Dalszy ciąg tej fascynującej historii

twojacena.pl 19 godzin temu

Zdecydowaliśmy, że… lepiej będzie, żebyś żyła osobno powiedział w końcu Krzysztof, niemal szeptem, jakby bał się własnych słów.

Osobno? Anna spojrzała na niego z niedowierzaniem. Co masz na myśli, synku? Gdzie?

Za nią stała już Jagoda, ze skrzyżowanymi ramionami i lodowatym spojrzeniem.

Niech się mama nie martwi, wszystko już załatwiliśmy. Jest bardzo ładny dom spokojnej starości. Czystość, lekarz, towarzystwo, trzy posiłki dziennie wszystko, czego potrzeba. Będzie tam mama o wiele lepiej niż u nas.

Anna milczała. W piersi coś się powoli ścisnęło.

Ładny dom, będzie lepiej ale ona słyszała tylko jedno:

Już cię nie potrzebujemy.

Nie płakała. Nie błagała. Tylko skinęła głową.

jeżeli tak będzie wszystkim łatwiej szepnęła cicho.

Tydzień później przy drzwiach stała mała brązowa walizka. Krzysztof pomógł ją znieść po schodach, unikając spojrzenia matki.

Wybacz, mamo, tak będzie lepiej dla wszystkich, zobaczysz mamrotał.

Tak, synu odparła Anna. Łatwiej. Na pewno tobie.

Na zewnątrz mżył drobny, zimny deszcz, gdy taksówka zatrzymała się przed szarym, dwupiętrowym budynkiem na obrzeżach miasta. Na tablicy widniał napis: Złoty Zmierzch Dom Seniora.

W środku mieszał się zapach chloru i gotowanej kaszy.

Średnio wiekowa pielęgniarka skinęła na nią znudzonym gestem.

Pokój 12. Jest ciepło, jest telewizor. I już odeszła.

Pokój był mały, z jednym oknem, za którym widać było pokrzywioną orzechową gałąź. Koc był szorstki, kolory wyblakłe. Anna przesunęła dłonią po jego powierzchni.

To już koniec pomyślała.

Pierwsze dni mijały w milczeniu. Jadła, spała, słuchała odgłosów dobiegających z innych pokoi. Czasem ktoś płakał, czasem krzyczał ze złości. Czas się zlewał. Poranki i wieczory wydawały się takie same.

Czuła, iż życie się skończyło.

Pewnego dnia na korytarzu pojawiła się nowa twarz. Młoda kobieta w kolorowym szalu, z koszykiem domowych drożdżówek.

Dzień dobry! zawołała wesoło. Jestem Agnieszka, wolontariuszka. Przyszłam porozmawiać, może poczytać. To pani Anna Kowalska, prawda?

Tak, to ja.

Sąsiadka mówiła mi o pani. Podobno kiedyś była pani nauczycielką?

Anna skinęła zaskoczona.

Uczyłam literatury w podstawówce.

To wspaniale! uśmiechnęła się Agnieszka. W domu dziecka właśnie szukamy kogoś, kto pomógłby dzieciom w czytaniu. Trudne dzieci, z zaległościami, ale bardzo chętne. Pójdzie pani ze mną?

Anna nie odpowiedziała od razu. Serce nagle zabiło mocniej.

Do dzieci? Uczyć? spytała, jakby nie wierząc własnym uszom.

Tak. jeżeli ma pani siły i ochotę, zawiozę panią samochodem.

Tydzień później już jechały rozklekotanym busem. Za oknem mijały peryferie Warszawy: domy, targowiska, ludzi. Anna przycisnęła dłoń do szyby i cicho westchnęła.

Dom dziecka był hałaśliwym, kolorowym światem. Mali chłopcy i dziewczynki biegali po korytarzach, a śmiech i gwar wypełniały powietrze. Ale gdy Anna zaczęła czytać im pierwszy rozdział Chłopców z Placu Broni, zapanowała cisza.

Głos jej drżał, ale każde słowo niosło ciepło. Dzieci słuchały, jakby działa się magia.

Widzi pani, jak panią słuchają? powiedziała później Agnieszka. Dawno nikt tak do nich nie mówił.

Od tamtego dnia Anna przychodziła tam co tydzień. Pomagała w czytaniu, ćwiczyli pisanie, opowiadała o życiu, o dawnych historiach, o człowieczeństwie. I za każdym razem, gdy wracała do domu seniora, jej serce było lżejsze.

Mijał czas. Pewnego popołudnia wezwał ją dyrektor domu dziecka.

Pani Anno, mam propozycję. Jeden z wychowawców odchodzi na emeryturę. Dzieci panią uwielbiają. Zostałaby pani u nas na pół etatu? Mielibyśmy też dla pani mały pokój.

Anna oniemiała.

Ja? Ale mam siedemdziesiąt osiem lat

Właśnie dlatego! Takie serca są tu potrzebne. Nie papiery, ale człowieczeństwo.

Gdy przeprowadziła się do domu dziecka, poczuła, jakby zaczynało się nowe życie. Dzieci otoczyły ją, krzycząc:

Pani Aniu, wróciła pani!

A ona śmiała się, przytulała je i po raz pierwszy od wielu lat była naprawdę szczęśliwa.

W domu, w dawnym mieszkaniu, Krzysztof pewnego wieczoru przewijał telefon. Natrafił na artykuł: Emerytowana nauczycielka, która odnalazła dom wśród dzieci.

Na zdjęciu była jego matka.

Siedziała wśród dzieci, trzymając za rękę małego chłopca, i uśmiechała się.

Podpis głosił:

Ona jest najważniejsza dla tych, którzy nie mają nikogo.

Krzysztof długo patrzył na zdjęcie. Jagoda spytała:

Co się stało?

On tylko odpowiedział:

Wybacz, mamo.

Anna nigdy nie usłyszała tych słów.

Żyła dalej cicho, spokojnie, ale pełna miłości.

A gdy pewnego dnia dzieci przyniosły jej rysunek z wielkim czerwonym sercem i napisem:

Jesteś naszym sercem, pani Aniu! zrozumiała, iż Bóg zabrał jej dom, by dać jej nową rodzinę.

Idź do oryginalnego materiału