Ostatnio nasza rodzina wpadła w niezłe tarapaty dochód, który mieliśmy, odszedł w siną dal szybciej niż polski pociąg Intercity. Pozwólcie, iż opowiem Wam, jak życie u nas wygląda. Jestem emerytką i, szczerze mówiąc, pieniądze od ZUS-u ledwo starczają mi na tabletki na nadciśnienie, a niestety z wiekiem takich lekarstw potrzebuję coraz więcej. Takie uroki starości!
Syn z synową długo marzyli o drugim dziecku, ale jak to w życiu bywa, nie wychodziło. W końcu, gdy synowa zaszła w ciążę (w Krakowie, choćby wieczorem w kwiatach!), to natychmiast straciła pracę. Najmłodszy wnuczek już ma 4 lata, jeszcze siedzi w domu, bo przedszkole to dla niego wielki świat. Najstarszy, Bartek, ma z kolei 16 lat, dorabia sobie po lekcjach jako kurier w Warszawie i praktycznie całe zarobki chomikował do ostatniej złotówki. Ostatnio wpadł na pomysł, żeby kupić sobie komputer i teraz trzaska w gry jakby był e-sportowcem z Katowic.
Jak tylko zaczęłam narzekać, iż może mógłby te pieniądze wydać nieco rozsądniej, synowa, Agnieszka, odpaliła, iż przecież Bartek sam zapracował, nikomu nie zabrał, więc ma prawo się cieszyć własnymi środkami. A mój syn, Tomek, z dnia na dzień stracił pracę. Przed narodzinami naszego najmłodszego wnuczka dobrze zarabiał, rodzina trzymała się nieźle, choćby miał parę złotych na czarną godzinę. Ale potem zachorował, lekarze postawili mu okropną diagnozę i wszystkie oszczędności poszły na leczenie i tabletki.
Gdy najmłodszy skończył rok, Tomek trafił na długie miesiące do szpitala. Szpital pokrył część kosztów, ale przez długą nieobecność w pracy, szefostwo w Poznaniu uznało, iż nie mogą dawać mu odpowiedzialnych zadań, więc stracił premię i adekwatnie pracę. Takie rzeczy tylko w naszym kraju! Teraz lekarze mówią, iż czeka go operacja, a potem rok, może choćby półtora, zanim wróci do normalnego życia. Jesteśmy wszyscy podenerwowani, ale operację trzeba zrobić, choć nikt nie chce trzymać dla niego miejsca w pracy na tak długo. Agnieszka kombinuje, gdzie znaleźć nową robotę, żeby nie przymierać głodem.
Już wyobraża sobie, jak będzie ciągnąć wszystko za jedną pensję w złotówkach. Ciężko, naprawdę ciężko… A Bartuś tymczasem kupuje komputer wart więcej niż moje leki za pół roku. Ani myśli, żeby choć trochę wspomóc rodzinę. Czy popełniam błąd, iż mam do niego żal? Czy wnuczek powinien wykazać się choć odrobiną odpowiedzialności? A może, jak mówią, każdy jest kowalem własnego losu, choćby jeżeli ten los to tylko kilka pikseli na nowym ekranie?









