż wracam w myślach do chwili, w której mogłem postąpić inaczej. A odpowiedzi nie ma jaki byłby wynik, gdybym wybrał inną drogę? Nigdy tego nie dowiemy się.
Gdy patrzyłem na całkiem prawidłową kardiografię zmęczonymi oczami, oczy przyzwyczaiły się do tej zmęczenia przez lata. Gdy nie zwróciłem uwagi na zupełnie prawidłowy wynik badań, na który nikt nie zwróciłby uwagi? Gdy dawkowałem leki ściśle według protokołów? Gdy nie przybiegłem na czas, albo przybyłem za wcześnie? Gdy patrzyłem na prześwietlenie i nie zobaczyłem, albo zobaczyłem coś niewłaściwego? Co wtedy stało się z wzrokiem? Był taki sam, jak wczoraj i miesiąc temu.
Gdy ręka z nożyczkami przypadkowo się zacięła, a klamra z naczynia odleciała? Dlaczego wczoraj, przedwczoraj, rok temu ta klamra nie odleciała? Może sześć dyżurów w dwa tygodnie to za wiele? A w domu leży matka po udarze. Ale już przywykliśmy, iż w medycynie czas jest względny, a bliscy od lat spoczywają w miejscu honorowym.
Najstraszniejsze jest nie pojąć, co zrobiło się nie tak, bo wtedy błąd może się powtórzyć. Ile jeszcze książek trzeba przeczytać, szkoleń przejść, nocy nieprzesypać, aby to się nie powtórzyło? Kto to powie? Jak odgonić myśl, iż istnieje jeszcze statystyka? Straszna statystyka medyczna, bezdusznym głosem liczb mówiąca, iż na tysiąc porodów, operacji, zabiegów przypada trzy, pięć, dziesięć komplikacji na całym świecie, codziennie, co miesiąc, co rok. Musi więc istnieć czyjeś życie, czyjeś zdrowie, czyjaś tragedia.
I co ma zrobić lekarz, gdy sam wpadnie w tę statystykę? Stać przed konkretnymi ludźmi, pogrążonymi w żałobie, i mówić: Oto ja. Wasz zabójca. Czy ktoś potrafi wyobrazić sobie taką sytuację? Gdy przed tobą stoi setki, setki nieszczęśliwych ludzi, a ty jesteś jedyną przyczyną ich niezmiernego bólu. Oto ja. Zniszczcie.
Dlaczego, gdy lekarz popełni błąd raz, zapominamy o dziesiątkach tysięcy razów, kiedy miał rację? Lekarze się mylą, bo są ludźmi. Bogowie nie popełniają błędów. To ich świat, ich dzieło, ich statystyka. Im więcej pracuję, tym bardziej rozumiem, iż tylko wybrani pojmują ich zamysł. My nie jesteśmy wybrani. Jesteśmy zwyczajni. Zwyczajni ludzie. Zwyczajni lekarze.





