Dar od Boga…
Poranek był szary jak krupnik bez wkładki. Ciężkie chmury snuły się nisko nad Warszawą, a gdzieś w oddali słychać było głuche pomruki burzy. Nadciągała grzmotliwa nawałnica pierwsza w tej wiosennej kampanii.
Zima się ewakuowała, ale i wiosna nie śpieszyła się z objęciem władzy. Wciąż było chłodno, wiało z każdej strony, a rozwścieczone podmuchy mieszały po ulicach zeszłoroczne liście, skutecznie przewożąc je spod jednego płotu pod drugi. Pod skorupą zmęczonej ziemi zawzięcie przebijały się pierwsze źdźbła trawy, ale pąki na drzewach raczej nie czuły powołania do wychylania się na świat.
Przyroda łkała z tęsknoty za deszczem. Tegoroczna zima w stolicy była marna, ledwo trochę śniegu, dużo wiatru i jeszcze więcej marudzenia w tramwajach. Ziemia nie odpoczęła, nie napiła się na zapas, nie wyspała się pod pierzyną z białego puchu i teraz, niczym nauczyciel na przerwie, czekała na porządny deszcz.
Burza miała przynieść upragnioną ulgę umyć wszystko na błysk, obmyć świat ze smogu i pyłu, zregenerować zmordowaną ziemię. Dopiero wtedy miało się zacząć prawdziwe, polskie, wielkopańskie przedwiośnie: hojna, rozkwitająca, jak młoda, pełna miłości i czułości gospodyni z Mazur.
I wtedy znowu ziemia wyda wszędobylską trawkę, pstrokate kwiaty, drżące liście i słodkie pyszności na drzewach. Ptaki rozśpiewają się jakby nie było poniedziałków, zbudują sobie gniazda wśród zielonych liści kwitnących ogrodów. Życie toczy się dalej, chociaż czasem z lekkim opóźnieniem.
Szymon, śniadanie gotowe! zawołała Wioletta Kawa stygnie!
Z kuchni dochodził zapach smażonej jajecznicy i świeżej kawy. Trzeba było wstać. Po wczorajszym wyczerpującym wieczorze, łzach Wiolki, bezsennej nocy i rozmyślaniach o sensie wszystkiego, ostatnie na co miał ochotę, to opuszczać ciepłą pościel. Ale jak to w życiu nie ma zmiłuj.
Wioletta też wyglądała jakby właśnie wróciła z sesji egzaminacyjnej na medycynie oczy czerwone, worki pod oczami. Podała Szymonowi policzek na dzień dobry i słabo się uśmiechnęła:
Dzień dobry, kochany… Wygląda na to, iż dzisiaj burza. Boże, jak ja czekam na ten deszcz! Kiedy w końcu przyjdzie ta nasza prawdziwa wiosna? Wiesz, naszło mnie na wiersz:
Wiosno, czekam na ciebie jak na ratunek
Przed chłodem zimowego bezdomnictwa
Wyjaśnij mi moje życiowe supły
Może Tobie się uda?
Mam wrażenie, iż przyniesiesz zrozumienie
Że tylko ty możesz poukładać wszystko
Prościej, uczciwiej, lżej
Gdzie jesteś, wiosno? No ruszaj się!
Szymon objął drobne ramiona żony, pocałował w jasną głowę, pachnącą łąką i świeżym rumiankiem. Aż go ścisnęło w sercu. Biedna moja Wiolka, za co my tak pokutujemy? Zostawała tylko nadzieja z niej żyli przez te wszystkie lata.
Aż wczoraj słynny profesor, ostatnia deska ratunku, na amen pogrzebał wszystkie złudzenia:
Bardzo mi przykro, ale dzieci mieć nie możecie. Szymonie, twoje służbowe wyjazdy do Prypeci przyniosły efekty specjalne. Niestety, medycyna jest tu bezradna. Żałuję, ale nie mogę wam pomóc.
Wioletta starła zasmarkane łzy, otrzepała włosy jak kura deszcz.
Szymon, przemyślałam wszystko. Weźmy dziecko z domu dziecka. Ile jest tam nieszczęśliwych maluchów! Zabierzmy chłopca i wychowajmy na naszego syna. Zgadzasz się? Tak długo na niego czekaliśmy… Rozpłakała się na nowo. Szymon, próbując nie szlochać, mocno ją przytulił.
Jasne, iż się zgadzam. Nie płacz, kochanie, wszystko będzie dobrze.
I w tej chwili nastąpił potężny grzmot aż lodówka zadrżała z emocji. I się zaczęło: ściana deszczu, co chyba i Warszawę do Wisły próbowała spłukać. Burza z potężnym basem, aż okna zadrgały. Może i Bóg usłyszał tę modlitwę?
Długo wyczekiwany wiosenny deszcz lał się jak z nieba wiadrem od razu zrobiło się szaro jak listopad. Pioruny waliły nad samymi dachami, a Szymon z Wiolettą, przytuleni, patrzyli przez okno i wdychali świeży zapach zdobyczy atmosfery. Ciemność, która przez tyle miesięcy zakrywała ich dusze, rozpuszczała się w tym pierwszym deszczu. Oby trwał jak najdłużej. Był symbolem życia, nadziei i nowego początku.
Parę dni później stali już pod drzwiami Domu Dziecka przy ulicy Otwockiej. Czekała ich rozmowa, potem zaprowadzono ich oglądać dzieci potencjalnych kandydatów na synka, upragnionego Jasia, Jasieńka. Już go kochali, choć nie widzieli.
Serce waliło jak dziki dzwon na Anioł Pański. Szymon przycisnął dzwonek. Drzwi się rozwarły. Już na nich oczekiwano.
Pierwsze spotkanie z dyrektorką, panią Anną Katarzyną, już mieli za sobą. Teraz tylko oprowadzano ich po salach. W pierwszym pokoju rzuciła się Wiolecie w oczy mała dziewczynka, siedząca na wilgotnym kocu, w przemoczonych śpioszkach.
Brudna bluzeczka, pod nosem bajoro, a w oczach wielkie błękitne jeziora smutku. Po całym dziecku widać było zaniedbanie, samotność i poczucie bycia niepotrzebną. Serca ścisnęły się z żalu. To jest właśnie dom dziecka schronisko dla tych, których świat przegapił.
W kolejnej sali leżały i siedziały malutkie dzieci, czyściutko ubrane, na bielutkich prześcieradłach. Pielęgniarka wyjmowała je z łóżeczek, prezentując, jak na rynku Szymon aż się skrzywił: Jeszcze tylko pytanie, ile za kilo…
Szymon, wróćmy do tej smutnej dziewczynki szepnęła Wioletta. Szymon ścisnął jej dłoń.
Siostro, możemy jeszcze raz obejrzeć tę niebieskooką malutką z pierwszej sali?
Ale państwo chcieli chłopca! Ta dziewczynka nie jest do adopcji przygotowana…
Prosimy, wróćmy upornie poprosiła Wiolka, a pielęgniarka, nieco skonfundowana, zawróciła ich do tamtej sali.
Poczekajcie tutaj, zawołam panią dyrektor powiedziała, wskazując krzesła.
Wioletta przytuliła się do ramienia Szymona:
Chcę ją. Serce mi stanęło, jak ją zobaczyłam.
Mnie też. Wygląda jak ty: i oczy, i włoski. Taka malutka i już taka nieszczęśliwa!
Przyszła pielęgniarka z panią dyrektor. Anna Katarzyna patrzyła surowym wzrokiem.
Wybrali państwo przypadek bardzo trudny. To nie dziecko dla was.
Dlaczego? Jest przepiękna! Popatrzcie jak Wioletta! Szymon zdecydowanie ruszył do sali. Dziewczynkę już umyto, włożono w suche ciuszki, zmieniono kocyk. choćby oczka się rozweseliły, na policzkach pojawiły się różowe plamki. Rozpromieniła się na widok dorosłych, choćby spróbowała wstać w łóżeczku chwyciła się szczebelków, wyciągnęła rączki.
Wiolka chwyciła Szymona za rękę, aż palce zbielały dziewczynce stópki wykręcone były do tyłu… Szymon odruchowo podniósł ją na ręce wtuliła się w jego twarz, zefektowała noskiem, potem znieruchomiała.
Wzruszenie poraziło wszystkich obecnych. Anna Katarzyna popchnęła spazmatycznie chusteczkę do oczu.
Proszę ze mną do gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenkę i ruszyła żwawo do siebie. Szymon i Wioletta szli za nią, ściskając się mocno za ręce.
Dziewczynka, Lena, urodziła się w głębokiej podlaskiej wsi, w biednej rodzinie z gromadką potomstwa. Ponoć rodzice chcieli pozbyć się problemu, bo dziewczynka przyszła na świat zdeformowana nóżki wykręcone, stópki skręcone niczym precle.
Ojciec, zobaczywszy dziecko, stwierdził, iż nie zabierze go do domu, bo nie ma na operacje, a w domu i tak ledwo do garnka wsypie. Mam dość swoich dzieci, nie chcę kolejnego z problemami. Tak Lenka trafiła do domu dziecka.
Teraz decyzja należy do państwa. Można operować, szansa jest ogromna, ale koszt, wysiłek i miłość muszą być… z nieba. Dam wam kontakt do profesora z Warszawy, który widział Lenę. Miesiąc na namysł. Dłużej nie możemy trzymać dziecka w niepewności one się bardzo gwałtownie przywiązują…
Miesiąc minął. Wioletta i Szymon już po pierwszej wizycie byli pewni swojej decyzji biorą Lenkę. Konsultacja u profesora potwierdziła operacje będą trudne, ale zrobią z dziewczynki zdrową, biegającą damę. choćby blizn nie będzie. Szymon wyliczył, iż na leczenie wystarczy, gdy sprzedadzą nowego Volkswagena i dopiero co rozpoczęty dom pod Mińskiem Mazowieckim.
Na razie zostaną w kawalerce, reszta rozwiąże się z czasem byle Lena wyszła na prostą. Z niecierpliwością czekali na koniec karencji narzuconej przez panią dyrektor.
I tak znowu stanęli pod znajomymi drzwiami. Serce waliło jak młoto Szymon dumnie ściskał bukiet różowych piwonii, Wiolka torbę z prezentami dla dzieci. U pani Anny łzy trzęsły się w oczach na samą myśl, iż jeszcze jedno dziecko znajdzie dom.
Wspólnie ruszyli do sal dla maluchów. Lena sporo urosła, jasne loczki zakręcały się jak sprężynki, policzki pełniejsze, ząbki już obecne, a ona sama trajkotała i uśmiechała się jak do reklamy mleka w kartonie. Szymon podniósł ją w ramiona Lena zarzuciła mu się na szyję i nie puszczała. Chwilę później powędrowała do Wiolki. Wszyscy płakali z radości.
Cały dzień minął na naukach opiekunek jak dziecko karmić, kąpać, jak dbać o nogi. Formalności zostały adopcja musiała przejść przez sąd. Rodziców Leny pozbawiono praw, więc nie mogli się rozmyślić.
Wreszcie Lena wjechała nowym wózkiem do swojego domu. Wioletta rzuciła robotę, poświęciła się opiece. Przygotowali dziewczynkę do pierwszej operacji w Warszawie.
Miesiąc w szpitalu i już Lena pokazywała tacie, jak sama je kaszkę, jak udaje kotka, a nawet, jak bodzie się z zabawkową kozą. Nóżki przez cały czas chowały się pod długimi spodniami, a sama chodziła chwiejnie jak kaczuszka. Ale była zadziorna, kontaktowa, mówiła prędko, znała wszystkich po imieniu, szeroko się uśmiechała.
Najbardziej kochała Szymona. Mój tatusiek tylko tak go nazywała. choćby Wiolka się zaraziła: Tatusiek, nakarm Lenę! A tatusiek świata poza córką nie widział Lena była jego szczęściem, słońcem i nadzieją.
Po roku kolejna operacja. Kilka podróży do Warszawy, dużo cierpienia, jeszcze więcej nieprzespanych nocy w szpitalu. I w końcu triumf: nóżki jak u każdej dziewczynki z przedszkola. Lenka mogła biegać i skakać. W wieku pięciu lat ruszyła do przedszkola. Zwrócono uwagę, iż doskonale rysuje. Radzono rozwijać talent. Rok później zapisała się do szkoły plastycznej, a jej prace coraz częściej zdobiły wystawy dziecięcej twórczości pełne kolorów, optymizmu i radości. Wiek autorki budził sensację to był niekwestionowany talent.
W siedmiu latach przyszła szkoła podstawowa. Od razu stała się liderką klasy. Prymuska, towarzyska, żywiołowa. Rysowała fenomenalnie, tańczyła w kółku, wszędzie ją było pełno.
Rodzice bez wstydu chodzili na wywiadówki o Lenie mówiono tylko dobrze. Mało kto podejrzewał, przez ile przeszła ona i jej nowi rodzice, którzy nie dali jej życia, ale dali miłość i szczęście.
Los nie zapomniał o Szymonie i Wioletcie po pojawieniu się Lenki, wszystko zaczęło im się lepiej układać. Słabnąca firma Szymona rozrosła się i pozwoliła im zrealizować marzenie: przeprowadzka do Gdańska. Kupili piękne mieszkanie, zapisali córkę do prestiżowej szkoły.
Lenka dziś już w szóstej klasie wciąż prymuska, wytrwała uczestniczka zajęć plastycznych, towarzyska, serdeczna, z błękitnymi oczami i warkoczem, który budzi zazdrość. Wszyscy ją kochają. Dar od Boga tak właśnie o niej mówią.














