Z lustra patrzyła na mnie piękna trzydziestopięcioletnia kobieta o smutnych oczach. Patrzyłem na swoją żonę, Martę, i nie mogłem zrozumieć, czego tak naprawdę oczekują współcześni mężczyźni. Szkoda, iż na uniwersytecie nikt nas tego nie nauczył. Po co mi był ten dyplom z wyróżnieniem?
Marta od zawsze marzyła o rodzinie, kochającym mężu i gromadce dzieci najlepiej trójce. Odkąd pamiętała, miała przed oczami przykład swoich rodziców idealnego domu. Bardzo się spieszyła, żeby założyć własną rodzinę, jakby bała się, iż szczęście jej ucieknie.
Poznałem Martę jeszcze na studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim. Byłem z innego miasta, przyjechałem do Krakowa, a ona mieszkała wtedy z rodzicami w Nowej Hucie. Marta była śliczną, energiczną dziewczyną, od razu się sobie spodobaliśmy. Poznaliśmy się na imprezie u wspólnego znajomego: ja wysoki i uprawiający sport, ona inteligentna i uśmiechnięta.
Po pół roku poprosiłem ją o rękę, a ona od razu się zgodziła. Ślub wzięliśmy zaraz po obronie. Pracę znalazłem jako inżynier w Orlenie, Marta została specjalistką w jednym z banków w centrum.
Minęło pół roku od ślubu, kiedy Marta oznajmiła, iż jest w ciąży. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Marta, jak to się stało? Przecież mówiłaś, iż wszystko masz pod kontrolą?
Krzysiek, sama nie wiem odparła cicho, zaskoczona moim tonem. Ale czy to aż takie ważne? I tak planowaliśmy dziecko. Może tak już miało być?
Nie gadaj bzdur! To nie przeznaczenie, tylko nieuwaga. Ledwo zaczęliśmy pracę, teraz trzeba skupić się na karierze, a nie na pieluchach.
Widziałem łzy cisnące się jej do oczu. Zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować.
Martusiu powiedziałem łagodniej i objąłem ją ramieniem może… jeszcze poczekajmy z tym wszystkim? Ze spokojem… Jeszcze się zdążymy nacieszyć rodzicielstwem.
Spojrzała na mnie, jakbym coś strasznego powiedział.
choćby o tym nie myśl! jeżeli ci się nie podoba, nie będę cię zmuszać. Sam zdecydujesz.
Wybiegła z mieszkania. Długo chodziła wtedy po krakowskich ulicach, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Jej marzenie o rodzinnej idylli runęło w jednej chwili.
Przez kilka dni niemal nie rozmawialiśmy. W końcu przeprosiłem żonę i powiedziałem, iż przemyślałem sprawę, i cieszę się, iż zostanę ojcem. Marta była wniebowzięta. Po ośmiu miesiącach urodził się nasz syn, Michał.
Byłem dumny z Marty i z synka. Uszczęśliwiało ją macierzyństwo z euforią opiekowała się dzieckiem, dbała o porządek w mieszkaniu i wymyślała pyszne obiady. Gdy Michał skończył trzy lata, Marta wróciła do pracy, a nasz mały trafił do przedszkola.
Marta była w swoim żywiole, przekonana, iż jest najszczęśliwszą kobietą na świecie. Nasi znajomi z uczelni często przychodzili do nas z rodzinami, dziećmi, gwarem. Pamiętam, jak pewnego razu usłyszałem rozmowę podczas jednej z wizyt.
Krzysiek, ale ci się trafiła żona! I ładna, i mądra, jeszcze wszystko ogarnia w domu. A to, jak gotuje… palce lizać!
No właśnie wtórował mu drugi kolega moja to tylko narzeka i pieniędzy ciągle jej mało!
Co się dziwicie? Sam do niczego nie jestem, to i żona mam wymarzoną zażartowałem.
Wszyscy się śmiali, ale ich żony często dawały Marcie do zrozumienia, iż nie wszystko wygląda tak różowo. Sam się wtedy nad tym nie zastanawiałem.
Dzisiaj, zaglądając do pamiętnika, myślę, iż choćby dobrzy ludzie mogą być porzuceni lub niezrozumiani. I choć często nie doceniamy tego, co mamy, dopiero po czasie widzimy, jak łatwo można zranić drugą osobę słowem lub choćby zwykłą obojętnością. Teraz wiem, iż prawdziwe szczęście buduje się nie tylko na marzeniach, ale przede wszystkim na wzajemnym szacunku i wsparciu.














