Egzemplarz książki otrzymałam od wydawnictwa w zamian za recenzję.
Wydawnictwo nie miało wpływu na treść i formę recenzji.
Wydawnictwo nie miało wpływu na treść i formę recenzji.
Niektóre zdarzenia wywołują poczucie winy,
którego nie rozwiewają choćby racjonalne wyjaśnienia.
Niektóre zdarzenia zmieniają uczestników, świadków, sprawców.Nawet, jeżeli racjonalne wyjaśnienia zaprzeczają domniemanym przyczynom.
I właśnie z tym borykają się nastoletni bohaterowie
książki Kariny Łagowskiej "Drozdy".
Chociaż to wcale nie jest opowieść o konsekwencjach zdarzenia.
Chociaż adekwatnie nie jest to choćby opowieść o zdarzeniu.
Tylko o tym, co się działo przed nim.
Książka zaczyna się słowotokiem buńczucznej ósmoklasistki Zośki Drozd,
która barwnie i szybko, prawie na jednym oddechu, chce nam opowiedzieć
wszystko naraz.
Potem poznajemy jej uduchowioną, chorowitą rówieśniczkę Emilię,
która uważa się za reinkarnację poetki Emily Dickinson.
I słyszymy historie, którymi dzieci i młodzież straszą się nawzajem.
Znacie to? Opowieści o czarne wołdze, czarnym domu w czarnym lesie?
Tu jest podobnie, chociaż czarny jest tylko płaszcz Mistrza.
Za to sam Mistrz jest bardzo niepokojący.
I wiedźma, zwana Panią z Mokradeł.
A potem wkraczamy w sny. Sny Emilii i sny Zośki.
I chociaż wiemy, gdzie kończy się jawa, a gdzie sen,
czasem rzeczywistość zdaje się mieszać z wyobraźnią.
Jesteśmy też świadkami kilku rytuałów.
Widzimy, iż coś się układa, a coś plącze,
coś się zawiązuje, a coś rozpada.
Coś samo, a coś z pomocą...
To nie jest łatwa lektura.
Atmosfera od początku jest dość gęsta, potem jeszcze gęstnieje.
Tematyka też nie jest lekka, chociaż zdarzenie zdarza się późno.
Opowieść ubarwia rozbudowany język Zośki, która używa
wielu epitetów, porównań i metafor.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Mroczne
oraz Dawidowi Gawałkiewiczowi,
który jest organizatorem tej akcji recenzenckiej,
a który prowadzi stronę skrajnieskonczony
.











