Dar od Boga… Poranek był pochmurny – ciężkie chmury snuły się nisko po niebie, gdzieś w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale i wiosna nie spieszyła się, by objąć swoje panowanie. Wciąż było zimno, porywy wiatru roznosiły zeszłoroczne liście, a młoda trawa nieśmiało przebijała się przez zbitą ziemię. Pąki na drzewach nie chciały jeszcze zdradzić swoich skarbów. Przyroda tęskniła za deszczem. Zima była tego roku mało śnieżna, wietrzna, mroźna. Ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wodą, nie wyspała się pod śnieżną pierzyną, i czekała, z niecierpliwością, na burzę. Burza miała przynieść upragnioną wilgoć, obmyć od pyłu i brudu, tchnąć nowe życie. Dopiero wtedy miała się zacząć prawdziwa polska wiosna – radosna, kwitnąca, jak młoda, pełna miłości i czułości kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę i barwne kwiaty, drżące listki i słodkie owoce na drzewach. Ptaki radośnie zaśpiewają, zaczną budować gniazda wśród młodych liści kwitnących sadów. Życie toczy się dalej. – Saszka, chodź na śniadanie! – zawołała Wiktoria. – Kawa stygnie. Z kuchni dochodził aromat kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wiktorii, nieprzespanej nocy, myślach pełnych bólu – nie chciało się podnieść z łóżka. Ale trzeba – życie trwa. Wiktoria również wyglądała na zmęczoną – oczy miała czerwone, pod nimi ciemne cienie. Podała mu do pocałunku bladą policzek, uśmiechnęła się słabo. – Dzień dobry, kochanie! Wygląda na to, iż będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy wreszcie przyjdzie prawdziwa wiosna? Posłuchaj, napisały mi się takie słowa: Wyczekuję wiosny jak wybawienia Od zimowych chłodów i samotności. Czekam wiosny jak rozwiązania Wielu życiowych trudności. Mam nadzieję, iż gdy ona przyjdzie, Wszystko się wyjaśni natychmiast. Wierzę, iż to właśnie ona Może wszystko uczynić lepszym, Uczciwszym, prostszym, Bezpieczniejszym, pewniejszym. Gdzież jesteś, wiosno? Nadejdź prędzej! Sasza objął ją za szczupłe ramiona, pocałował w pochyloną, jasną głowę. Jej włosy pachniały łąką, rumiankiem. Serce ścisnęło się z żalu. Biedna moja, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Pozostała tylko nadzieja – to ona trzymała ich przy życiu przez te wszystkie lata. A wczoraj słynny profesor, ich ostatnia nadzieja, przekreślił wszelkie oczekiwania. – Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mieć dzieci. Panie Saszko, pobyt w Czarnobylu nie przeszedł bez konsekwencji. Niestety, medycyna jest tu bezradna. Wiktoria otarła łzy, potrząsnęła włosami. – Saszka, długo myślałam… Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile tam czeka nieszczęśliwych maluchów. Weźmiemy chłopczyka, wychowamy, będziemy mieć synka. Zgadzasz się? Tak długo czekaliśmy na dziecko… – Łzy płynęły jej strumieniami. Szaszka tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez. – Oczywiście, iż się zgadzam! Nie płacz, kochana, nie płacz. I wtedy rozległ się ogłuszający grzmot. Zdawało się, iż cały dom zadrżał. I lunął deszcz. Niebo się otworzyło! Wreszcie Bóg wysłuchał naszych modlitw! Wymarzony deszcz lał się strumieniami. Od razu zrobiło się ciemniej – jakby noc nadeszła. Błyskało i grzmiało nieprzerwanie, jakby tuż nad dachem. Saszka i Wiktoria, objęci, stali przy oknie, wpuszczając przez otwarte okno orzeźwiające krople i zapach deszczu. Ciemna zasłona, która jeszcze niedawno spowijała ich dusze, rozpuszczała się, znikała w tym pierwszym wiosennym deszczu. Chciało się tylko, żeby trwał jak najdłużej. Wymarzony polski deszcz – symbol życia, jego trwania i rozkwitu! A kilka dni później stanęli przed drzwiami domu dziecka. Mieli wyznaczoną wizytę. Przyszli wybrać syna, wymarzonego synka, Wacusia, Wacława. Już go pokochali, choć jeszcze go nie widzieli. Pokochali uczuciem, które narastało przez lata oczekiwania. Oczekiwania szczęścia posiadania dziecka, wychowywania go, uczenia. Serce waliło, z przejęcia aż brakowało tchu. Saszka nacisnął dzwonek. Drzwi się otworzyły – już na nich czekano. Rozmowa z dyrektorką domu dziecka odbyła się kilka dni temu, teraz mieli tylko poznać dzieci, które mogłyby zostać ich synem. W pierwszej sali, przez którą ich prowadzono, uwagę przykuła dziewczynka, która siedziała w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceracie. Brudna koszulka, zaschnięty katar pod nosem, wielkie niebieskie oczy, smutno wpatrzone w przechodzących dorosłych. Od tego dziecka bił smutek, zaniedbanie, osamotnienie. Serce ścisnęło się z bólu. To jest właśnie dom dziecka! Przytulisko niepotrzebnych, opuszczonych dzieci! Przeszli do następnej sali. W łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy. Oczy biegały po wszystkich kątach. Siostra przedstawiała dzieci, podając wiek i krótkie informacje o rodzinie. Dzieci były czyste, ładnie ubrane, leżały lub siedziały na świeżych prześcieradłach. Siostra delikatnie wyjmowała je z łóżeczek, pokazując z każdej strony. Jak na targu, pomyślał Saszka. A my – jak klienci. – Saszka, wróćmy do tej nieszczęśliwej dziewczynki – szepnęła Wiktoria. Saszka ścisnął jej ramię. – Siostro, pokażcie nam dziewczynkę z pierwszej sali, tę niebieskooką. – Ale przecież chcieli państwo chłopca! Tamta dziewczynka do państwa nie pasuje. Nie przygotowaliśmy jej do wizyty. – Prosimy, wróćmy. Chcemy jeszcze na nią spojrzeć. Siostra wyraźnie się zmieszała, chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała – poprowadziła ich z powrotem. – Zawołam panią dyrektor, Annę Pietrzyk. Proszę tu poczekać – wskazała krzesła. Wiktoria przylgnęła do ramienia Saszki. – Saszka, weźmy tę dziewczynkę, serce mi drgnęło, gdy ją zobaczyłam. – Mnie też. Jest do ciebie podobna. I oczy, i włosy. Taka nieszczęśliwa! Przyszły siostra i dyrektorka. Pani Anna Pietrzyk była wyraźnie zmartwiona. – Wybraliście państwo… trudne dziecko. Ona wam nie będzie odpowiadać. – Dlaczego? Bardzo nam się spodobała, a przecież jest taka podobna do Wiktorii! Zobaczcie sami, jakby jej kopia! Saszka ruszył zdecydowanie do sali z dziewczynką. Dziecko zdążono umyć, zmienić mokre ubranko, wymienić ceratę. Oczka się rozjaśniły, policzki zaróżowiły. Widząc dorosłych przy łóżeczku, uśmiechnęła się, na policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła do nich rączki i próbowała stanąć… Wiktoria ścisnęła Saszce rękę – dziewczynka miała stopki wykręcone do tyłu. Saszka bez namysłu wziął ją na ręce, a mała przytuliła się buzią do jego policzka i zastygła. Łzy napłynęły mu do oczu, Wiktoria wtuliła się w niego i rozpłakała. Pani dyrektor odwróciła się i otarła oczy. – Proszę do gabinetu. Siostro, zabierzcie Lenkę – zarządziła. Saszka i Wiktoria, mocno trzymając się za ręce, poszli za nią. Okazało się, iż dziewczynka urodziła się w małej wioseczce na północy kraju. Najwyraźniej była niechciana – urodziła się z wadami. Nóżki pod kolanami były przekręcone, stopy zdeformowane. Ojciec od razu odmówił zabrania dziecka do domu. Prośbom, iż dziewczynkę można uratować operacyjnie, odpowiedział, iż nie ma środków, a trzymać w domu „kalekę” nie chce – i tak mają już sporo dzieci i ledwo wiążą koniec z końcem. Tak Lenka trafiła do domu dziecka. – Teraz zdecydujcie sami, czy chcecie takie dziecko. Ma szansę na normalność, ale to ogrom pracy, wydatków i – przede wszystkim – mnóstwo cierpliwości i miłości. Nie śpieszcie się z decyzją. Dam wam adres profesora, który oglądał dziewczynkę. Wyjaśni wam wszystko, czego się spodziewać. Macie miesiąc na przemyślenie. Lepiej nie przychodźcie wcześniej, dzieci gwałtownie się przywiązują, a później… Minął miesiąc. Wiktoria i Saszka już pierwszego dnia wiedzieli – Lenka będzie ich córką. Konsultacja z profesorem w Gdańsku potwierdziła: operacje, choć niejedna, przywrócą dziewczynce sprawność. Saszka policzył, czy wystarczy im oszczędności na leczenie i wyjazdy. jeżeli sprzedadzą nowego volkswagena i rozpoczęty dom na przedmieściach – wystarczy. Na razie zamieszkają w kawalerce, potem, z Bożą pomocą, odkują się, oby tylko córka była zdrowa. Z niecierpliwością czekali na koniec wyznaczonego terminu. Wreszcie znów stanęli przed znajomymi drzwiami. Saszka z bukietem różowych piwonii, Wiktoria z wielką torbą prezentów. Pani Pietrzyk wzruszona, łzy w oczach – jeszcze jedno nieszczęśliwe dziecko znajdzie dom! Poszli razem do sali dzieci. Oto Lenka – podrosła, jasne włoski kręcą się, policzki rumiane, pojawiły się pierwsze ząbki. Dziewczynka papla i uśmiecha się. Saszka wziął ją na ręce, Lenka wtuliła się w niego. Przeszła też do Wiktorii. Wszyscy wzruszeni do łez. Cały dzień spędzili razem w domu dziecka, słuchając rad lekarzy i pielęgniarek. Ale dziecka im jeszcze nie dali. Trzeba było przejść niełatwą procedurę sądową. Po radzie pani Pietrzyk, akt zrzeczenia się Leny przez rodziców załatwili w sądzie – zostali pozbawieni praw, już nie mogli się rozmyślić. Wreszcie zawieźli córkę do domu. Wiktoria rzuciła pracę, całkowicie oddała się Lence. Zaczęli przygotowania do operacji w gdańskiej klinice. Miesiąc spędzili w szpitalu, a potem już Lenka pokazywała tacie, jak sama je kaszę łyżką, jak miauczy kotek, jak bodzie kózka. Na nóżki wciąż ciężko patrzeć, na spacer tylko w długich spodniach. Chodzi niezdarnie, jak kaczątko. Ale Lenka jest żywa, otwarta na ludzi, wcześnie zaczęła mówić, zna wszystkich w okolicy. A najbardziej kocha Saszka. Jej tatuś – taki teraz ma pseudonim. choćby Wiktoria tak go przezywa. A jej tatuś świata poza córką nie widzi, Lenka jest jego oczkiem w głowie, jego słoneczkiem. Po roku zaczęli dalsze leczenie nóg. Kilka razy wywozili dziecko do Gdańska. Ile cierpienia przeszła dziewczynka! Ile wysiłku i nieprzespanych nocy kosztowało to rodziców! Ale w końcu – triumf: nóżki jak u innych dziewczynek. Może biegać i skakać. W wieku pięciu lat Lenka poszła do przedszkola. Tam zauważono jej talent do rysowania, doradzono jego rozwijanie. W wieku sześciu lat zaczęła uczęszczać do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na dziecięcych konkursach. Pejzaże, pogodne scenki przyciągały uwagę dorosłych, a największe zdumienie budził wiek autorki – nie ulegało wątpliwości, iż to talent. W wieku siedmiu lat Lenka poszła do szkoły podstawowej. Od pierwszych dni była liderką klasy, prymuską, wesołą, otwartą dziewczynką. Wspaniale rysuje, chodzi do szkoły plastycznej, zapisała się do kółka tanecznego. Zawsze otoczona przyjaciółmi, wszędzie, gdzie się pojawi, jest śmiech i radość. Rodzice nie wstydzą się chodzić na wywiadówki – o Lence same pochwały. Nikt nie domyśla się, przez co przeszła ta dziewczynka i jej rodzice, ci, którzy ją pokochali i wychowają, a nie ci, którzy ją urodzili. Los nie opuszcza szczęściem Saszka i Wiktorii. Po pojawieniu się Lenki w rodzinie, szczęście im dopisuje. Słabo rozkręcony biznes Saszka stopniowo urósł w siłę. Pozwoliło im to na przeprowadzkę do Gdańska. Kupili tam udanie mieszkanie, posłali córkę do dobrej szkoły. Dziś Lenka chodzi już do szóstej klasy, przez cały czas jest prymuską i bywa na zajęciach w szkole plastycznej. To piękna, niebieskooka dziewczynka z jasnym warkoczem. Urocza, pogodna, ulubienica wszystkich. Dar od Boga – tak mówią o niej wszyscy, którzy ją znają.

twojacena.pl 3 godzin temu

Dar od Boga…

Poranek był szary jak krupnik bez wkładki. Ciężkie chmury snuły się nisko nad Warszawą, a gdzieś w oddali słychać było głuche pomruki burzy. Nadciągała grzmotliwa nawałnica pierwsza w tej wiosennej kampanii.

Zima się ewakuowała, ale i wiosna nie śpieszyła się z objęciem władzy. Wciąż było chłodno, wiało z każdej strony, a rozwścieczone podmuchy mieszały po ulicach zeszłoroczne liście, skutecznie przewożąc je spod jednego płotu pod drugi. Pod skorupą zmęczonej ziemi zawzięcie przebijały się pierwsze źdźbła trawy, ale pąki na drzewach raczej nie czuły powołania do wychylania się na świat.

Przyroda łkała z tęsknoty za deszczem. Tegoroczna zima w stolicy była marna, ledwo trochę śniegu, dużo wiatru i jeszcze więcej marudzenia w tramwajach. Ziemia nie odpoczęła, nie napiła się na zapas, nie wyspała się pod pierzyną z białego puchu i teraz, niczym nauczyciel na przerwie, czekała na porządny deszcz.

Burza miała przynieść upragnioną ulgę umyć wszystko na błysk, obmyć świat ze smogu i pyłu, zregenerować zmordowaną ziemię. Dopiero wtedy miało się zacząć prawdziwe, polskie, wielkopańskie przedwiośnie: hojna, rozkwitająca, jak młoda, pełna miłości i czułości gospodyni z Mazur.

I wtedy znowu ziemia wyda wszędobylską trawkę, pstrokate kwiaty, drżące liście i słodkie pyszności na drzewach. Ptaki rozśpiewają się jakby nie było poniedziałków, zbudują sobie gniazda wśród zielonych liści kwitnących ogrodów. Życie toczy się dalej, chociaż czasem z lekkim opóźnieniem.

Szymon, śniadanie gotowe! zawołała Wioletta Kawa stygnie!

Z kuchni dochodził zapach smażonej jajecznicy i świeżej kawy. Trzeba było wstać. Po wczorajszym wyczerpującym wieczorze, łzach Wiolki, bezsennej nocy i rozmyślaniach o sensie wszystkiego, ostatnie na co miał ochotę, to opuszczać ciepłą pościel. Ale jak to w życiu nie ma zmiłuj.

Wioletta też wyglądała jakby właśnie wróciła z sesji egzaminacyjnej na medycynie oczy czerwone, worki pod oczami. Podała Szymonowi policzek na dzień dobry i słabo się uśmiechnęła:

Dzień dobry, kochany… Wygląda na to, iż dzisiaj burza. Boże, jak ja czekam na ten deszcz! Kiedy w końcu przyjdzie ta nasza prawdziwa wiosna? Wiesz, naszło mnie na wiersz:

Wiosno, czekam na ciebie jak na ratunek
Przed chłodem zimowego bezdomnictwa
Wyjaśnij mi moje życiowe supły
Może Tobie się uda?
Mam wrażenie, iż przyniesiesz zrozumienie
Że tylko ty możesz poukładać wszystko
Prościej, uczciwiej, lżej
Gdzie jesteś, wiosno? No ruszaj się!

Szymon objął drobne ramiona żony, pocałował w jasną głowę, pachnącą łąką i świeżym rumiankiem. Aż go ścisnęło w sercu. Biedna moja Wiolka, za co my tak pokutujemy? Zostawała tylko nadzieja z niej żyli przez te wszystkie lata.

Aż wczoraj słynny profesor, ostatnia deska ratunku, na amen pogrzebał wszystkie złudzenia:

Bardzo mi przykro, ale dzieci mieć nie możecie. Szymonie, twoje służbowe wyjazdy do Prypeci przyniosły efekty specjalne. Niestety, medycyna jest tu bezradna. Żałuję, ale nie mogę wam pomóc.

Wioletta starła zasmarkane łzy, otrzepała włosy jak kura deszcz.

Szymon, przemyślałam wszystko. Weźmy dziecko z domu dziecka. Ile jest tam nieszczęśliwych maluchów! Zabierzmy chłopca i wychowajmy na naszego syna. Zgadzasz się? Tak długo na niego czekaliśmy… Rozpłakała się na nowo. Szymon, próbując nie szlochać, mocno ją przytulił.

Jasne, iż się zgadzam. Nie płacz, kochanie, wszystko będzie dobrze.

I w tej chwili nastąpił potężny grzmot aż lodówka zadrżała z emocji. I się zaczęło: ściana deszczu, co chyba i Warszawę do Wisły próbowała spłukać. Burza z potężnym basem, aż okna zadrgały. Może i Bóg usłyszał tę modlitwę?

Długo wyczekiwany wiosenny deszcz lał się jak z nieba wiadrem od razu zrobiło się szaro jak listopad. Pioruny waliły nad samymi dachami, a Szymon z Wiolettą, przytuleni, patrzyli przez okno i wdychali świeży zapach zdobyczy atmosfery. Ciemność, która przez tyle miesięcy zakrywała ich dusze, rozpuszczała się w tym pierwszym deszczu. Oby trwał jak najdłużej. Był symbolem życia, nadziei i nowego początku.

Parę dni później stali już pod drzwiami Domu Dziecka przy ulicy Otwockiej. Czekała ich rozmowa, potem zaprowadzono ich oglądać dzieci potencjalnych kandydatów na synka, upragnionego Jasia, Jasieńka. Już go kochali, choć nie widzieli.

Serce waliło jak dziki dzwon na Anioł Pański. Szymon przycisnął dzwonek. Drzwi się rozwarły. Już na nich oczekiwano.

Pierwsze spotkanie z dyrektorką, panią Anną Katarzyną, już mieli za sobą. Teraz tylko oprowadzano ich po salach. W pierwszym pokoju rzuciła się Wiolecie w oczy mała dziewczynka, siedząca na wilgotnym kocu, w przemoczonych śpioszkach.

Brudna bluzeczka, pod nosem bajoro, a w oczach wielkie błękitne jeziora smutku. Po całym dziecku widać było zaniedbanie, samotność i poczucie bycia niepotrzebną. Serca ścisnęły się z żalu. To jest właśnie dom dziecka schronisko dla tych, których świat przegapił.

W kolejnej sali leżały i siedziały malutkie dzieci, czyściutko ubrane, na bielutkich prześcieradłach. Pielęgniarka wyjmowała je z łóżeczek, prezentując, jak na rynku Szymon aż się skrzywił: Jeszcze tylko pytanie, ile za kilo…

Szymon, wróćmy do tej smutnej dziewczynki szepnęła Wioletta. Szymon ścisnął jej dłoń.

Siostro, możemy jeszcze raz obejrzeć tę niebieskooką malutką z pierwszej sali?

Ale państwo chcieli chłopca! Ta dziewczynka nie jest do adopcji przygotowana…

Prosimy, wróćmy upornie poprosiła Wiolka, a pielęgniarka, nieco skonfundowana, zawróciła ich do tamtej sali.

Poczekajcie tutaj, zawołam panią dyrektor powiedziała, wskazując krzesła.

Wioletta przytuliła się do ramienia Szymona:

Chcę ją. Serce mi stanęło, jak ją zobaczyłam.

Mnie też. Wygląda jak ty: i oczy, i włoski. Taka malutka i już taka nieszczęśliwa!

Przyszła pielęgniarka z panią dyrektor. Anna Katarzyna patrzyła surowym wzrokiem.

Wybrali państwo przypadek bardzo trudny. To nie dziecko dla was.

Dlaczego? Jest przepiękna! Popatrzcie jak Wioletta! Szymon zdecydowanie ruszył do sali. Dziewczynkę już umyto, włożono w suche ciuszki, zmieniono kocyk. choćby oczka się rozweseliły, na policzkach pojawiły się różowe plamki. Rozpromieniła się na widok dorosłych, choćby spróbowała wstać w łóżeczku chwyciła się szczebelków, wyciągnęła rączki.

Wiolka chwyciła Szymona za rękę, aż palce zbielały dziewczynce stópki wykręcone były do tyłu… Szymon odruchowo podniósł ją na ręce wtuliła się w jego twarz, zefektowała noskiem, potem znieruchomiała.

Wzruszenie poraziło wszystkich obecnych. Anna Katarzyna popchnęła spazmatycznie chusteczkę do oczu.

Proszę ze mną do gabinetu. Siostro, proszę zabrać Lenkę i ruszyła żwawo do siebie. Szymon i Wioletta szli za nią, ściskając się mocno za ręce.

Dziewczynka, Lena, urodziła się w głębokiej podlaskiej wsi, w biednej rodzinie z gromadką potomstwa. Ponoć rodzice chcieli pozbyć się problemu, bo dziewczynka przyszła na świat zdeformowana nóżki wykręcone, stópki skręcone niczym precle.

Ojciec, zobaczywszy dziecko, stwierdził, iż nie zabierze go do domu, bo nie ma na operacje, a w domu i tak ledwo do garnka wsypie. Mam dość swoich dzieci, nie chcę kolejnego z problemami. Tak Lenka trafiła do domu dziecka.

Teraz decyzja należy do państwa. Można operować, szansa jest ogromna, ale koszt, wysiłek i miłość muszą być… z nieba. Dam wam kontakt do profesora z Warszawy, który widział Lenę. Miesiąc na namysł. Dłużej nie możemy trzymać dziecka w niepewności one się bardzo gwałtownie przywiązują…

Miesiąc minął. Wioletta i Szymon już po pierwszej wizycie byli pewni swojej decyzji biorą Lenkę. Konsultacja u profesora potwierdziła operacje będą trudne, ale zrobią z dziewczynki zdrową, biegającą damę. choćby blizn nie będzie. Szymon wyliczył, iż na leczenie wystarczy, gdy sprzedadzą nowego Volkswagena i dopiero co rozpoczęty dom pod Mińskiem Mazowieckim.

Na razie zostaną w kawalerce, reszta rozwiąże się z czasem byle Lena wyszła na prostą. Z niecierpliwością czekali na koniec karencji narzuconej przez panią dyrektor.

I tak znowu stanęli pod znajomymi drzwiami. Serce waliło jak młoto Szymon dumnie ściskał bukiet różowych piwonii, Wiolka torbę z prezentami dla dzieci. U pani Anny łzy trzęsły się w oczach na samą myśl, iż jeszcze jedno dziecko znajdzie dom.

Wspólnie ruszyli do sal dla maluchów. Lena sporo urosła, jasne loczki zakręcały się jak sprężynki, policzki pełniejsze, ząbki już obecne, a ona sama trajkotała i uśmiechała się jak do reklamy mleka w kartonie. Szymon podniósł ją w ramiona Lena zarzuciła mu się na szyję i nie puszczała. Chwilę później powędrowała do Wiolki. Wszyscy płakali z radości.

Cały dzień minął na naukach opiekunek jak dziecko karmić, kąpać, jak dbać o nogi. Formalności zostały adopcja musiała przejść przez sąd. Rodziców Leny pozbawiono praw, więc nie mogli się rozmyślić.

Wreszcie Lena wjechała nowym wózkiem do swojego domu. Wioletta rzuciła robotę, poświęciła się opiece. Przygotowali dziewczynkę do pierwszej operacji w Warszawie.

Miesiąc w szpitalu i już Lena pokazywała tacie, jak sama je kaszkę, jak udaje kotka, a nawet, jak bodzie się z zabawkową kozą. Nóżki przez cały czas chowały się pod długimi spodniami, a sama chodziła chwiejnie jak kaczuszka. Ale była zadziorna, kontaktowa, mówiła prędko, znała wszystkich po imieniu, szeroko się uśmiechała.

Najbardziej kochała Szymona. Mój tatusiek tylko tak go nazywała. choćby Wiolka się zaraziła: Tatusiek, nakarm Lenę! A tatusiek świata poza córką nie widział Lena była jego szczęściem, słońcem i nadzieją.

Po roku kolejna operacja. Kilka podróży do Warszawy, dużo cierpienia, jeszcze więcej nieprzespanych nocy w szpitalu. I w końcu triumf: nóżki jak u każdej dziewczynki z przedszkola. Lenka mogła biegać i skakać. W wieku pięciu lat ruszyła do przedszkola. Zwrócono uwagę, iż doskonale rysuje. Radzono rozwijać talent. Rok później zapisała się do szkoły plastycznej, a jej prace coraz częściej zdobiły wystawy dziecięcej twórczości pełne kolorów, optymizmu i radości. Wiek autorki budził sensację to był niekwestionowany talent.

W siedmiu latach przyszła szkoła podstawowa. Od razu stała się liderką klasy. Prymuska, towarzyska, żywiołowa. Rysowała fenomenalnie, tańczyła w kółku, wszędzie ją było pełno.

Rodzice bez wstydu chodzili na wywiadówki o Lenie mówiono tylko dobrze. Mało kto podejrzewał, przez ile przeszła ona i jej nowi rodzice, którzy nie dali jej życia, ale dali miłość i szczęście.

Los nie zapomniał o Szymonie i Wioletcie po pojawieniu się Lenki, wszystko zaczęło im się lepiej układać. Słabnąca firma Szymona rozrosła się i pozwoliła im zrealizować marzenie: przeprowadzka do Gdańska. Kupili piękne mieszkanie, zapisali córkę do prestiżowej szkoły.

Lenka dziś już w szóstej klasie wciąż prymuska, wytrwała uczestniczka zajęć plastycznych, towarzyska, serdeczna, z błękitnymi oczami i warkoczem, który budzi zazdrość. Wszyscy ją kochają. Dar od Boga tak właśnie o niej mówią.

Idź do oryginalnego materiału