Czasem tak bywa…

twojacena.pl 8 godzin temu

Tak już bywa

Rodzice bardzo czekali na narodziny Krzysia. Niestety ciąża była trudna i chłopiec urodził się wcześniakiem. Leżał kilka tygodni w inkubatorze, jego organizm nie był jeszcze w pełni rozwinięty. Oddychanie wspomagał respirator. Przeżył dwie operacje, odklejenie siatkówki. Dwa razy pozwolili rodzicom się z nim pożegnać, bo lekarze nie dawali nadziei. Ale Krzyś przeżył.

Szybko jednak okazało się, iż prawie nic nie widzi i ledwo słyszy. Z czasem ze zdrowiem fizycznym było trochę lepiej nauczył się siedzieć, chwytał zabawki, potem powoli zaczął chodzić przy meblach. Ale rozwój intelektualny no, ten po prostu nie szedł.

Na początku rodzice mieli jeszcze nadzieję i walczyli razem, ale ojciec stopniowo wyparował jakby go pochłonęła rzeczywistość, a mama została sama. Znalazła jakąś możliwość leczenia i gdy Krzyś miał trzy i pół roku, założyli mu implanty słuchowe. Niby słyszał, ale poprawy nie było.

Chodzili z Krzysiem na zajęcia do logopedów, pedagogów specjalnych, psychologów Mama Marta niejednokrotnie przychodziła do mnie, żaląc się i prosząc o rady. Za każdym razem mówiłam jej spróbujcie jeszcze tego, może tamto, już nie wiem co jeszcze. Próbowała Efektów nie było.

Krzysiu przez większość dnia siedział cicho w kojcu, kręcąc w rękach jakąś rzecz, stukał o podłogę albo gryzł swoją rączkę. Czasem wył ciągłą nutą, czasem zmieniał ton. Marta twierdziła, iż ją rozpoznaje, woła ją swoim specyficznym dźwiękiem i uwielbia, gdy drapie się go po plecach i nóżkach.

W końcu starszy psychiatra powiedział jej: „No i co Pani mam więcej powiedzieć? Tu nie ma sensu szukać kolejnych diagnoz. To adekwatnie dziecko roślina, akceptujcie to i żyjcie dalej. Albo oddacie go do ośrodka, albo się nim zajmujcie już się Pani nauczyła, prawda? Nie ma sensu liczyć na cud.”

To był jedyny człowiek, który powiedział jej wprost, co myśli. Marta oddała Krzysia do specjalnego przedszkola, a sama poszła do pracy.

Po jakimś czasie kupiła sobie motor zawsze o tym marzyła. Zaczęła wyjeżdżać na miasto i za miasto z ekipą motocyklistów. Jak ryczał silnik, wszystkie troski znikały. Ojciec płacił alimenty i wszystko Marta wydawała na opiekunki na weekendy Krzysiu nie wymagał wiele, jeżeli już przywyknie się do jego wycia.

W końcu któryś z motocyklistów, Tomek, powiedział do Marty: „Słuchaj, strasznie mi się podobasz, jesteś jakby tragicznie fascynująca.”
Chodź, coś ci pokażę rzuciła Marta.

Tomek myślał, iż zaprasza go do siebie, do łóżka. Pokazała mu Krzysia. Akurat miał dobry humor i wył tym swoim kurkuczeniem, może poznał mamę albo przejął się nowym człowiekiem.

O rety, no tego się nie spodziewałem powiedział Tomek.
A czego się spodziewałeś? Marta popatrzyła na niego jakby z politowaniem.

Zaczęli ze sobą nie tylko jeździć, ale i mieszkać. Tomek Krzysia się nie tykał (tak zresztą się umówili), a Marta choćby nie chciała, by próbował. Potem Tomek rzucił: a może byśmy mieli dziecko razem? Marta twardo odpowiedziała: a jak znowu takie nam się trafi? Tomek przymilkł na prawie rok, ale w końcu znów zapytał: „Nie, serio, spróbujmy.”

Urodził się Antoś. I całe szczęście zdrowy, jak dąb. Tomek wtedy wypalił: to może oddajmy Krzysia do jakiegoś domu? Mamy przecież normalnego syna? Marta powiedziała krótko: ciebie prędzej oddam. Tomek gwałtownie się wycofał: „No wiesz, tylko pytałem…”

Antoś odkrył Krzysia gdzieś w wieku dziewięciu miesięcy, gdy zaczął raczkować. Był zafascynowany. Tomek panikował: nie puszczaj go, bo nie wiadomo co ten zrobi. Ale Tomek był ciągle w pracy albo na motorze, a Marta pozwalała Antkowi być przy bracie.

Gdy Antoś raczkował przy nim, Krzyś nie wył. Marta odnosiła wrażenie, iż Krzyś czeka i jakoś bardziej się wsłuchuje. Antoś przynosił mu zabawki, pokazywał, jak się nimi bawić, choćby układał palce brata, żeby pokazać, co robić.

Raz Tomek się rozchorował i cały weekend spędził w domu. Zobaczył, jak Antoś niepewnie chodzi po mieszkaniu, gada coś do siebie, a za nim, jak cień, podąża Krzyś, choć wcześniej nigdy nie opuszczał swojego kąta. Tomek wpadł w szał: „Odseparuj mojego syna od tego twojego debila albo pilnuj ich, jak oko w głowie!” Marta tylko pokazała mu drzwi.

Przestraszył się i wrócił na swoje miejsce. Pogodzili się. Marta przyszła do mnie:
Wiesz, to drewno bez wyrazu, ale go kocham mówiła. Przerażające, co?
To naturalne kochać własne dziecko, bez względu na wszystko odpowiedziałam.
Ja mówię o Tomku! poprawiła mnie Marta. Ale ten Krzyś, on jest groźny dla Antka? Co sądzisz?

Według mnie prowadzącym w tym duecie był oczywiście Antoś, ale nadzór musi być. Na tym stanęło.

W półtora roku Antoś nauczył Krzysia układać wieże z klocków według wielkości. Sam już mówił zdaniami, śpiewał proste piosenki i pokazywał wierszyki dla dzieci. Marta zapytała mnie:
On to chyba jakiś geniusz, co? Tomek aż pęka z dumy, u jego kolegów dzieci w tym wieku jeszcze choćby nie mówią mama, tata.
Myślę, iż to zasługa Krzysia zasugerowałam. Nie każde dziecko w wieku półtora roku ma okazję być motorem rozwoju swojego starszego brata.
No właśnie! ucieszyła się Marta. Powiem temu mojemu drągowi z oczami!

I tak sobie myślę: dziwna rodzinka chodzący warzywko, drewno z oczami, kobieta na motocyklu i mały geniusz.

Gdy Antoś nauczył się korzystać z nocnika, poświęcił kolejne pół roku, żeby nauczyć tego Krzysia. Nauczył go jeść, pić z kubka, ubierać się i rozbierać Marta już sama postawiła przed synkiem takie wyzwanie.

Gdy miał już trzy i pół roku, Antoś zadał w końcu pytanie:
Co tak adekwatnie jest z Krzysiem?
No przede wszystkim nic nie widzi odpowiedziała mu Marta.
Widzi, tylko słabo. To może zobaczyć, a to już nie. Zależy też od światła. Najlepiej widzi pod lampą w łazience nad lustrem.

Okulista aż się zdziwił, gdy na opisanie problemu ściągnięto trzylatka. Uważnie wysłuchał Antka, zlecił dodatkowe badania, a potem zalecił leczenie i specjalne okulary.

W przedszkolu totalnie nie szło.
On się tu po prostu nudzi! Taki mądry, do szkoły go już trzeba! narzekała wychowawczyni nic sobie z nami nie robi, wszystko wie najlepiej!

Nie zgodziłam się na przyspieszenie szkoły powiedziałam: niech Antoś chodzi sobie na zajęcia, a w domu rozwija Krzysia. Tomek raczej się tym nie przejmował, ale przyznał mi rację i powiedział do Marty: „Zostań z nimi jeszcze trochę w domu, co on ma w tym przedszkolu robić? Zauważyłaś, iż twój już od roku prawie nie wyje?”

Po pół roku Krzyś wypowiedział kilka słów: mama, tata, Antek, daj, pić, miau-miau.

Do szkoły poszli razem. Antoś bardzo się tym przejął: Czy on tam sobie bez mnie poradzi? Czy nauczyciele tam są równie dobrzy? Czy go zrozumieją? Zresztą choćby teraz, w piątej klasie, najpierw pomaga Krzysiowi z lekcjami, a dopiero potem robi swoje zadania.

Krzyś mówi prostymi zdaniami, potrafi czytać i obsługiwać komputer. Lubi gotować i sprzątać (Antek lub mama nim wtedy dowodzą), uwielbia siedzieć na ławce pod blokiem, patrzeć, słuchać i wąchać. Zna wszystkich sąsiadów, zawsze się wita. Uwielbia lepić z plasteliny i składać klocki.

Ale najbardziej na świecie kocha te chwile, kiedy całą rodziną jadą na motocyklach przez mazowiecką wieś on z mamą, Antek z tatą, i wszyscy razem, głośno i rozanieleni, wołają coś do wiatruI tak lata mijały i tylko jedno, co niezmienne, to wieczorne kręciołki Krzysia na rękach mamy albo Antka i ciepło światła z łazienkowej lampy, pod którą wszystko wydawało się możliwe do zauważenia. Krzyś najbardziej lubił, gdy wieczorami wszyscy siadali razem na kanapie. Marta żartowała, iż mają dom, w którym każda głowa pracuje po swojemu, ale właśnie dlatego się dopełniają jak puzzel, który tylko jedyny taki kawałek pasuje w jedno miejsce, choć z pozoru do niczego nie pasuje.

Antoś stale zaskakiwał swoją dojrzałością. Kiedyś zapytał Martę:
A co gdyby Krzyś nigdy się nie nauczył mówić?
Wiesz, to chyba bez znaczenia. I tak zawsze go słyszymy, prawda? odpowiedziała Marta.
Antoś uśmiechnął się szeroko, po czym objął brata ramieniem.
Bo my jesteśmy jego głosem.

I choć życie Marty nie przypominało bajki ciągle były dni trudne i ciche i te zbyt głośne to jednak właśnie wtedy, w takich chwilach, czuła coś dziwnego: wdzięczność, iż nie wszystkie cuda wyglądają tak, jak sobie wyobrażamy.

A Krzyś? Krzyś znowu nucił swoje kurkuczenie, a Antoś cicho akompaniował. W oddali ryknął motocykl tym razem to Tomek z sąsiadami wracał do domu. Pachniała kawa i plastelina, a w oknach odbijało się tańczące światło.

Tak już bywa nie każdemu los pisze prostą historię. Ale w tej rodzinie choćby najbardziej niepasujące kawałki ułożyły się w całość, której nikt nie zamieniłby na żadną inną.

Idź do oryginalnego materiału