Dziennik, 3 listopada 2025 nocna zmiana w szpitalu św. Elżbiety w Warszawie
Weszłam do sali położniczej, by obejrzeć zapis EKG płodu podczas porodu. Krzywa była całkowicie prawidłowa. Patrzyłam na tę falującą linię na monitorze i przypominało mi się, iż nasza sanitariuszka Ania musiała wypuścić ciężko chore dziecko do domu, a ja muszę teraz zorganizować zastępstwo z oddziału położniczego, by zabezpieczyć przyjęcie kolejnych pacjentek.
Czy coś jest nie tak? zapytała zdenerwowana przyszła mama, wpatrując się w moje oczy. Czy na monitorze widać coś niepokojącego? Wyglądasz tak skupiona.
Najtrudniejsze w tej profesji jest umiejętność trzymać twarz. Całe życie uczymy się diagnozować, składać drobne elementy w całość, obserwować, cierpliwie czekać i nie ingerować bez potrzeby, a jednocześnie podejmować błyskawiczne decyzje. Nigdy nie szkolono nas w aktorstwie, a jednak po ciężkiej operacji, w środku nocy, kiedy zimna woda spływa po twarzy, nie zdążywszy wytrzeć krwi z butów, muszę zejść na oddział przyjęć i przywitać nowego pacjenta z uśmiechem, spokojem i szczerą życzliwością.
To właśnie jest najważniejsze pokazać przerażonej osobie, przywiezionej karetką pogotowia, iż jest bezpieczna, iż czekają na nią ludzie gotowi pomóc, ulżyć, wyleczyć. Nikt nie uczy nas, iż chory odczuwa strach. Bez względu na to, jak jesteśmy doświadczeni, musimy umieć trzymać twarz, bo strach zniekształca rzeczywistość naszą i cudzą.
Za progiem szpitala chorują rodzice, dzieci zgubione bez kluczy siedzą na schodach, w reanimacji nie stabilizuje się ciężko wciągnięty płód, a w anestezjologii wybucha kryzys nadciśnieniowy. Wszystko kręci się w głowie, ale gdzieś ponad naszą twarzą leży coś większego.
Trudno jest zachować spokój, zwłaszcza gdy wiesz, iż za piętnaście minut może nastąpić katastrofa. Muszę pokonać własny lęk, wydać wszystkie niezbędne polecenia, spokojnie wyjaśnić pacjentce, co się dzieje i dlaczego tak się spieszymy, uspokoić ją i rodzinę, uzyskać zgodę na operację i pobiec w stronę karetki, rozbierając się w biegu, trzymając twarz.
A potem, schodząc ze sceny, nie do sali, ale za kulisy, przez cały czas muszę trzymać twarz. Najtrudniej, gdy katastrofa już nastąpiła. Wtedy również muszę rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać z pacjentami, z ich bliskimi, z nieznajomymi, ze sobą samym, z Bogiem, z zamrożonymi myślami, z przełożonymi, znowu z rodziną pacjentów, znowu ze sobą, aż w końcu wypuścię ten ostry ból z klatki i wciągnę pełny oddech, rozumiejąc, iż kolejny dyżurny już wyznaczył moje granice.
Po godzinie, schodząc na konsultację do kolejnego chorego, trzymam twarz, trzymam się jak mogę, delikatnie masując skórę pod lewą obojczykiem, bo lekarze popełniają błędy wszyscy. choćby ci od Boga. Są ludźmi, a ludzie się mylą. choćby najdokładniejsza aparatura zawodzi, bo została stworzona przez ludzi. Najgorsze jest odkrycie własnego błędu i ciągłe rozmyślanie, co mogłoby być inaczej. Nie ma odpowiedzi, jaki byłby wynik, gdybyśmy postąpili inaczej, a ta niepewność nigdy nie zgaśnie.
Patrząc na normalne EKG zmęczonymi oczami, które przyzwyczaiły się do lat przemęczenia, nie zwracam uwagi na wyniki, które nikomu nie przychodzą się wydać. Licząc dawki leków według protokołów, przychodząc na czas albo za późno, patrząc na prześwietlenie i nie dostrzegając czegoś co wtedy widział mój wzrok? Czy to naprawdę był błąd, czy po prostu pech? Może sześć dyżurów w dwa tygodnie to za wiele? W domu leży matka po udarze, a w medycynie czas jest względny, a bliscy od lat leżą na honorowym miejscu.
Najstraszniejsze jest nie zrozumieć, co zrobiliśmy źle, bo wtedy może się powtórzyć. Ile jeszcze książek trzeba przeczytać, szkoleń przejść i nocy nie spać, by uniknąć kolejnych pomyłek? Kto to powie? A jak odgonić myśl, iż istnieje jeszcze statystyka? Straszna statystyka medyczna mówi bezdusznym głosem cyfr, iż na tysiąc porodów, operacji, zabiegów przypadają trzy, pięć, dziesięć powikłań na całym świecie, codziennie, co miesiąc, co rok. To czyjeś życie, czyjeś zdrowie, czyjaś tragedia.
Co powinien zrobić lekarz, który znalazł się w tej statystyce? Stać przed ludźmi pogrążonymi w żałobie i mówić: To ja, wasz zabójca. Czy ktoś potrafi wyobrazić sobie taką sytuację? Gdy tysiące cierpiących patrzy w twoją stronę, a ty jesteś jedyną ich nadzieją. To ja. Zniszczenie.
Dlaczego, gdy lekarz popełni błąd raz, to dziesiątki tysięcy razy, kiedy miał rację, są zapomniane? Lekarze popełniają błędy, bo są ludźmi. Bogowie nie popełniają błędów. To ich świat, ich stworzenie, ich statystyka. Im więcej pracuję, tym bardziej rozumiem, iż tylko wybrani mogą pojąć ich zamysł. My nie jesteśmy wybrani. Jesteśmy zwyczajni. Zwykli ludzie. Zwykli lekarze.







